Subskrybuj

Czy katolik może być tolerancyjny?

Katolicy, przyjmując konkretną wiarę i wyznając jasno określone wartości, nie mogą zgadzać się na każdą wizję życia moralnego. Nie znaczy to, że odrzucając cudze poglądy czy sposób życia, odrzucają partnerów dialogu. Również homoseksualiści, nie zgadzając się z głoszoną przez Kościół katolicki oceną homoseksualnego stylu życia i dyskutując z nią, nie okazują przecież braku tolerancji.

Pisanie na temat homoseksualizmu jest zajęciem dość niewdzięcznym. Każdy, kto w tej sprawie zabiera głos, zmuszony jest do wyrażenia własnej oceny. I tu bardzo łatwo można zostać posądzonym o nietolerancję, względnie o sprzyjanie homoseksualnemu sposobowi bycia. Bo przecież homoseksualizm to nie tylko związki partnerskie, ale i również pewna wizja człowieka i świata. Dodatkową trudnością jest niemalże niemożliwe do uniknięcia mimowolne wikłanie się piszącego w zagadnienia społeczno-polityczne. A to jeszcze bardziej podgrzewa atmosferę wokół podjętej problematyki. Tak więc każda, nawet czysto filozoficzna próba analizy homoseksualizmu zostaje wplątana w kwestie pozafilozoficzne.

Chciałbym jednak nieco odejść od prób analizy samego zjawiska na rzecz rozstrzygnięcia pytania o to, czym wyraża się tolerancja (względnie nietolerancja) względem osób o orientacji homoseksualnej i ich stylu życia. Czy ktoś, kto sprzeciwia się możliwości adopcji dzieci przez osoby pozostające w homoseksualnych związkach partnerskich, jest już nietolerancyjny czy może nietolerancyjną jest dopiero osoba, która nie zgadza się na legalizację homoseksualnych związków partnerskich? A może nietolerancję należałoby zarzucić komuś, kto – z różnych powodów – w ogóle nie akceptuje związków jednopłciowych?

Zagadnienie tolerancji, wielokrotnie poruszane przy okazji różnych dyskusji, zostało gruntownie opracowane, zwłaszcza w ramach filozofii polityki. Nie ma więc potrzeby przywoływać w tym miejscu poszczególnych analiz. Wciąż jednak brakuje rozstrzygnięć, które oddalając się od kwestii społeczno-politycznych, pozostałyby na gruncie czysto etycznym. Wbrew pozorom, zagadnienie tolerancji mieści się przede wszystkim nie sferze polityki, lecz w sferze etyki normatywnej, i wpisuje się w relacje międzyosobowe[1]. Tak też na tę kwestię pragnąłbym spojrzeć.

Warto zatem na samym początku zastanowić się, o czym mówimy – mówiąc o tolerancji. Następnie w świetle przyjętych rozstrzygnięć należy zadać pytanie, czy osobę przyjmującą nauczanie Kościoła w sprawie homoseksualizmu można zaliczyć do elitarnego grona osób tolerancyjnych. „Tolerancyjność” bowiem stała się obecnie wyznacznikiem moralnej oceny poszczególnych jednostek. Osoba, która uchodzi za nietolerancyjną, znajduje się niejako poza nawiasem społecznym (nie wnikam w tym miejscu, czy słusznie). Nie zamierzam w sposób szczegółowy analizować samego nauczania Kościoła Katolickiego w sprawie homoseksualizmu i jego trafności. Czyniło to już nie raz wiele rozmaitych autorytetów. Nie znaczy to jednak, że pominę tu treść tego nauczania. Podstawowym pytaniem, które zamierzam postawić, jest pytanie o to, czy solidaryzując się ze stanowiskiem wyrażonym przez Kościół w sprawie związków homoseksualnych, można mienić się człowiekiem tolerancyjnym. Innymi słowy: czy katolik może być tolerancyjny?

Czym jest więc tolerancja i co znaczy być osobą tolerancyjną? Według niektórych autorów tolerancja dotyczy zarówno osób, ich czynów, jak i postaw. Można więc tolerować osoby, ich postępowanie oraz poglądy, na przykład moralne[2].

Tolerować osobę

Czy tolerancja oznacza zgodę na życie w świecie, „w którym ludzie mają prawo wybierać własny styl życia, w głębi sumienia decydować o swoich przekonaniach, kształtować własne życie na wiele sposobów”[3]? Takie spojrzenie znajduje swoje źródło w zasadzie głoszącej, że każdy człowiek ma prawo kierować swym życiem zgodnie z wewnętrznym poczuciem, iż wybrany przez niego styl życia jest naprawdę wartościowy. Powinien pozostawać wierny samemu sobie i dążyć do samorealizacji. Każdy musi sam sobie odpowiedzieć na pytanie, na czym owo samospełnienie polega. Nikt nie może i – co ważne – nie powinien mu tego narzucać[4]. Tak rozumiana tolerancja względem osób homoseksualnych polegałaby nie tylko na nie ingerowaniu w ich życie i sposób postępowania, ale i również na braku jakiejkolwiek negatywnej oceny ich wizji świata. Sprzeniewierzeniem się tak rozumianej tolerancji byłoby wyrażenie swojej niezgody – bądź nawet negatywnej opinii – chociażby w sprawie tzw. legalizacji związków partnerskich.

Tymczasem Kościół katolicki takową niezgodę w swoich wypowiedziach wyraźnie artykułuje. Podnosi otwarty sprzeciw wobec równego traktowania związków zawieranych przez osoby tej samej płci i związków heteroseksualnych. Co więcej, nie zgadza się na przyjmowanie w szeregi kandydatów do kapłaństwa osób, które przejawiają „głęboko zakorzenione” skłonności homoseksualne[5], wyrażając tym samym przekonanie, iż homoseksualiści nie mogą być wybrani do tej formy służby Bogu. [Kościół] Nie podziela więc przeświadczenia o tym, że każdy człowiek ma prawo do swobodnej ekspresji swojej osobowości. Czy zatem Kościół jest wrogiem tolerancji?

Zdefiniowanie tolerancji jako nakazu wspierania każdego człowieka w jego dążeniu do samorealizacji, wyłącza katolików z grona ludzi tolerancyjnych. Kościół bowiem zaznacza, iż akty homoseksualne sprzeciwiają się prawu naturalnemu. Twierdzi, że nie wynikają z prawdziwej komplementarności uczuciowej i płciowej. Odmawia im jednocześnie swej aprobaty[6]. Byłoby nieporozumieniem oczekiwać, iż katolicy będą wspierać i utwierdzać gejów i lesbijki w ich dążeniach do samorealizacji w wybranych przez nich związkach.

Kwestia definicji

Na podstawie wyżej zaprezentowanej definicji tolerancji można by orzec, że katolicy posłuszni nauczaniu Kościoła, rzeczywiście nie mogą być tolerancyjni względem osób homoseksualnych. Zarzut nietolerancji jest zbyt poważnym zarzutem, by go zignorować czy przejść nad nim do porządku dziennego. Wobec tego, by nikogo zbyt pochopnie nie oceniać i nie wyłączać ze społeczności osób cieszących się dobrym imieniem, należy raz jeszcze wniknąć w samą istotę tolerancji. Czy rzeczywiście bycie tolerancyjnym oznacza wspomaganie innych ludzi w ich dążeniach? Przecież nikt nie nazwie osoby, która nie pomaga komuś w realizacji jego pragnień, osobą nietolerancyjną. Postulat takiej tolerancji wydaje się wewnętrznie sprzeczny i niemożliwy do zrealizowania. Nie bierze bowiem pod uwagę sposobu życia i celów wszystkich ludzi, również tych, którym, wydawałoby się, nie potrzeba okazywać tolerancji, gdyż to oni sami wezwani są do tolerowania innych.

Pierwszym zarzutem jest utopijność owego postulatu. Nie da się wspierać wszystkich ludzi w ich dążeniach do rozmaicie przez nich pojętych celów. Jest to dla jednostki niewykonalne. Można w tym miejscu rzecz ująć inaczej: jeśli nie wszystkich – w takim razie powinno się wspierać największą, jaką jesteśmy w stanie, liczbę osób. Temu postulatowi nie można już zarzucić niewykonalności.

Problem byłby rozstrzygnięty, gdyby nie jeszcze jedna, dość istotna kwestia. Pytanie podstawowe brzmi: czy tolerancja skierowana do osób homoseksualnych jest tym samym, co wspieranie ich w obranych przez nich dążeniach? Wspieranie jest już formą aktywności, angażowaniem się na rzecz innych ludzi oraz realizacji ich planów. Natomiast słowo „tolerancja” kojarzy się raczej z pewnym powstrzymywaniem się od działania. Skoro ktoś wykazuje pewien stopień zaangażowania, trudno nazwać go osobą tolerancyjną. Raczej zyskuje miano społecznika czy aktywisty.

Co więcej, określając tolerancję jako zaangażowanie, nie bierze się pod uwagę poglądów moralnych osób, do których takie wymagania się kieruje. Otóż jeśli tolerancja ma być wymogiem moralnym, kategoryczną i bezwarunkową normą postępowania, musi być powszechna. Nie można dopuszczać wyjątków. W prezentowanej dyskusji musiałaby również obejmować homoseksualistów. W praktyce sprowadzałoby się to do tego, iż powinni by oni wspierać katolików w ich dążeniach. A zatem również w głoszeniu tezy o moralnym złu praktyk homoseksualnych[7]. W ten sposób podana definicja sprowadza do absurdu bardzo ważną kwestię moralną, jaką jest tolerancja. Trzeba więc przyjąć i przeanalizować inną, bardziej realną definicję tolerancji.

Tolerancja jako „znoszenie”

Inna definicja tolerancji zakłada pojmowanie jej jako takiej postawy, gdy dana osoba godzi się na znoszenie przykrości, pomimo iż mogłaby usunąć ich przyczynę[8]. Mam jednak pewne wątpliwości co do rozumienia sformułowania: „możliwość usunięcia przyczyny doznawanych przykrości”. W wypadku tolerancji…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Homoseksualista mój bliźni