Piotr Graczyk
Katechizm Kościoła Katolickiego poucza, że religijność ludowa jest to „cześć oddawana relikwiom, nawiedzanie sanktuariów, pielgrzymki, procesje, droga krzyżowa, tańce religijne, różaniec, medaliki”. Moje doświadczenia z tak rozumianą religijnością ludową są znikome i nie zawdzięczam jej niczego szczególnego. Ale Katechizm głosi też, że religijność ludowa w szerszym sensie to tyle co „zdrowy zmysł ludu” i „ewangeliczny instynkt”; inaczej mówiąc, jest to coś w rodzaju religijnego sensus communis łączącego prawdy wiary z konkretnymi formami życia danej społeczności, splatającego akty religijne z codziennością, a życie codzienne nasycającego wiarą. Pierwsza myśl, jaka nasuwa się przy tego rodzaju opisie, wiąże się z jego przednowoczesnym charakterem: pasuje on do społeczności żyjących w ustalonym kręgu spraw, do wspólnot funkcjonujących w ramach cyklu przypominającego cykl przyrodniczy, następowanie po sobie pór roku. Czy takie szczęśliwe i harmonijne społeczności kiedykolwiek istniały, czy dyskurs o „zdrowym zmyśle ludu” nie był tylko ideologiczną kołysanką mająca utrzymać niziny społeczne w ryzach? Mniejsza z tym – w czasach nowoczesnych, przy ciągle zmieniających się w skali całego globu sposobach produkcji i komunikacji, bezustannych przetasowaniach społecznych i przemianach form życia, samo wyobrażenie takiej wspólnotowej harmonii sacrum i profanum wydaje się nieadekwatne. Czegoś takiego dzisiaj nie ma. Co więcej, wyobrażenie takie wydaje się nie tylko anachroniczne ale również mało chrześcijańskie – jak gdyby wywodziło się z czasów pogańskich. Sam „instynkt ewangeliczny” wydaje się bowiem stać w sprzeczności ze „zdrowym zmysłem ludu” – Ewangelie każą bezustannie czuwać, a więc oczekiwać nadejścia nieoczekiwanego; Królestwo Boże jest jak złodziej w nocy, a gdy nadchodzi, jawnogrzesznice i celnicy okazują się bliżsi Bogu od tych, których ogół uznaje za porządnych ludzi (i którzy sami się za takich uważają). Wzorców zachowania nie mogę więc czerpać po prostu z tego co robią „wszyscy”, miarą nie może być to co wciąż cyklicznie się powtarza. Między Ewangelią a życiem społecznym jest jakiś cierń czy oścień, który nie pozwala im się ze sobą raz na zawsze pogodzić: te stosunki muszą pozostać napięte, niewygodne: nie mogę nie chcieć nasycenia codzienności Ewangelią, ale nie mogę też przeżyć życia nie śpiąc. Muszę chcieć dzielić wiarę z innymi, pragnę przekazać ją dzieciom – ale muszę tez pamiętać, że Krzyż to ostatecznie odosobnienie, wyniesienie w górę a zarazem w samotność; nie można zrozumieć Krzyża trzymając się za ręce i wesoło śpiewając. Tam gdzie dwoje lub troje (Simone Weil podkreśla, że nie więcej) zbiera się w Jego imię, tam zbierają się dwie lub trzy samotności, co dla samotności innej mają szacunek i nie chcą jej gwałcić.
A jednak ten punkt Katechizmu nie wydaje mi się po prostu anachroniczny czy pozbawiony sensu. Pamiętam doświadczenie z czasów, zanim przyjąłem chrzest w Kościele Katolickim. Wychowany zostałem w rodzinie ateistycznej, w dzieciństwie nie miałem kontaktów z Kościołem. Jednak w liceum, gdy byłem w harcerstwie, żeby podczas obozów nie nudzić się w niedziele, zacząłem razem ze wszystkimi chodzić do wiejskich kościołów na msze. Zwykle jeździliśmy na ziemie zachodnie, które wtedy, w latach osiemdziesiątych, przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Poniemieckie wsie podupadały, brak zakorzenienia miejscowej ludności w zastanym krajobrazie kulturowym był wręcz namacalny. Ale inaczej było w kościołach – tam ludzie najwyraźniej czuli się u siebie, stawali się wspólnotą. Największe wrażenie podczas mszy czynił na mnie wtedy gest przekazania znaku pokoju. W tym momencie ludzie zwracali się ku sobie inaczej niż zwykle. Wyglądało to tak jakby nagle podnosili na siebie oczy, jakby nagle się nawzajem dostrzegali. Nie jako tych czy innych sąsiadów, z którymi wiążą ich takie albo inne interesy, ale jako bliźnich, którym się należy uwaga i szacunek. Można by pomyśleć, że ta chwila wyrywała ich z kręgu codziennego życia, w którym do innych – o ile nie należą do najbliższej rodziny – zwracamy się zawsze po to, żeby coś uzyskać. W tym momencie mszy zwrócenie się do innych było – wymuszonym przez liturgię – gestem spojrzenia na bliźniego jako na bliźniego, ćwiczeniem z bezinteresowności spojrzenia. Ten gest niekoniecznie miał jakieś konsekwencje w życiu poza budynkiem kościoła – ale jako znak wydawał się wyraźny i kazał mi się zastanawiać nad jego źródłem, co było dla mnie początkiem drogi do nawrócenia i przyjęcia chrztu. Religijność ludowa pojęta jako pojawiająca się w dowolnej wspólnocie intuicja ewangeliczna – czy nie zawiera się właśnie w takim bezinteresownym i nie-codziennym spojrzeniu na bliźniego jako na bliźniego i w tym wszystkim, co je umożliwia i co do niego doprowadza – słowach, znakach, rytuałach? A zatem religijność ludowa jest może tym, co z „ludu” czyni ludzi, osobnych i swoją osobność akceptujących?
Stanisław Grygiel
Religijność ludowa nie jest synonimem ani zacofania, ani ostoi wiary prawdziwej i nieskażonej złymi wpływami nowoczesności. W ludowej religijności, jak w każdej innej, odsłaniają się więzi łączące człowieka z Bogiem a wydarzające się tak głęboko we wnętrzu osoby ludzkiej, że nawet ona nie może wydać ostatecznego sądu, czy uczyniła wszystko, żeby w niej i wokoło niej było więcej pięknej prawdy i pięknego dobra, których źródłem jest Bóg. Dzięki temu jeśli nawet sumienie go oskarża, nie wolno mu zapominać, że Bóg jest większy niż jego sumienie (por. 1 J 3, 20). Któż może osądzać obecność Boga w człowieku? Jeśli zatem człowiek jest „zrozumialszy w niebie” (C. K. Norwid), jeśli tutaj jest on tylko proroczym znakiem-odblaskiem rzeczywistości, która go ciągle przerasta, to on dopiero uczy się siebie.
Prawda religijności nie sprowadza się zatem do etyki. Ona jest adoracją Miłości, w której biją źródła bycia człowieka i świata. Wodę ze źródeł pije się bowiem na kolanach. Religijność, która nie broni człowieka przed „czystym” humanizmem, nie broni go przed chaotyczną swawolą, podatną na sztuczny porządek totalitaryzmu aktualnie dominującej wartości. Człowiek musi coś adorować. Jeśli nie adoruje Boga, adoruje byle co.
Osoba jest osobą o tyle, o ile żyje w komunijnej wspólnocie z innymi, to znaczy, o ile im się zawierza i czyni się ich bliźnim. Religijność, w której osoba odsłania siebie sobie oraz innym, nie może być religijnością społecznie niewidoczną. Kto nie kocha brata a mówi, że kocha Boga, kłamcą jest. Fałszywie myśli o Bogu ten, kto nie ma na tyle odwagi cywilnej, żeby na ulicy, przechodząc obok kościoła, z adorującym uszanowaniem zdjąć z głowy kapelusz.
Moją osobę budziła rodzina, której religijność była religijnością ludową. Moją osobę budził wiejski kościół, w którym uczyłem się klękać przed Bogiem eucharystycznie obecnym wśród nas. Budziło ją życie ludzi wiejskich, którzy wyrażali uszanowanie dla siebie nawzajem pochwaleniem Chrystusa, pracę i spożywanie jej owoców zaczynali znakiem krzyża, a czas porządkowali liturgią świąt i nabożeństw. Ich wiara, nadzieja i miłość, rozwijające się w rytm życia wypełnionego pracą, którą kierowały pory roku, stawały się moją wiarą, nadzieją i miłością. Sens i wartość tej pracy objawiały mi się w ich zawierzeniu się ziemi oraz ziarnom rzuconym w nią w znaczonej krzyżem nadziei, że one odrodzą się za jakiś czas i przyniosą owoc stokrotny. Ci ludzie uczyli mnie – zrozumiałem to po latach – odpowiedzialnej, troskliwej miłości do siebie samego, do innych i do tych pól, na których z kolei ja musiałem pracować. Ich codzienny trud pokazał mi, że miłość wyzbyta pracy jest tylko nieodpowiedzialnym, upiornym myśleniem o innych ludziach.
Religijności ludowej zawdzięczam ideę autorytetu. Autorytetem są dla mnie ludzie, których dobroć i mądrość, a nie puste słowa, osądzają ludzką złość i ludzką głupotę. Piękna i siły autorytetu doświadczyłem przede wszystkim w tych, którzy znali ziemię, umieli dostosować do niej swoją pracę według „znaków czasu” i wiedzieli, że jej owoce nie zależą li tylko od ludzkiej pomysłowości i ludzkiego wysiłku. Dzięki nim autorytetem dzisiaj jest dla mnie człowiek, który z miłością powiększa[1] świat stworzony przez Miłość, człowiek, który zna dar, umie go przyjąć i wie, że zawdzięcza go zawsze miłości. Tylko dar powiększa świat i człowieka. Kto zna dar, zna wolność, która jest epifanią wiary, nadziei i miłości.
Religijność ludowa nie zna relatywizmu właśnie dlatego, że zna dar. Dar wyklucza relatywizm. Kto przyjmuje dar, przyjmuje określone zadanie, nieodwołalnie zobowiązując się do wykonania go. Daru nie można pozbyć się bezkarnie. Ten, kto zdobywa się na tego rodzaju czyn, niszczy siebie i społeczeństwo, bo niszczy społeczne więzi, które są właśnie z darów. Religijność ludowa wie, czym jest grzech.
Uprawianie ziemi przez ludzi, którzy znali dar, wprowadzało mnie w świat kultury. Od nich uczyłem się, że tak samo trzeba pracować na innych polach, na których ma róść człowiek. Kiedy dziś mówię: kultura, widzę czarne ręce dziadka, którymi dotykał ziemi tak, jak dotyka się ciała najdroższej osoby. Nawet kamieniem nie mógł przywrócić im pierwotnej białości. Te ręce pokazały mi, że kultura nie polega na pielęgnowaniu paznokci, ciała bądź rozumu, lecz na pielęgnowaniu człowieka w każdej pracy wykonywanej dla niego, a nie dla jakichś interesów. Ludzie kultury inaczej pielęgnują swoje ręce aniżeli ci, którzy handlują ich wyglądem.
Tak się złożyło, że moje życie potoczyło się niewiejskimi drogami. Kształtowałem się na innych miejscach, w spotkaniach z ludźmi, którzy dojrzewali w innej niż ja religijności. Nigdy i nigdzie jednak nie odczuwałem ludowych początków mojej religijności jako czegoś, co trąciłoby prowincją. Powiem więcej, religijność ludowa ułatwiała mi rozumienie innych ludzi, dzięki niej także i oni mogli mnie rozumieć. W głębi ludowej religijności nie ma prowincjonalizmu, tam jest powszechność. Chyba że podda się ją ideologizacji. Widziałem wielu, których zideologizowana religijność (nie ludowa!) była tym bardziej prowincjonalna, im bardziej obrabiano ją rozumowaniami. Nie było w nich głębi, w której wydarza się osoba. Zakrywały ją nie tylko rozumowania.
Do tej głębi coraz usilniej powracam i kurczowo się jej trzymam z pomocą różańca, Litanii Loretańskiej czy Gorzkich Żalów. Uprawiając powierzone mi pola, staram się dorównać kulturze moich przodków. W łączności z nimi współtworzę odziedziczone nazwisko, moją tożsamość. Nie zawierzam się erudycji, nie zawierzam się zawiłym rozumowaniom na temat Boga i człowieka, mimo że z nich korzystam. Nie przywiązuję nadmiernej wagi do ideologicznych interpretacji mojej ludowej religijności, bo nie odnajduję w nich tego, czym ona jest. One wszystkie mówią jakby obok tematu, mówią obok niego tym bardziej, im bardziej mówią uczenie.
Ludowej religijności zawdzięczam, że dumając nad historyczno-literackimi „pozostałościami” w Piśmie Świętym, nie utożsamiałem Objawienia z osiągnięciami ludzkiego rozumu. „Totalnie” zachwycały mnie i nadal zachwycają jedynie słowa proroków oraz zapowiedziane przez nich Słowo Boga, które stało się ludzkim ciałem. Czysto ludzkie kombinacje słów, choćby były bardzo uczone i bardzo logiczne, przyjmuję o tyle, o ile pomagają mi godniej żyć. Nie fascynuje mnie estetyka ich wyglądu. Góral, któremu koledzy tłumaczyli, że dziewczyna wybrana przez niego na żonę jest brzydka, miał dla nich tylko jedną odpowiedź: Ech, chłopcy, kiebyście wy mieli moje ocy!
Religijność ludowa jest jak Chochoł z Wesela Stanisława Wyspiańskiego: na zewnątrz wiecheć słomy, w środku piękna róża. Czy nie jest znamienne, że tylko on jeden, wiecheć słomy, znał prawdę i znaczenie wydarzeń, nad którymi dumał Wyspiański? W jakiejś mierze dzięki temu obrazowi róży okrytej słomą staje mi się coraz bliższa dziękczynna modlitwa, z jaką Chrystus zwrócił się do Ojca po słowach oskarżenia rzuconego miastom Korozain, Betsaida i Kafarnaum (por. Mt 11, 21-24): „Wysławiam cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było twoje upodobanie” (Mt 11, 25-26).
Leszek Aleksander Moczulski
W dzieciństwie mieszkałem w domu przy małej uliczce, na której z jednej strony stał szpital, a z drugiej więzienie. Wczesnym rankiem byłem „dobudzany” przez potężny chór więziennych głosów Kiedy ranne wstają zorze, wieczorem zaś brzmiała pieśń Wszystkie nasze dzienne sprawy. Były to lata 1945-1947. Potem śpiew więźniom – w większości, jak mówiono, byli to AK-owcy – został zakazany. W ten sposób w moje życie wchodziła niejako żywa religijność ludowa i poezja religijna, czy ściślej mówiąc pieśń religijna.
Potem, po latach, chyba już jako licealista dowiedziałem się, że autorem owych śpiewanych słów jest poeta Franciszek Karpiński. Skąd ta luka? Skąd tak późna wiedza? Myślę, że ta luka jest charakterystyczna w pojmowaniu, promowaniu świadomości poetyckiej. Myślę, że jest tak nieprzerwanie do dnia dzisiejszego. Moje rozumowanie jest następujące: nie ta dykcja (tu Franciszka Karpińskiego) nazywana jest dykcją poetycką, to raczej inne dykcje – czasem bardzo ciekawe, czasem nudnawe, czasami wzbogacające, czasem nic nie wnoszące, ale mające szerokie uznanie, mają wręcz monopol na dykcję poetycką. Są jakby „wyższe”, współczesne, nowe, trendy itd., itp.
W późnym wieku doświadczenia dzieciństwa widzi się jako wieloaspektowe, wielowarstwowe, postrzega się je jako ramę powoli domykającego się życia.
Wielogłosowość modlitw jest tym, co wyniosłem z Kościoła lat dziecinnych i młodzieńczych. Nawet gdy potem byłem poza Kościołem, gdy w wieku osiemnastu lat wyjechałem „w świat”, tkwiły we mnie te obrazy zapamiętane z wczesnych lat. Zmagałem się z nimi i gmatwałem, nim wszedłem na prostsze drogi. Tymczasem w rodzinnym domu budziły mnie, prawie co dnia, radośnie Godzinki,które śpiewał melodyjnym, ściszonym głosem mój Tata – krawiec. Wszystkie ubrania przez niego szyte były „obśpiewane” Godzinkami.
Dlaczego nazwałem to wielogłosem modlitwy? Dopiero niedawno dotarła do mnie świadomość tego, że ludowe Godzinki przełożył prawdopodobnie ks. Jakub Wujek. Mało tego, te arcypolskie Godzinki to spolszczona modlitwa hiszpańska. I tak jawi mi się wiara – wielogłosowa, wieloaspektowa. Nie jednej barwy, na przykład ludowej czy w innej postaci, lecz wielobarwna jak witraż. I wiejski kościółek i katedra Notre-Dame to jedność. Aż tak ciekawa jest wiara i tak się odciska na naszej tożsamości. Jesteśmy częścią malowniczą, twórczą, własną Europy, wśród różnorodności jedyną. Moją. Uniwersum i „szczegół lokalny” stapiają się w tyglu duszy w jedną barwną „całkowitość”. Coś w duszy iskrzy czy, jak mówił Wyspiański, „co się komu w duszy gra”.
Nie można więc sprawy stawiać: albo – albo. Albo ludowa religijność, albo „religijny intelektualizm”. Na przykład nasz wielki poeta Adam Mickiewicz jest przecież „ludowy”, nieraz aż wprost. Wielki poeta Franciszek Karpiński jest „ludowy”. Uczeni i maluczcy modlą się słowami „ogień krzepnie, blask ciemnieje”, a poeci roztrząsają te słowa przez dziesięciolecia. Nasze kolędy są „ludowe”, a pisane na poziomie egzystencjalnym trafiają do współczesnej wrażliwości. Więc nie albo – albo, bo wtedy kościoły będą pustawe, uboższe o barwę różnorodności. Więc co?
Przede wszystkim tym, co chyba łączy oba te nurty, jest radość chrześcijańska. (Wyczytałem, że do III wieku uznawano osiem grzechów głównych; tym ósmym, który odpadł od kanonu, był… smutek). Ona umożliwia przenikanie się twórcze obu opcji. Obdarowywanie się najcenniejszymi depozytami wyrazu, kultury, wiary. Wiara jak ptak ma dwa skrzydła. Ileż ja zawdzięczam piosence Chwalcie łąki umajone oraz egzystencjalnej pieśni W Krzyżu cierpienie, w Krzyżu zbawienie, a przecież napisał je ten sam autor – poeta, prawnik a potem jezuita Karol Bołoz Antoniewicz (1807-1852), dając nam naukę, jak czynić oba przekłady, mówiąc w skrócie, „ludowości” i „intelektu”.
Żyję w tak bogatym, złożonym, barwnym świecie wiary i myśli, pewności i szukania, stołeczności i prowincji, ciekawości nieba i ziemi.
Henryk Siewierski
Choć urodziłem się i do szkoły chodziłem w mieście, to wychowywała mnie też wieś moich dziadków, gospodarzy spod Rzeszowa, gdzie jeździło się na wakacje. Nie była to wakacyjna kolonia, ale integralna część kraju lat dziecinnych. Dlatego też przychodzi mi dzisiaj z trudnością wyodrębnienie religijności ludowej jako religijności dla mnie innej. Język tylko ze swoimi formami gwarowymi był trochę inny, ale wiara i jej znaki te same. W wiejskim drewnianym kościele byłem tak samo u siebie jak w neogotyckiej świątyni mojego miasta. Tak samo wszyscy odmawiali pacierz, żegnali się przed i po jedzeniu, tak samo rzadko na co dzień podejmowano tematy religijne i tak samo starano się, nie zawsze skutecznie, nie wymawiać imienia Pana Boga swego na daremno. On i tak był wszędzie, przemawiał do nas przez wszystko i wszystkim rządził. Był jeden, ale miał Świętą Rodzinę, aniołów i świętych, miał nie tylko dla siebie, bo byli oni też z nami ku pomocy. Babcia robiła nożem znak krzyża na chlebie przed jego napoczęciem, ale tak szybko, że trudno było zauważyć i dopiero wiele lat później o tym się dowiedziałem. W niedzielę po obiedzie dziadek czytał na głos Pismo Święte i choć nie wszystko było dla nas dzieci zrozumiałe, wiadomo było, że wszystko, o czym była mowa nie tylko już się stało, ale że dużo z tego jeszcze ma się stać i to na naszych oczach. Przez wąską kładkę na rzece przechodziło się bezpiecznie, bo Anioł Stróż, identyczny jak na obrazie, który wisiał na ganku, szedł za nami krok w krok. Do kościoła było daleko, nogi bolały, ale ta droga, te zmieniające się widoki na lasy, pola i domy, krzyże przydrożne i wiatraki, wzgórza i doliny, spotykani po drodze ludzie, ten ból w nogach i smakowity po powrocie posiłek, były razem z niedzielną mszą jedną wielką całością wyznania i celebracji wiary.
Formy pobożności ludowej były też chlebem powszednim życia miejskiego, a może nawet bardziej w miejskiej uwydatniały się przestrzeni i trudno byłoby je oddzielić od form „nie-ludowych” bez zubożania obrazu religijności tamtych i nie tylko tamtych lat. Życie religijne w mieście miało w dużym stopniu charakter ludowy, a religijność wsi nie była aż tak ludowa, jakby się mogło wydawać.
Co osobiście zawdzięczam religijności ludowej?
Może właśnie tę trudność wyodrębnienia jej jako religijności innej i to, że mogę o niej dziś myśleć jako o znaku łączności, arce przymierza nie tylko między dawnymi a nowymi laty, ale też między różnymi obszarami współczesnej topografii wiary. I jeśli dzisiaj spotkania z praktykami i przejawami religijności ludowej, nawet tak odmiennej jak w naznaczonej synkretyzmem religijności brazylijskiej, budzą więcej wzruszeń niż zdziwienia, jeśli nawet czasem poruszają do głębi przeczuciem bycia świadkiem jakiejś epifanii, to może zawdzięczać trzeba to również tamtemu wczesnemu przebywaniu w kręgu religijności polskiej wsi, które było też potwierdzeniem i umocnieniem wiary w poszerzonym kulturowym pejzażu.
Paweł Taranczewski
Redakcja „Znaku” znowu o coś pyta. Tym razem chodzi jej o lud i religijność ludową.
No dobrze, ale co to „lud”? Czy określa go opozycja: lud – panowie? A może: lud – duchowni? Może: lud – mieszczanie lub lud – Żydzi? Kiedy mamy lud, a kiedy tylko kupę luda? Trzeba więc – za cytowaną gdzieś przez Boya hrabiną – spytać: „Qu’est-ce que c’est le lud?”. Przypominam, że dawno temu pewna hrabina zadała to pytanie w redakcji krakowskiego „Czasu” i… nie dostała odpowiedzi. Jeśli więc nie wiadomo, co to lud, to tym mniej wiadomo, o czyją i jaką religijność chodzi.
Może ludem jest lud Boży, który ma jakąś religijność? Jednak taki lud jest wszędzie tam, gdzie są rzymscy katolicy określeni jako lud Boży przez katechizm rzymskiego Kościoła. Taki lud redakcji raczej nie interesuje. Jeżeli lud Boży jest na Podhalu, to ludem są górale. Wówczas religijność ludowa, to religijność górali. Ale co z Kaszubami, Mazurami, Wielkopolanami, Ślązakami, krakusami, Rusinami, mieszkańcami Podlasia…? Przecież oni też są ludem! A może już przestali być ludem? Może i górale ludem być przestali? Niech się nad tymi pytaniami biedzą socjologowie, psychologowie społeczni, ci, co się zajmują społeczną geografią, etnografowie i etnologowie…
Stawiam pytanie redakcyjne samemu sobie tak: Czy doświadczyłem w Polsce religijności ludowej?, jakiej?, czym ona była dla mnie? Wreszcie: czy nadal jest dla mnie ważna? Mogę tak pytać, bo sam do ludu nie należę, być może należałbym, wykonując osobiście pracę na roli z pomocą maszyn prostych napędzanych siłą mięśni moich i zwierząt. Czy jednak sama taka praca na roli wyróżnia członka ludu? Jest wielu, którzy pracę na roli wykonują, a ludem nie są. Czym różni się lud od ludowców? Odpowiedź na te pytania pozostawiam wyżej wspomnianym uczonym.
Kim jestem? Panem, mieszczaninem? Mieszczańskim inteligentem? Artystą? Powiedzmy: malarzem mieszkającym w Krakowie. Muszę też wiedzieć, o czyją religijność mi chodzi. Powiedzmy, że ludem są ludzie opisani przez Reymonta w Chłopach czy ludzie obecni w opowieściach Na skalnym Podhalu. Jednak górale to nie chłopi! Odpowiadając na pytanie redakcji, przyjmuję zatem, że pisząc „lud”, mam na myśli górali ze skalnego Podhala. Tak, doświadczyłem religijności górali, ale nie od razu. Urodziłem się w 1940, z początkiem II wojny; jako tako świadomy bywałem po wojnie na Dolnym Śląsku, i to nie na wsi, a w miastach i miasteczkach, które zajmowali ludzie zza Buga, a także – jeszcze – Niemcy. Bywałem w kościołach pełen ludzi zachowujących się…