Moim homoseksualnym Przyjaciołom
Siedmiu wspaniałych
Kiedy przed kilkoma laty redakcja mojej macierzystej „Więzi” postanowiła podjąć w jednym z numerów temat „Chrześcijanie a homoseksualizm”, wraz z Katarzyną Jabłońską zostaliśmy poproszeni o napisanie reportażu. Zbierając materiały, nawiązaliśmy wówczas kontakt z lubelską Grupą Odwaga, czyli ośrodkiem pomocy dla osób homoseksualnych, działającym w ramach Instytutu Niepokalanej Matki Kościoła (diakonia ruchu Światło-Życie). Pionierskie w skali polskiego Kościoła działania, których inicjatorkami były trzy dzielne i odważne kobiety, wspomagane przez jezuitę ks. Mieczysława Kożucha, wzbudziły wtedy nasze szczere uznanie. W ten sposób powstały nasze dwa reportaże, wydrukowane w „Więzi” (2002, nr 7). Ich bohaterkami i bohaterami były głównie osoby z kręgu Odwagi, podejmujące próbę „wyjścia z homoseksualizmu” (zerwania z zachowaniami, ale też, o ile to możliwe, pozbycia się niechcianych skłonności). W dużej mierze udzielił nam się wówczas autentyczny zapał ekipy prowadzącej i samych uczestników, którzy zgodzili się dać świadectwo podejmowanej pracy nad sobą.
W kilka miesięcy później otrzymałem z Lublina niespodziewaną propozycję, abym poprowadził w Odwadze grupę dla chłopców w wieku 17-18 lat, o skłonnościach homoseksualnych, którzy zgłaszali się tam z prośbą o pomoc, a których, całkiem roztropnie, nie chciano włączać w istniejącą „grupę wsparcia” dla młodych mężczyzn. Byłem tym kompletnie zaskoczony. Nie jestem ani psychologiem, ani terapeutą. Moimi jedynymi kwalifikacjami były: dojrzały wiek męski, własne doświadczenie ojcostwa, a także dwa lata pracy z młodzieżą, jako katechety w liceum. Zaciekawiony jednak nieoczekiwanym wyzwaniem, i zachęcony przez żonę, postanowiłem skoczyć na głęboką wodę. Dodatkową zachętą była dla mnie lektura książki Richarda Cohena „Wyjść na prostą”[1]. Autor, były amerykański showman, już jako mężczyzna żonaty podjął udaną, jak twierdzi, próbę zwalczenia swojego homoseksualizmu. Książka, zawierająca opracowaną przez niego szczegółową metodę wychodzenia z zachowań i skłonności homoseksualnych, zalecana była w Odwadze jako podstawowa lektura. Wydawała mi się wtedy bardzo przekonująca.
W ten sposób – i w takim stanie umysłu – zostałem wolontariuszem w Odwadze. Dostałem od prowadzących carte blanche, co pozwoliło mi na opracowanie własnego, autorskiego programu pracy. Moją grupę, składającą się ostatecznie z siedmiu młodych mężczyzn, nazwałem „grupą zaufania”. Spotykaliśmy się raz w miesiącu na cały weekend. Zrodziła się między nami więź przyjaźni, a przede wszystkim właśnie zaufania. Młodzi ludzie w rozmowach indywidualnych z pełną szczerością opowiadali mi o sobie – ja słuchałem ich, starając się rozumieć, nie oceniać. Bardzo mi się tu przydało moje reporterskie doświadczenie uważnego słuchania. Na wspólnych zajęciach z kolei dzieliłem się z nimi moją wiedzą o problemie (sam dużo czytałem), a w krótkich rozważaniach starałem się przybliżać im zawarty w Biblii wizerunek Boga jako bliskiego, dobrego i miłosiernego Ojca, aby w ten sposób umocnić w nich zaufanie do Boga i poczucie własnej godności jako umiłowanych dzieci Bożych. Próbowałem też robić proste psychodramy, tak aby ułatwić im wgląd we własne uczucia i problemy. Na szczęście wspomagał mnie w tym „zdalnie” mój przyjaciel, ksiądz-psychoterapeuta, pełniący wobec mnie funkcję superwizora. Była to praca niesłychanie trudna, a zarazem pasjonująca. Powoli docierało do mnie, że każdy przypadek jest inny, że nie można stosować żadnych łatwych schematów do wyjaśnienia etiologii zjawiska. Wycofałem się też ze składania pochopnych obietnic, że przy dobrej woli możliwa jest dla każdego zmiana orientacji. Ustawiałem jednak moim młodym przyjaciołom poprzeczkę wysoko, zachęcając ich do pracy nad sobą i przestrzegając przed uleganiem złudzeniom co do łatwego szczęścia na drodze „gejowskiej”. Zdawałem też sobie sprawę ze swoich ograniczonych możliwości. Kiedy zbliżał się koniec drugiego roku naszej pracy, a dla nich czas matury i pójścia na studia, a więc próg dorosłości, stopniowo przygotowywałem ich na rozstanie, zachęcając do podjęcia, w miarę możności, profesjonalnej terapii, do czego moje amatorskie próby miały ich zachęcić.
Pożegnałem się z Odwagą, ale nie straciłem kontaktu z uczestnikami mojej „grupy zaufania”. Dalsze losy moich „siedmiu wspaniałych”, jak ich nazwałem, rozwijają się bardzo różnie. Oto trzy wybrane przykłady.
Konrad (lat 22), który postrzegał siebie jako biseksualnego, po rozstaniu z naszą grupą korzystał z indywidualnej terapii, był też przez jakiś czas związany z Paschą (grupą wsparcia założoną przez o. Wiktora Tokarskiego, bernardyna); jest dziś w doskonałych relacjach z rodzicami i rodzeństwem, dostał się na wymarzone studia i świetnie sobie na nich radzi, od roku ma miłą i wartościową dziewczynę, którą mi przedstawił, razem studiują. Rodzice Konrada, którzy bardzo go kochają i nie wywierali na niego żadnych nacisków, aż boją się wierzyć swojemu szczęściu.
Andrzej (lat 23) studiuje na prestiżowej uczelni z doskonałymi wynikami, żyje w zgodzie z wymaganiami moralnymi Kościoła, niestety dostał przykrych objawów nerwicowych, co zmusiło go do poddania się leczeniu w Instytucie Psychiatrii i Neurologii. Powtórzył mi hipotezę swego terapeuty: „Pan stłumił w sobie pragnienia homoseksualne, i teraz one wychodzą na zewnątrz w postaci objawów”. Pod wpływem terapii dolegliwości ustąpiły, skłonności homoseksualne pozostały, a jednak radzi sobie z nimi, korzystając ze wsparcia w kręgu Paschy. Jest prawym człowiekiem, o wielkim poczuciu odpowiedzialności, żyjącym w trudnych warunkach finansowych (rodzice na rencie).
Sytuacja Pawła (lat 23) rozwija się zupełnie inaczej. Studiuje na dwóch kierunkach, właśnie dostał stypendium zagraniczne; ma przyjazne relacje z rodzicami („To w końcu najbliżsi mi ludzie”), zwłaszcza zbliżył się do swego taty, któremu w jego życiowych tarapatach okazuje wiele zrozumienia i troski; od dwóch lat mieszka jednak z przyjacielem, odsunął się też od praktyk religijnych. – „Nie będę się wpychał tam, gdzie mnie nie chcą” – mówi. Paweł wszedł więc – że użyję języka Odwagi – na „gejowską” drogę. Kiedy zgłosił się do mnie jako 19-letni maturzysta, był wystraszony, bezwzględnie podporządkowany matce, pozbawiony relacji z rówieśnikami, kompulsywnie przywiązany do praktyk religijnych. Bliscy widzieli już w nim przyszłego księdza. „Bóg był dla mnie wszystkim. Człowiek i świat nie liczyli się wcale”. Spowiednik radził mu: „Nic nikomu nie mów o swoich skłonnościach, tylko idź do seminarium”… Teraz, kiedy się spotykamy raz na kilka miesięcy, mam wrażenie, że rozmawiam z dorosłym, silnym, trzeźwo myślącym mężczyzną. Nie ukrywa przede mną niczego: „Nie wiem, czy chcę być z K. Nie wiem, czy go kocham – zwierzył mi się ostatnio. – Nie wiem, czy ja w ogóle potrafię kogoś pokochać. Boję się uzależnić od drugiej osoby. Nie mam pomysłu na swoje życie”.
Utrzymuję też kontakt z bohaterami mojego pierwszego reportażu opublikowanego w „Więzi”. Napisał do mnie ostatnio jeden z nich, Łukasz, 32-letni lekarz psychiatra. Świadomość swojej odmienności miał od wczesnego dzieciństwa. W liceum kochał się w koledze. Był bardzo pobożny, aktywnie uczestniczył w ruchu oazowym, żył w całkowitej wstrzemięźliwości seksualnej. Po ukończeniu studiów, już jako dorosły samodzielny człowiek, przeszedł przez oba etapy pracy w Odwadze – najpierw rok w grupie wsparcia, potem rok w grupie terapeutycznej, której – jak twierdzi – wiele zawdzięcza. Następnie przez cztery lata heroicznie „pracował nad swoją męską tożsamością” (to ulubione sformułowanie Richarda Cohena), podjął też intensywną i kosztowną psychoterapię. „Mężczyźni może i mniej mnie teraz pociągają – wyznał mi kiedyś – ale to nie znaczy, żeby mnie zaczęły choć w najmniejszym stopniu pociągać kobiety. Jestem zawieszony w próżni”. No i oto dowiaduję się od niego, że poznał przyjaciela, starszego od siebie o kilka lat mężczyznę, i że obaj są ze sobą szczęśliwi. „Wreszcie, pierwszy raz w życiu, nie jestem sam – pisze do mnie Łukasz. – Kocham drugiego człowieka!”…
Koresponduję ponadto z wieloma mężczyznami homoseksualnymi, którzy odezwali się do mnie po moich publikacjach. To dzięki nim uczę się pokory i ostrożności w wypowiadaniu ogólnych sądów na temat homoseksualizmu, a zwłaszcza na temat możliwości tak zwanej zmiany orientacji.
Wishful thinking, czyli pobożne życzenia
W publicystyce katolickiej używany jest w sensie zdecydowanie pejoratywnym termin „ideologia gejowska”. Ja też niekiedy używam tego terminu, mając na myśli pewien uproszczony sposób postrzegania zjawiska homoseksualizmu, który zakłada, że dla osób odczuwających pociąg do własnej płci szczęście jest łatwo dostępne, wystarczy tylko pójść za swoimi pragnieniami, a jedyną przyczyną problemów przeżywanych przez te osoby z racji ich odmienności jest społeczna nietolerancja, czy wręcz dyskryminacja. W konsekwencji, dla poprawienia losu osób homoseksualnych powinno się przede wszystkim wyplenić homofobię i zalegalizować jednopłciowe związki partnerskie. Nie przeczę, że homofobia istnieje i jest przyczyną dyskomfortu (delikatnie mówiąc) osób homoseksualnych, zmuszonych do ukrywania swoich skłonności czy związków z lęku przed napiętnowaniem, odrzuceniem, wyśmianiem. „Marsze równości” odbieram jako ważny komunikat do całego społeczeństwa: „uznajcie nasze prawo do istnienia”. Uważam, że postulat legalizacji związków partnerskich może i powinien być w demokratycznym państwie przedmiotem spokojnej dyskusji (Kościół w Hiszpanii gotów był przecież zaakceptować kompromisowe rozwiązanie w tej kwestii). Sądzę jednak, że nawet spełnienie wszystkich postulatów zorganizowanych środowisk homoseksualnych nie rozwiązałoby problemu życiowego dyskomfortu, związanego z orientacją homoseksualną. Związek dwóch osób tej samej płci nigdy nie będzie ani małżeństwem, ani rodziną. Nie da się tego ustanowić na drodze prawnej. W takim wyłącznie roszczeniowym stawianiu sprawy („problem jest na zewnątrz nas, po stronie społeczeństwa”) kryje się moim zdaniem myślenie życzeniowe.
Dużo bardziej jednak boli mnie upraszczające rzeczywistość myślenie życzeniowe na temat homoseksualizmu, jakiemu ulegają niektórzy ludzie Kościoła. W trywialnej wersji takie myślenie wyraża się hasłem: leczcie się! Tutaj aż się prosi termin wishful thinkingoddać słowami: pobożne życzenia. Kościół, w licznych wypowiedziach publicznych swoich przedstawicieli, piętnuje homoseksualizm jako plagę moralną naszych czasów, zagrażającą rodzinie – taką funkcję spełnia niewątpliwie częste wymienianie homoseksualizmu jednym tchem obok aborcji i eutanazji. Jednocześnie, jak wiemy, Kościół stara się dawać świadectwo postawie służebnej miłości wobec ludzi szczególnie potrzebujących pomocy. Jest to niezbywalnym elementem jego misji. I tak, na przykład, czyni wiele, aby przeciwdziałać zjawisku aborcji, nie tylko upominając się o stosowne prawo, ale też pomagając samotnym matkom, przyjmując…