Subskrybuj

Przez ocean. List do Elizabeth Costello

Chciałabym okazać sytuację ludzkości odkupionej, choć oddalającej się od Boga, poprzez nawiązanie do tekstów współczesnych. Do Coetzee’ego. Jego powieści przekonują mnie, że choć oddaliliśmy się od życiodajnego Słowa, to jednak Bóg o nas nie zapomniał, nie staliśmy się mu obojętni. On jest w ludziach, w ludzkich działaniach i tęsknotach, w ich cierpieniu i twórczości.

Kochana Elizabeth,

dzięki za list[1], który dotarł do mnie przed kilkoma dniami. Muszę Ci się przyznać, że od naszego rozstania codziennie nosiłam się z myślą, by chwycić za pióro, a właściwie siąść do komputera i wystukać coś do Ciebie. Wrażenie niedosytu, niedokończonej rozmowy, jakiegoś niedopowiedzenia nie opuszczało mnie przez minione tygodnie aż do dziś. Napiszę więcej: to było poczucie klęski, nieustanny wyrzut sumienia. Jednak brak czasu wynikający z zaangażowania w nasze umierające dzieci, a przede wszystkim nieumiejętność sformułowania myśli sprawiały, że odkładałam pisanie na później. Tym bardziej się cieszę, że odezwałaś się pierwsza, że opisałaś historię swoich spotkań z panem Phillipsem, pozowania mu podczas sobotnich popołudni w Oakgrove oraz niespodziewanej decyzji, by się przed nim rozebrać i obdarować chorego staruszka „błogosławieństwem życia i piękna”[2] w postaci „seksualnej, dobrotliwej jałmużny”[3]. Pewnie niełatwo było Ci napisać o tym do Twojej siostry zakonnicy, skoro uczyniłaś to dopiero po 30 latach od tamtych wydarzeń. Dziękuję. Dziękuję zwłaszcza za to, że mimo oporów ten list wysłałaś, choć nie było to pierwotnie Twoim zamiarem. Gdy czytałam w post scriptum, że pragniesz, byśmy mówiły do siebie „wprost i otwarcie”[4] i bym nie pozostawiała Cię bez odpowiedzi, miałam w gardle zastygłą grudkę szlochu. Twój list i Twoja szczerość pozwalają pisać mi wprost i bez osłonek, z nadzieją, że uda się nam przerzucić most porozumienia nad dzielącym nas oceanem.

Najpierw chcę Cię jednak przeprosić za moje zachowanie, gdy się ostatnio widziałyśmy. Wynikało ono z wewnętrznego zakłopotania, poczucia, że marnuję ostatnią być może szansę. Pewnie wyczuwałaś, że chciałam, byś w trakcie Twojej wizyty w Afryce odkryła ścieżkę powrotu do Boga, przypomniała sobie, co wyniosłaś z czasów, gdy mieszkałyśmy w Northcote i chodziłyśmy do szkoły. Przez wszystkie dorosłe lata temat wiary, relacji z Bogiem, był nieobecny w naszych listach, telefonach czy przy okazji sporadycznych spotkań. Omijałyśmy ten wątek, skupiając się na aktualnej paplaninie. Zawsze potem czułam wyrzuty sumienia. Umiałam rozmawiać o Bogu z bardzo różnymi ludźmi. Nie peszyło mnie, gdy ktoś był wyznawcą innej religii, osobistym wrogiem Boga czy nosił w sobie antyrzymski resentyment. Nie potrafiłam jednak poruszyć tego wątku w spotkaniach z moją rodzoną siostrą. Zawsze chciałam i zawsze uciekałam. Nie potępiaj mnie dziś i nie dziw się, że zależało i zależy mi na Twoim spotkaniu z Jezusem. Skoro On jest sensem i największym skarbem mego życia, to chciałabym Nim obdarować moją jedyną siostrę. Nikt nie jest prorokiem we własnym domu. Jakoś akceptowałam Twoją drogę odejścia do Boga, ale bolały mnie Twoje stwierdzenia, że Bóg nie ma dla nas czasu, bo jest zajęty swoimi sprawami. I nie chodziło o to, że uderzałaś w moją wiarę – przechodziła ona większe próby – ale o to, że wypowiadała je moja rodzona siostra. Nigdy nie przestawałam się modlić, byś do Niego wróciła. Podczas spotkań w Johannesburgu i Marianhill zdawałam sobie sprawę, że mamy mało czasu, że być może widzimy się ostatni raz w życiu. Tym bardziej chciałam Cię do Niego pociągnąć. Niestety, moje zmęczenie, skrępowanie i strach, sprawiały, że rozmawiałyśmy przez szybę, że te same słowa znaczyły dla każdej z nas co innego. Nie mogłam też pozbyć się wewnętrznego rozdrażnienia, jakiegoś napięcia, gdy próbowałam poruszać przy Tobie kwestie wiary. Im bardziej mi zależało, tym gorzej wychodziło, narastało poczucie bezradności i idące w ślad za nim zdenerwowanie.

Jeśli zatem mówimy wprost, jestem Ci winna wyjaśnienie sprawy Twoich książek, której nigdy nie poruszałam, bojąc się, że temat może doprowadzić do takiego pogłębienia przepaści między nami, że nie uda nam się jej już zasypać. Nie potrafiłam nigdy wyczuć, do jakiego stopnia utożsamiasz się ze swoimi powieściami i na ile moje krytyczne uwagi mogą Cię urazić. Wszystkie nadesłane przez Ciebie egzemplarze stoją na półce w moim pokoju. Nie na zaszczytnym miejscu. Po prostu wśród innych powieści, między Camusem a Markizem de Custine. Nigdy – a robiłam w moim życiu niejedną selekcję książek i wiele z nich przekazałam do biblioteki albo rozdałam – nie przemknęła mi myśl, by się ich pozbyć. Są cząstką Ciebie, znakiem tego, że istniejesz, ważniejszym dla mnie niż fotografie. Nigdy jednak tych książek nie przeczytałam. Na początku kilkakrotnie zabierałam się za poszczególne tomy, ale nie mogłam przez nie przebrnąć. Odkładałam je, gdy trafiałam na fragmenty, których inspirację znałam, gdy Twoi bohaterowie za bardzo przypominali naszą matkę, bliskich, przyjaciół i znajomych z czasów wspólnego mieszkania w Melbourne, bo doprowadzały mnie do szału. To nie znaczy, że nie dawałam Ci prawa do Twojej pamięci, do literackiego przetwarzania biografii. Wielu czytelników zachwyca się zapewne Twoim pisaniem, ale Twoje książki za mocno dotykają tego, co w moim sercu ważne. Pamięć żywych osób postawiona obok Twoich słów jest dla mnie sprzecznością nie do pogodzenia. Wybacz. Nie potrafię. Kiedyś myślałam, że to moja pycha, że za bardzo jestem zaborcza, przywiązana do wspomnień. Aż do czasu, gdy jedna z naszych sióstr, Catherine, pochodząca z flamandzkiej rodziny zamieszkałej pod Antwerpią, opowiedziała mi, jak bardzo się zdenerwowała, gdy otrzymała książkę napisaną przez swego owdowiałego ojca. Matka, którą zapamiętała Catherine, i żona, którą opisywał mąż, to były dwie różne osoby. W następnych latach kilkakrotnie spotykałam ludzi, którzy mieli podobne doświadczenia. To uwolniło mnie od poczucia winy względem Twojego pisania.

Nie znaczy to jednak, że nie znoszę powieści, że jestem wrogiem pisarstwa. Czytam. Nie jest to dogłębna znajomość współczesnej literatury, ale od czasu do czasu pochłaniam twórczość jakiegoś autora. Lubię wtedy przeczytać wszystko, co ktoś napisał, poznać go w całości, na tyle, na ile to w moim zabieganiu jest to możliwe. Ostatnio na przykład zainspirowana przez mojego wydawcę Lucasa zafascynowałam się powieściami Twojego znajomego, J.M. Coetzee’ego. Chciałam przeczytać jego powieści od momentu, gdy dostał Nobla, ale dopiero gdy Luc zwrócił mi uwagę, że Coetzee uczynił Cię bohaterką niektórych swoich utworów, kupiłam w czasie którejś podróży jego książki. Nie wiem, w jakim stopniu Twój obraz, a zwłaszcza fakty przedstawione na kartkach jego książek są prawdziwe, ale pozwolisz, że będę się do jego twórczości odwoływała w tym liście. Chciałabym wrócić do Greków, skoro poruszasz ten wątek w swoim liście, zachęcając mnie, bym pomyślała o pięknie człowieczeństwa, przywróconym przez humanistów nawiązujących do antyku. Pamiętasz może, że wygłaszając mowę po otrzymaniu doktoratu, zwróciłam uwagę, że renesansowi humaniści, chcąc poznać sytuację ludzkości z nieodkupionymi winami, sięgnęli do tekstów antycznych. Ja chciałabym zrobić coś odwrotnego. Pokazać sytuację ludzkości odkupionej, choć oddalającej się od Boga, poprzez nawiązanie do tekstów współczesnych. Do Coetzee’ego. Jego powieści przekonują mnie, że choć oddaliliśmy się od życiodajnego Słowa, to jednak Bóg o nas nie zapomniał, nie staliśmy się mu obojętni. On jest w ludziach, w ludzkich działaniach i tęsknotach, w ich cierpieniu i twórczości. Nawet jeśli człowiek wysyła Go do odległych krain albo wyznacza Mu rolę tyrana, On pozostaje mu wierny, bo „nie może się zaprzeć siebie samego”[5]. Postaram się przy okazji opowiedzieć, jak postrzegam obecność Boga, oraz zachęcić Cię, byś przestała traktować Go jak wielkiego nieobecnego, a dotknęła tajemnicy Jego miłości. Proszę, nie wycofuj się z naszej rozmowy, zanim nie przeczytasz listu do końca.

J.M. Coetzee opisuje świat postchrześcijański. Jego bohaterowie to w większości osoby niewierzące. Podczas lektury zadziwiło mnie jednak, jak bardzo wykreowana przez niego przestrzeń naznaczona jest śladami przechodzącego Boga. Wręcz nasycona Jego obecnością. Nie wiem, co się dzieje aktualnie w Twoim sercu, ale nawiązuję do chwili, gdy deklarowałaś, że nie wyznajesz żadnej wiary, a Bóg, jeśli istnieje, to zobojętniał na sprawy ludzi, więc odpłacasz mu tym samym. Gdy w Powolnym człowieku natknęłam się na zdanie: „Wielki Sędzia Wszechrzeczy opuścił salę i w zaciszu obcina sobie paznokcie”[6], uśmiechnęłam się i pomyślałam, że współbrzmicie z Coetzee’em, być może inspirujecie się wzajemnie podobnymi stwierdzeniami. Ta sprzeczność: deklarowanie przez bohaterów religijnej obojętności czy niewiary, nieobecność w narracji wątków mogących odnosić do rzeczywistości transcendentnej oraz nieustanna intuicja obecności Boga, a konkretnie Boga objawiającego się w Biblii, jest obecna w różnym stopniu chyba we wszystkich książkach Coetzee’ego. Weźmy na początek powieść Czekając na barbarzyńców. Jej bohater nie był ideałem cnót chrześcijańskich, a jego podejście do kobiet pozostawiało z punktu widzenia dekalogu wiele do życzenia. Traktował je jak przedmioty, które wymieniał w zależności od nastroju i kaprysu. Sam o sobie mówił: „Przez całe lata zachowywałem wygląd dobrze odżywionego rozpłodowego byka-medalisty. Później swoboda płciowa przybrała formę łagodniejszą, nawiązywałem stosunki dyskretniejsze ze służącymi albo dziewczętami”[7].

Sędzia nie był też niezłomnym bohaterem, którego klarowna postawa nieuchronnie skazywała go na konflikt z agentami imperium. Jego niezgoda i sprzeciw wobec samowoli służby bezpieczeństwa nie były wynikiem przemyślanego wyboru: „Nie miałem zamiaru wplątywać się w tę historię”[8]. Mało tego, sam o sobie mówił: „wierzę w spokój, może nawet w spokój za wszelką cenę”[9]. Pomimo takiej kondycji moralnej człowiek ten zdobywa się na heroizm w poczuciu, że nie dokonuje niczego bohaterskiego. Coetzee wpisuje więzienną gehennę sędziego w schemat pasji Chrystusa, tak jakby nieobca mu była myśl, że w każdym cierpiącym człowieku cierpi Zbawiciel, który pragnie towarzyszyć biedakowi w drodze krzyżowej, by doprowadzić go do światła Zmartwychwstania.

Być może John Maxwell oburzyłby się na mnie i stwierdził, że przypisuję mu intencje, których nie miał. Być może Ty powiesz, że przesadzam i że wszędzie chcę widzieć wątki chrześcijańskie. Nie umiem na to odpowiedzieć inaczej, jak tylko pokazując, dlaczego Czekając na barbarzyńców jest dla mnie historią paschalną. Wszystko zaczyna się od dziwnego uwikłania sędziego w pomoc dziewczynie, którą pułkownik Joll z Trzeciego Wydziału torturował podczas przesłuchań – połamał jej nogi w kostkach i częściowo pozbawił ją wzroku. Dziewczyna została porzucona przez rodaków w mieście zarządzanym przez sędziego, co było jednoznaczne ze skazaniem jej na żebraninę i prostytucję. Sędzia wziął ją do swojego mieszkania. „Wychodzę z pokoju, idę do kuchni, wracam z miednicą i dzbanem ciepłej wody. (…) Nalewam wody do miednicy i zaczynam obmywać jej stopy. (…) odsuwam na bok miednicę i osuszam jej stopy”[10]. W tej scenie, nasiąkniętej erotyzmem, którego w relacji między sędzią i dziewczyną przybywało z upływem czasu, zobaczyłam sytuację z wieczernika opisaną przez św. Jana, nawiązanie do gestu Jezusa, który „wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło, nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany”[11].

Po kilku miesiącach, na przełomie zimy i wiosny, wiedząc, że to ostatni moment, by dotrzeć do zimowych siedzib barbarzyńców, nim wyruszą na letnie pastwiska, sędzia podjął trud przyprowadzenia dziewczyny do jej rodaków. Można w jego wyprawie zobaczyć nawiązanie do exodusu rozpoczętego w noc paschalną, czyli wyprowadzenia Izraelitów z Egiptu, z domu niewoli i pielgrzymowania do ziemi obiecanej. W przywróceniu dziewczyny do życia wśród swoich, „do domu ojca” widzę z kolei akt podobny do wskrzeszenie Łazarza i przywrócenia go siostrom: Marii i Marcie, który tak bardzo zdenerwował faryzeuszów i arcykapłanów, że „Tego więc dnia postanowili Go zabić”[12].

Gdy piszę te słowa, obawiam się, że czytając je, wzruszysz ramionami, uznając, że przesadzam, że tylko moja zakonna wrażliwość dopatruje się analogii tam, gdzie ich nie ma. Posłuchaj jednak dalej. Po powrocie do miasta sędzia został aresztowany i osadzony w więzieniu. Dzięki znajomości garnizonu zdobył klucz do celi, w której był zamknięty, tak że mógł się z niej wymknąć wbrew woli pilnujących go żołnierzy. Gdy pewnego dnia przyprowadzono do miasta schwytanych barbarzyńców i szykowała się ich egzekucja, sędzia stanął w ich obronie. Wiedział, że „powinien wrócić celi”[13], że „skoro nie może uratować jeńców, niechże uratuje samego siebie”[14]. Jednak na przekór instynktowi samozachowawczemu wyszedł na publiczny plac i symbolicznie, bez szans na powodzenie stanął w obronie torturowanych. Mimo pokusy ucieczki podjął decyzję o działaniu, które mogło tylko przysporzyć mu cierpienia. To był jego Ogrójec. Nie zwracał się do Ojca, tak jak Jezus, który w trwodze konania modlił się: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!”[15], ale podjął analogiczną decyzję. Jezus został opuszczony przez uczniów i apostołów[16]. W obronie sędziego nie stanął nikt z przyjaciół, nikt z ludzi, z którymi obcował przez trzydzieści lat piastowania swojej funkcji. Uświadamia mu to pułkownik Joll: „dla ludzi w tym mieście nie jest pan Jedynym Sprawiedliwym, lecz po prostu błaznem i szaleńcem (…) Nie chcą tu już pana w żadnym charakterze. Nie ma pan w tym mieście żadnych szans”[17]. Gdy Chrystus stanął przed Sanhedrynem „szukali fałszywego świadectwa przeciw Niemu, aby Go zgładzić”[18]. Ostatecznie zarzutem przeciwko sędziemu staje się oskarżenie o kolaborację z barbarzyńcami: „Dopiero po powrocie zrozumieliśmy, że chodziło mu o to, by ostrzec barbarzyńców przed nadchodzącym wojskiem”[19] – zeznał jeden z towarzyszących mu w wyprawie do barbarzyńców żołnierzy. Nie jest to jedyny podobny zarzut, który usłyszał Chrystus i sędzia. Faryzeusze mieli za złe Jezusowi, że ucztuje z celnikami i jawnogrzesznicami, bo nie byli w stanie pojąć idei miłosierdzia dla grzeszników, a sędzia słyszy zeznania, według których zaopiekowanie się dziewczyną uznano za romans: „Mimo stanowiska reprezentującego najwyższą władzę państwową w dystrykcie nawiązał romans z ulicznicą, który to romans z uszczerbkiem dla urzędowania pochłonął go bez reszty”[20]. Jezus skazany na śmierć został wydany w ręce żołnierzy[21]. Kohorta zrobiła sobie pośmiewisko z Jezusa, zdjęła z niego szaty, biczowała, ukoronowała cierniem, a gdy jego zmasakrowane ciało zostało wystawione na widok publiczny, Piłat wypowiedział słowa: „Ecce homo”. Analogiczna gehenna sędziego rozpoczęła się w momencie, gdy pułkownik Joll powiedział do sierżanta sztabowego Mandela: „Powierzam go pana opiece”[22]. Nastąpiły tortury w celi, które sędzia tak wspominał: „Przyszli do mojej celi pokazać mi, czym jest człowiek, i w ciągu jednej godziny pokazali mi bardzo dużo”[23]. Na tym nie skończyły się zabawy żołdaków, którzy robili ze starego mężczyzny pośmiewisko. Kazali nagiemu sędziemu biegać na oczach gapiów, skakać przez sznurek, bawić się skakanką. Wreszcie ubrali go w krótką damską koszulę, która nie zakrywała jego nagości, wyprowadzili za mury, naciągnęli na głowę worek po soli i powiesili na drzewie za wykręcone do tyłu ręce[24]. Trudno w tym obrazie nie dostrzec obrazu Jezusa obnażonego, w cierniowej koronie na głowie, który umiera na drzewie krzyża. Piłat, wydając wyrok na Jezusa, umył na oczach tłumu ręce. Nie zrobili tego co prawda oprawcy sędziego, ale on sam zapytał swojego kata: „Jak to jest, że może pan jeść po tym… kiedy pan pracuje… zajmuje się ludźmi? (…) czy łatwo panu przychodzi zasiąść potem do posiłku? Wyobrażam sobie, że czuje pan potrzebę mycia rąk”[25]. Chrystus po trzech dniach od śmierci krzyżowej zmartwychwstał. Sędzia po miesiącach więzienia, podczas których żegnał się z życiem, przekonany, że za chwilę nastąpi egzekucja, wraca stopniowo między ludzi, rodzi się powtórnie do życia. Najpierw pokazywał się w mieście jako żebrak, ale gdy garnizon wojska uciekł ze strachu przed barbarzyńcami, wrócił do swojej roli: „Wszystkie poczynania, które nas mają zabezpieczyć przed zimą, odbywają się pod moim przewodnictwem. Nikt mnie do tego nie powołał”[26]. Dla ludzi w mieście stało się jasne, że pomimo upokorzeń sędzia jest naturalnym, oczywistym ich przywódcą. Można wyczuć, że jego autorytet był w tym momencie większy niż za czasów pokoju, przed przybyciem agentów Trzeciego Wydziału.

Jak widzisz, droga Elizabeth, nie sposób zaprzeczyć, że Coetzee opisał Paschę, czyli przejście sędziego od stanu człowieka ceniącego nade wszystko spokój i drobne przyjemności do postawy kogoś, kto mierzy się ze złem, które wtargnęło do jego świata i wychodzi z mroku poniżenia i śmierci, by stać się autentycznym przywódcą mieszkańców miasta. Możesz się oczywiście zastanawiać, na ile nieidealny człowiek ma prawo reprezentować Chrystusa, albo raczej, na ile w człowieku obciążonym grzechem możemy widzieć kogoś, kto tak jak Chrystus składa swoje życie w ofierze za nieprzyjaciół. Analogię może zobaczyć każdy. W powieści Coetzee’ego nieprzyjaciele mają podwójne znaczenie, podobnie jak termin barbarzyńca. Z jednej strony są to dzikie plemiona zamieszkujące tereny przygraniczne, z drugiej to agenci służby bezpieczeństwa, którzy niszczą własne państwo – Imperium. Sędzia „umiera” za jednych i drugich, cierpi za wszystkich. Z jednej strony bronił torturowanych więźniów, stawał po stronie barbarzyńców, domagając się, by traktować ich po ludzku. Z drugiej strony walczył w obronie państwa, które reprezentował, zasad, które powinny być w nim respektowane. Jednak dla mnie jako chrześcijanki ta historia pokazuje coś więcej. To jest nie tylko analogia cierpienia. Wierzę, że w sędzim i wszystkich podobnych mu ludziach, nawet jeśli nigdy w życiu nie słyszeli o Jezusie, jeśli wyznają inną wiarę albo nie wyznają żadnej, obecny jest żywy Chrystus. On sprawia, że ich ofiara zyskuje sens nieprzemijający, że ich cierpienie, włączone w Jego Paschę, zmierza ostatecznie do zmartwychwstania, do zwycięstwa nad każdym złem na końcu czasów. Z niektórych krajów czy nawet kontynentów mogą zniknąć chrześcijanie, Kościół może zostać zredukowany do nielicznych wspólnot żyjących w rozproszeniu, ale sam Zbawiciel nie przestanie być obecny w ludziach cierpiących prześladowanie dla sprawiedliwości. Dobrze, już przestaję głosić kazanie. Chodzi mi tylko o to, że nawet jeśli nie było to zamiarem Coetzee’ego, to jego Czekając na barbarzyńców opowiedziało mi, że żaden sprzeciw wobec zła, żadna obrona pokrzywdzonych nie pozostaje bezowocna, że wyda owoce w swoim czasie.

Dlaczego Ci o tym piszę? Bo chcę dokończyć naszą rozmowę w hotelu. Pragnę Cię zapewnić, że nie patrzę na ludzi niewierzących czy inaczej wierzących jako na kandydatów do potępienia, że nawet wtedy, gdy wypowiadam słowa: Extra ecclesiam nulla salvatio, które sprowokowały Cię do oskarżenia mnie o dogmatyzm, to wierzę, że zbawienia może dostąpić dzięki Chrystusowi każdy, że Jemu pozostaje nieobojętny najmniejszy okruch ludzkiego dobra, że On jest bliżej ludzi, bliżej Ciebie i mnie niż się komukolwiek wydaje. Muszę Ci też szczerze napisać, że Twoje stwierdzenie,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: J. M. Coetzee w świecie bez łaski