Bogatsze państwa na kontynencie, jak np. RPA od dawna są już regionalnymi biegunami migracji. Wędrówki poza kontynent będące częścią globalnych ruchów migracyjnych stanowią zaledwie niewielki ich procent. Celem jednak tych ostatnich jest przeważnie Europa. Dzieje się tak, dlatego, że przepływy ludności odbywają się zwykle z krajów biedniejszych do bogatszych a ponadto sprzyja temu geograficzne sąsiedztwo obu kontynentów i historyczne powiązania niektórych byłych europejskich metropolii kolonialnych z państwami afrykańskimi.
Przyczyn emigracji z krajów Afryki jest wiele. Najpoważniejsze z nich to szybki wzrost liczby ludności tych krajów w ciągu ostatniego półwiecza przy jednoczesnym niedostatecznym tempie rozwoju gospodarczego. Migracje wyzwalają w dodatku takie czynniki jak liczne wojny, kryzysy ekologiczne i naruszanie praw ludzkich w różnych państwach tego kontynentu.
Przeciętny imigrant/uchodźca z Afryki stanowi, więc na ogół hybrydę motywacji zarówno ekonomicznych, humanitarnych, jak i uchodźstwa wojennego i politycznego. Decyzjom migracyjnym sprzyjają inne elementy globalizacji, jak istnienie rozbudowanych sieci powiązań między tymi, którzy jeszcze nie wyjechali a tymi, którzy już są częścią diaspor narodowych migrantów w krajach europejskich.
Powszechna łączność telefoniczna, potanienie transportu i co raz powszechniejsza edukacja nieidąca jednak równolegle z rozwojem gospodarczym tych krajów. Jeśli uświadomimy sobie, że ludność Afryki wzrasta, co roku mniej więcej o 20 mln a gospodarki wielu z nich są w stanie permanentnej recesji, to stanie się jasne, że przynajmniej część młodych, wykształconych Afrykanów nieznajdujących u siebie satysfakcjonującej pracy i często tylko, dlatego niezadowolonych z własnej władzy a mających już rozbudzone ambicje, wbrew wszelkim przeszkodom będzie starała się wyrwać z zaklętego kręgu niemożności. Są często sfrustrowani upatrując swoją szansę na udane życie właśnie w emigracji. Oczekują tego także rodziny potencjalnych imigrantów. Decyzja o migracji świadczy o byciu prawdziwym mężczyzną, daje nadzieję na poprawę życia także tym, którzy pozostali. Wielu też zostało zmuszonych do ucieczki ze swojego kraju przez wojnę. Większość uciekinierów wojennych wegetuje cale życie w obozach dla uchodźców znajdujących tuż za granicą ich kraju pochodzenia albo jeszcze częściej na terytorium własnego kraju jako tzw. „uchodźcy wewnętrzni”. Niektórzy z nich dzięki przysłanym pieniądzom od rodzin znajdujących się za granicą podejmują ryzyko przedostania się do Europy.
Większość imigrantów z Afryki dociera obecnie do państw europejskich dzięki zasadzie łączenia rodzin. Zasada ta, co prawda została już w krajach Unii Europejskiej ograniczona wyłącznie do małżonków i niedorosłych dzieci, ale nadal jest jeszcze stosunkowo najszerszą furtką umożliwiającą dostęp do krajów bogatych. Drugą możliwością, znacznie węższą, są stworzone w niektórych krajach bogatej północy przepisy umożliwiające migrację dla wysokokwalifikowanych specjalistów, utalentowanych sportowców, artystów czy możliwości odbycia studiów akademickich czy staży zawodowych. Trzecim zaś sposobem, najbardziej spektakularnym to samodzielne próby dotarcia do granicy, któregoś z państw europejskich lub nielegalnego ich przekroczenia i zwrócenie się z prośbą o azyl. Dzięki zasadzie „nie wydalania” będącej częścią składową Konwencji Genewskiej z 1951 r. mogą oni (przy najmniej teoretycznie) przekroczyć ich granice nawet bez wizy czy paszportu i poddać się procedurze sprawdzającej czy odpowiadają oni definicji uchodźcy zawartej w wymienionej Konwencji. Jeśli ich uchodźstwo zostanie prawnie potwierdzone to będą mogli legalnie pozostać w danym kraju przyjmującym, jeśli nie teoretycznie czeka ich wydalenie z powrotem do kraju pochodzenia. Ponieważ jednak procedury te trwają zwykle długo, istnieją jeszcze inne drogi zalegalizowania pobytu, a w ostateczności są też możliwości pozostania nielegalnego, to w praktyce do deportacji dochodzi rzadko. Imigrantom, których nie można z różnych względów odesłać zezwala się zwykle na tzw. „pobyt tolerowany” lub otacza tzw. „ochroną subsydiarną”. Stąd dla większości imigrantów i uchodźców najważniejszą sprawą jest przekroczenie w ogóle granicy, broniącej się przed nimi Unii Europejskiej słusznie, dlatego nazywanej „twierdzą Europa”.
Drogi i sposoby przedostania się do Europy są rozmaite. Dla większości tego typu migrantów przeważnie prowadzą przez Saharę. Jadą korzystając z różnorodnego transportu samochodowego, niekiedy idą pieszo. Są miejsca w Afryce, jak np. w Agadez w Nigrze, gdzie można kupić fałszywe paszporty, wizy i przewodnika. Wszystko to jednak zawsze kosztuje dużo pieniędzy, dużo czasu i cierpienia. Najtwardsi próbują jednak się przedostać np. z Kamerunu czy z Konga przez Czad do Libii i Tunezji, skąd potem usiłują się dostać na kutrach przemytników do Włoch, Malty lub Grecji. Przykładowo uchodźca z Kamerunu tak opisał swoją podróż przez Saharę: „Zrozumiałem, że muszę uciekać, bo sytuacja jest tak poważna jak nigdy dotąd. 23 lutego udałem się w nocy do Mamfe. Stamtąd postanowiłem dojść na piechotę do Akwaya przy granicy z Nigerią. Tam ludzie swobodnie przechodzą granicę gdyż nie prowadzi bezpośrednio tam żadna droga i nie ma posterunku granicznego. Tak, więc 27 lutego przeszedłem do Nigerii gdzie przebywałem około miesiąca. Byłem w miastach Calabar, Enugu, Kaduna, Kano, Maiduguri, potem dostałem się do Czadu. Do Niamej przewiózł mnie pewien kierowca ciężarówki. Stamtąd przyjechałem do regionu przygranicznego z Libią zwanego Fire Lajo. Spotkałem tam sporo ludzi, którzy chcieli dostać się do Libii, byłem tam około tygodnia. Potem wraz z grupą innych ludzi udaliśmy się pieszo do Libii. Droga przez Saharę do pierwszej miejscowości w tym kraju zajęła nam dwa tygodnie. Nasi przewodnicy jechali na wielbłądach a my szliśmy pieszo. Po drodze wstępowaliśmy do oaz po wodę. Gdy doszliśmy do miejscowości, której nazwy jej nie pamiętam zabrałem się ciężarówką w raz z innymi ośmioma osobami do Benghazi. Mieszka tam wielu Afrykańczyków z Liberii, Nigerii i Kamerunu. Poznałem pewnego rybaka, któremu pomagałem w pracy. Ten pomógł mi dostać się na statek, który płynął do Europy. Wsiadłem do niego na morzu z lodzi rybaka. Kazano mi siedzieć pod pokładem. Spędziłem tam cały sierpień i wrzesień. Wreszcie pewnego dnia kazano mi żebym szykował się do wyjścia. Podpłynął do nas pewien mężczyzna, który zabrał mnie na ląd. Dowiedziałem się od niego, że jestem w Polsce. Pomógł mi kupić bilet na pociąg do Warszawy. W Warszawie miałem duże problemy z porozumieniem się z ludźmi, ale w końcu dotarłem na Koszykową”.
Z krajów Afryki Zachodniej poszukiwacze azylu kierują się natomiast zwykle do Maroka a później do Hiszpanii. Część jeszcze z Sahary Zachodniej próbuje się przedostać na łodziach na Wyspy Kanaryjskie, inni próbują sforsować ogrodzone drutem kolczastym enklawy hiszpańskie na terytorium Maroka: Ceutę i Melilę. Muszą uważać nie tylko na reprezentantów władz, ale również na miejscową ludność. Jedni okazują im, bowiem litość i pomagają, ale inni mogą ich zastrzelić lub wydać policji. Pozostali próbują przepłynąć choćby na pontonach cieśninę Gibraltarską, co często kończy się tragicznie gdyż fale zwykle je wywracają przy dopływaniu do skalistego brzegu po przeciwnej stronie cieśniny. Hiszpańska straż graniczna codziennie wyławia zwłoki nieszczęśliwych rozbitków. Tylko nielicznym udaje się w końcu przekroczyć granicę Unii Europejskiej a i tak hiszpańskie obozy dla uchodźców należą obecnie do najbardziej przepełnionych w Europie. Nie wielu się to udaje także, dlatego że w praktyce granice „twierdzy Europa” zaczynają się jeszcze na Saharze na terytorium Maroka i Algierii. Władze tych państw za pieniądze Unii starają się wyłapywać nielegalnych imigrantów i odsyłać z powrotem do swych sąsiadów z południa. Niektórzy z migrantów sami rezygnują, gdy okazuje się, że ich środki finansowe są zbyt skromne na opłacenie wszystkich pośredników usiłujących zarobić na ich chęci dotarcia do Europy, poczynając od saharyjskich pasterzy zatrudniających się w roli przewodników a kończąc na marokańskich rybakach wynajmujących im łodzie do przeprawy.
Poza tymi, którzy przekraczają Saharę i Morze Śródziemne są jeszcze tacy, którzy próbują nielegalnie dostać się na któryś ze statków zatrzymujących się w portach afrykańskich i płynących do Europy. Ci także wiele ryzykują gdyż zdarzało się, że w przypadku odkrycia ich pobytu na statku i niemożności wysadzenia w którymkolwiek z portów, zdesperowani kapitanowie usiłowali się pozbyć pasażera na gapę, wysadzając go wprost do morza i w ten sposób skazując na śmierć. Wielu jednak stara się dostać wizę, jakiegokolwiek państwa europejskiego (niekoniecznie zachodniego) np. Rosji, Ukrainy lub Turcji czy choćby Syrii albo Azerbejdżanu i stamtąd ewentualnie planują przedostanie do „właściwego” celu podróży. W celu dostania wizy wykorzystują często podatnych na oferty korupcyjne urzędników pracujących w niektórych zachodnich konsulatach. Drogi te są niemniej skomplikowane i ryzykowne. Niektórzy migranci afrykańscy, którzy znaleźli się w rejonie Bliskiego Wschodu usiłują się przedostać na Zachód szlakiem przez państwa bałkańskie, inni próbują raczej dostać się samolotem lub także drogami lądowi przez Kaukaz na obszar któregoś z państw powstałych po rozpadzie ZSRR – Federacji Rosyjskiej, Ukrainy lub Białorusi. Stąd zaś już prosto przez Polskę lub Słowację i Czechy do Niemiec, Austrii lub innych krajów zachodnich. To właśnie tą drogą trafiają przeważnie Afrykanie do Polski, choć oczywiście zdarzają się przypadki odbiegające od reguły np. uchodźca, z Sierra Leone najpierw wyjechał do Gambii, potem do Senegalu skąd dostał się samolotem do Włoch, tam jednak odmówiono mu azylu, więc spróbował szczęścia w Polsce: „Miałem kolegę biznesmena, który powiedział, że jedzie do Polski i może mnie zabrać, (jeśli oddam mu ziemię, którą zostawiłem w Afryce). Nigdy nie słyszałem o Polsce. Podobała mi się sama nazwa kraju”. Obywatel Gambii z kolei opowiadał, że przypłynął do Gdańska nielegalnie statkiem w przebraniu kobiety. Niezależnie od wiarygodności tych opowieści jest faktem, że większość uchodźców z Afryki dostaje się do Polski przez Rosję i Białoruś. Niektórzy twierdzą, że powodem wyboru naszego kraju było to, że „ktoś” załatwił im wizę do Polski albo do Federacji Rosyjskiej, skąd najbliższa droga na Zachód prowadziła przez Polskę. Wszystko tak naprawdę zależy od tego ile mają pieniędzy. Zazwyczaj, bowiem dalsza podróż z wymienionych wyżej państw odbywa się dzięki usługom mafii zajmujących się przerzutem. Odbywają ją w zamkniętych Tirach lub przechodzą poszczególne granice pieszo przeprowadzani przez przewodników lub są tylko podprowadzani przez nich do właściwego miejsca (wariant tańszy). Ci, którym zabraknie pieniędzy, zostaną okradzeni lub są już tak zmęczeni podróżą, że pragną wytchnienia albo, gdy zostaną złapani na nielegalnym przekraczaniu granicy, to decydują się zazwyczaj ubiegać o status uchodźcy w którymś z wymienionych krajów tranzytowych. Wszystkie z nich są sygnatariuszami Konwencji Genewskiej z 1951 r. i przyjmują uchodźców, choć nie wszystkie uchodzą za kraje bezpieczne i przestrzegające wymaganych standardów ochrony międzynarodowej. Te ostatnie zaczynają się dopiero od krajów należących do Unii Europejskiej, czyli w praktyce najczęściej od Polski. Niemniej niektórzy Afrykanie, jeśli nie mają innego wyjścia to składają wnioski o status uchodźcy w Turcji, na Ukrainie czy w Federacji Rosyjskiej. Nasz kraj także z reguły nie jest ich celem, dostają się tu poniekąd przypadkowo i jeśli nie mają nikogo znajomego, to przeważnie traktują Polskę również jako tranzytowy. Ze względu jednak na obowiązującą tzw. Konwencję Dublińską, określającą szczegółowo, które państwo jest odpowiedzialne za rozpatrzenie wniosku uchodźcy i europejski skomputeryzowany system rejestracji odcisków palców, w praktyce obecnie jest coraz trudniej pozostać na Zachodzie i nie zostać cofnięty do Polski, jeśli wcześniej dany uchodźca został u nas zarejestrowany. Dlatego ci, którzy pragną tego uniknąć przekraczają naszą granicę nielegalnie i nie składają wniosku o status uchodźcy w Polsce. Inni nie widząc chwilowo wyjścia z sytuacji decydują się mimo wszystko zostać w Polsce. Próbują tu żyć i pracować. Prawdopodobnie jest też, że z czasem ta tendencja będzie się nasilać. W Polsce, jak dotąd, na stale mieszka niewielu Afrykanów. Do końca nie wiadomo nawet ilu, gdyż żadne statystyki nie odnotowują takiej kategorii jak Afrykanie (będącej de facto kategorią rasową). Można próbować ich policzyć wykorzystując tylko roczne statystyki dotyczące obywateli państw afrykańskich, którzy dostali w Polsce status uchodźcy, pozwolenie na osiedlenie się, czy wreszcie otrzymali polskie obywatelstwo. Ponieważ część z nich wyjeżdża jednak z Polski, a drugiej strony są tacy, którzy pozostają w niej nielegalnie to liczba ta nie może być dokładną. Z moich ustaleń wynika, że jest ona dość płynna i może dochodzić zaledwie do trzech tysięcy. Najwięcej jest Algierczyków (ok. 500 osób) i Libijczyków (400), z Afryki subsaharyskiej zaś Nigeryjczyków (ok. 254 osoby wg spisu z 2002 roku, ok. 500 wg samych zainteresowanych). Inne większe grupy afrykańskie to imigranci z RPA (263), Kenijczycy (91), Sudańczycy (84) i Kongijczycy (75). Spośród nich w dużej mierze są to Afrykanie, którzy kiedyś studiowali w Polsce. Szczyt tego kształcenia ilościowo przypada na lata siedemdziesiąte. Kształciło się wówczas w Polsce około 2 tys. studentów i doktorantów z Afryki. W 1999 r. liczba ta spadła do 500 osób, a później została zredukowana jeszcze bardziej. Po ukończeniu przez nich studiów władze administracyjne z reguły natychmiast wymuszały ich powrót. Niektórzy zawierali jednak związki małżeńskie z obywatelkami polskimi i mogli wówczas zostać w Polsce, ale przeważnie również wyjeżdżali. Nieatrakcyjność ekonomiczna Polski, trudności formalne w przypadku pozostania, brak szerszego środowiska afrykańskiego w naszym kraju skutecznie do takiej decyzji zniechęcały. Dopiero po roku 1989, kiedy zabrakło z jednej strony tzw. administracyjnych środków wymuszania powrotów do krajów macierzystych, a z drugiej pojawiły się szersze możliwości pozostania i zarobkowania w Polsce z uwagi na wolny rynek, otwarcie się rynku pracy i rozwinięcie handlu bazarowego, wielu byłych studentów, doktorantów i stażystów zdecydowało się na pozostanie i już nie wróciło do swoich krajów. W latach dziewięćdziesiątych do Polski przyjeżdżali też Afrykanie z krajów byłego ZSRR, studiujący tam wcześniej. Liczba nowych osób przyjeżdżających na studia do Polski z państw afrykańskich drastycznie spadła, po raz pierwszy jednak w historii Polski pojawili się imigranci i uchodźcy z tego kontynentu. Rzadziej osoby, które przyjechały na zasadzie łączenia rodzin. Niektórzy z nich mimo trudności, przez które musieli przejść osiedliło się w Polsce. Wielu z nich złożyło wnioski o zalegalizowanie swego pobytu na czas określony lub postanowiło ubiegać się o status uchodźcy. Inni weszli w związki małżeńskie z obywatelami polskimi. Zaczęli z czasem uzyskiwać pozwolenie na pracę lub zgodę na prowadzenie działalności gospodarczej, w końcu zgodę na osiedlenie się, a następnie obywatelstwo polskie. Byli jednak i tacy, którzy nie podjęli żadnych działań legalizujących swój pobyt i przez wiele lat funkcjonowali tu nielegalnie. Większość po dłuższym lub krótszym pobycie w naszym kraju jednak wyjeżdża do innych krajów zachodnich. Skłaniają ich do tej decyzji przede wszystkim bardziej urozmaicone możliwości dostania tam lepiej płatnej pracy. Często jednak decydującym czynnikiem jest tylko fakt istnienia w dużych miastach Niemiec, Francji, czy Wielkiej Brytanii silnych diaspor Afrykanów z poszczególnych krajów czy nawet określonych grup etnicznych, z których sami pochodzą. Diaspory takie, których zasadniczo brak w Polsce, stanowią istotne grupy wsparcia dla nowo przybywających imigrantów. W naszym kraju można zaledwie obserwować ich zalążki w postaci nielicznych, często nieformalnych klubów czy zrzeszeń łączących Afrykanów z poszczególnych krajów. W ich ramach prowadzone jest dość ożywione życie towarzyskie, organizowane imprezy rozrywkowe, czy obchodzone święta. Istnieją też organizacje polsko–afrykańskie, skupiające głównie Polaków zafascynowanych Afryką, choć inicjatorami ich powstania byli często sami Afrykanie. Działają one na rzecz „dobrego imienia Afryki w Polsce”, a zajmują się szerzeniem wiedzy o Afryce i przełamywaniem stereotypów oraz organizowaniem pomocy. Po raz pierwszy Afrykanie w Polsce starają się wpływać na swój wizerunek wśród Polaków. Przedstawiciele ich zabierają głos w debatach publicznych i są aktywnymi uczestnikami różnych konferencji. Jest to szczególnie znaczące, gdyż dotąd cała wiedza o Afrykanach w Polsce, w tym także o ich postrzeganiu Polski, pochodziła od Polaków. Afrykanie zazwyczaj nie są spostrzegani w Polsce przez pryzmat swojej narodowości a tym bardziej etnicznego pochodzenia, lecz przez pryzmat przede wszystkim „rasy”, rozumianej nie tyle w kategoriach biologicznych, co jako pewien konstrukt kulturowy bliski pojęciu grupy etnicznej, w potocznej percepcji ograniczony do różnicy w kolorze skóry. Walczą oni z takim spostrzeganiem siebie a zwłaszcza z odpowiadającym mu i utrwalonym w naszym języku określeniem „Murzyn”, które spostrzegają jako słowo pejoratywne i rasistowskie, silnie przeniknięte negatywnymi stereotypami na ich temat. Podobnie też jak nie akceptują wierszyka „Bambo”, który ich zdaniem propaguje tylko „antyafrykańskie stereotypy” lub „ma na celu umyślne poniżenie Afrykańczyka”. Polacy ogólnie rzecz biorąc mają niską wiedzę na temat Afryki i Afrykanów, przeważnie, więc posługują się stereotypami na ich temat, choć wspomnieć można, że te są zasadniczo takie same jak innych Europejczyków i przez wieki nie uległy głębszym zmianom. Demonizowanie Afryki i Afrykanów, porównywanie ich ze zwierzętami, oskarżanie o kanibalizm, wytykanie brudu i przykrego zapachu, wykazywanie lenistwa, niedojrzałości i ogólnej niższości cywilizacyjnej są najczęstszymi składnikami tworzonych generalizacji na temat Czarnych zarówno w przeszłości, jak i współcześnie. Wielu próbuje je przełamywać, ale jest to o tyle trudne, że informacje wyraźnie niezgodne z nimi są słabo przyswajalne albo całkowicie odrzucane. Dziennikarze i inni piszący i opowiadający o Afryce nieraz siłą rzeczy muszą się nimi posługiwać gdyż inaczej, jak sądzą, przekaz byłby niezrozumiały dla przeciętnego odbiorcy. Poza tym stereotypy znajdują często w pewnej mierze swoje potwierdzenie w rzeczywistości i wtedy opinie im przeciwne…