Są opowiadania, których nie wolno przerywać. To tak, jakbyś poszła z kimś do łóżka i wiedziała, że obok jest jego mama, która może wejść w każdej chwili.
Prawdziwe wysłuchanie kogoś to jest też oddanie się, poświęcenie.
Czasem unika się czyjegoś opowiadania, bo wysłuchanie zobowiązuje.
A więc nikt nie okazał mi tyle zainteresowania, bym mogła opowiedzieć…
mówi Alona Frankel w rozmowie z Katarzyną Bielas („Wysokie obcasy”, 23 czerwca 2007).
Czytam książkę Alony Frankel z dziwnym poczuciem, że spotykam w niej istotę bliską mi – siostrzaną w jakiś niezwykły, niepojęty sposób. Muszę się do tego przyznać, bo z tej racji nie potrafię napisać zwyczajnej, chłodnej, a nawet ciepłej czy entuzjastycznej recenzji. Dla mnie ta lektura była najpierw bodźcem do odkrywania – przez analogię – samej siebie. Chodzi o substancję wspomnień – z czego są, jak są we mnie. To oczywiście ważne dla mnie, że wspomnienia Dziewczynki są wspomnieniami dziecka z tych samych czasów, kiedy ja byłam dzieckiem, choć trochę starszym. To echo koszmaru wojny wracające gdzieś od dna, przez nasze długie życie. Ale nie tylko dlatego czytam, czytam i czytam ten tekst, potem powtarzam sobie w myśli film, jaki z niego powstaje.
Dziewczynka[1] nie jest jeszcze jedną opowieścią o losie dziecka żydowskiego w czasach Zagłady. Tak, dowiadujemy się, jak to było z małą Iloną z Bochni i jej rodziną. Ale – podobnie jak z pamiętnika Anny Frank – dowiadujemy się przede wszystkim czegoś istotnego o byciu człowiekiem – konkretnie: dzieckiem, partnerem, obserwatorem, a nade wszystko ofiarą dorosłych, całego ich świata. Także mikrokosmosu, jaki wokół dziecka tworzą bliscy. Dorośli kochają dziecko, walczą o jego ocalenie, starają się zatrzymać na sobie – co właściwie? Nieubłagany los, niebezpieczeństwo, śmierć? To się udaje i nie udaje. Dorośli, także kochający, rzadko widzą, rzadko odgadują, co sami robią dziecku, idąc z nim przez to, przez co sami muszą iść.
O swoim byciu dziewczynką pisze teraz starsza już kobieta, bardzo dojrzały człowiek. Ta kobieta może nie tyle do końca rozumie, ile pamięta siebie-dziewczynkę i potrafi tamtą świadomość przywołać. (I konsekwentnie idąc za nią, ja też własne dawne doświadczenia jakby znów przechodzę). Dlatego pisząc o tej wyjątkowej książce, czuję się wobec innych, wobec młodych czytelników, jak szczególny świadek zobowiązany do potwierdzania: tak, wierzcie Alonie, tak jest być dzieckiem, tak się to pamięta, dziwnie żywo i dokładnie pamięta się to, co wcale się nie powtarza, życie zupełnie inne. Dziś niewiarygodne, wtedy oczywiste, taki właśnie mające porządek. Rzeczy do pamiętania miałyśmy różne, ale sposób pamiętania zastanawiająco podobny.
Nie tylko o kryminałach należy pisać tak, by pozostawić wzmożony apetyt na lekturę własną. Nie chcę zbytnio ujawniać, co się kryje pod czerwoną okładką Dziewczynki. Jak to określić? Może powiem tak: ta dziewczynka urodziła się, by być reporterem życia, reporterem w takim sensie, jaki nam pozostawił Ryszard Kapuściński. Dzięki temu, że ludzie bywają reporterami, a niektórzy są nimi nieustannie, świat istnieje na ten drugi, istotny sposób – przełamany w świadomości. Dziewczynka Ilonka, kobieta nazwana Aloną – choć wolałaby imię Rachel – nie odmówiła światu istnienia w swojej świadomości. Cieszę się, że ją spotkałam w książce, a potem na żywo podczas jej ostatniej wizyty w Polsce. Trudno mi wierzyć, że tej książki nie napisała po polsku, tak pięknie wciąż mówi językiem Dziewczynki. Wyobrażam sobie, jak dokładnie musiała autoryzować świetny przekład Leszka Kwiatkowskiego.
Skrzydło
Rozmowa o tym, po co brać się do pisania. Uczestnicy – dorośli w różnym wieku, współpracownicy gazetki redagowanej przez więźniów. Mówię o tym, że dla mnie osobiście pisanie bywa ucieczką przed niemożnością czytania. Czasem pomaga w tym uciekaniu obraz czy fotografia, pełna przestrzeni. W wyobraźni ucieka się tam, między te drzewa, drogą pod górę… Już się nie jest pacjentem skazanym na tę salę, ten koc, tę poduszkę…
Wiem! – mówi jeden z uczestników. – Ja uciekam nie w żaden obraz, tylko do mojego skrzydła, czuję na sobie uprząż, która mnie ze skrzydłem połączy, wiatr, te prądy ciepłe i chłodniejsze, które uniosą mnie w górę i będzie widać świat malejący, im bardziej z wysoka, to ładniejszy.
Opowiada o tym jeszcze dokładniej, ja też chcę poczuć, jak to jest.
– Napisz.
– A nie będą się śmiać, że ktoś taki, niby ja, o czymś takim myśli?
– To nie pisz, że to ty, tylko że ktoś tobie to opowiada. Przecież ważne jest skrzydło, a nie ty.
Nad sprawą „byłych betanek”
Eksmisja może być zgodna z prawem, może też być konieczna – ale niemal zawsze jest procedurą brutalną, bolesną, jak wyrwanie ślimaka z jego skorupy. Ślimak tego nie przeżyje, skorupy nie odtworzy; człowiek więcej potrafi, ale bezdomny staje się bezbronny, może być łatwym łupem.
Słyszałam, że niektóre dawne mieszkanki usiłowały wrócić do kazimierskiego klasztoru, kręciły się wokół dotychczasowej siedziby jak mrówki wokół rozkopanego mrowiska.
Prawdopodobnie większość sióstr – byłych betanek – chce odtworzyć to, z czego zostały wyłuskane. Z punktu widzenia prawa nie ma podstaw, by władze świeckie miały w tym przeszkadzać. Zgromadzenie betanek odzyskało swoją własność, może jeszcze – jeśli się na to zdecyduje – dochodzić swoich strat i szkód. Pomoc ze strony diecezji została przez eksmitowane odrzucona, bo oczywiście nie była pomyślana jako pomoc w kontynuacji tego, co było.
Ale dla Kościoła to przecież nie wszystko, nie cała sprawa.
Nie wiem i chyba nadal nie wiadomo dostatecznie jasno, co się działo – od lat – w kazimierskim domu betanek. Zgromadzenie ma prawo chronić się przed …