Nie wiem, niestety, czy autor Pogrążonych i ocalonych czytał Pożegnanie z Marią lub Kamienny świat. Analogie jednak narzucają się same. A dodatkowo i Levi, i Borowski podpisaliby się pod słowami Jeana Améry. Włoski eseista cytuje z Poza winą i karą taki oto fragment:Jest państwo niemieckie, które pędzi Żydów i przeciwników politycznych na śmierć, ponieważ uważa, że tylko w ten sposób może się zrealizować. I cóż z tego? Cywilizacja Grecji zbudowana została na niewolnictwie, a ateńska armia stacjonowała na wyspie Melos jak SS na Ukrainie. Niezliczone ludzkie ofiary ginęły, jak daleko sięga w otchłań wieków światło historii, a odwieczny postęp ludzkości to i tak tylko naiwna mrzonka z XIX wieku. (…) Via Appia była po obu stronach obstawiona rzędami krzyży, na których rozpięto niewolników, a w Birkenau rozchodził się smród palonych ludzkich ciał. Tutaj było się nie Krassusem, lecz Spartakusem, to wszystko.
W gruncie rzeczy jednak odpowiedź na pytanie, czy Levi znał Borowskiego – w angielskim lub niemieckim przekładzie – nie ma większego znaczenia. Podobieństwa, jakie da się uchwycić, stanowią bowiem rezultat równoległości myślowych, a nie zapożyczeń. O nich zresztą nie może być mowy także i z tego względu, że Byliśmy w Oświęcimiu, Pożegnanie z Marią, Kamienny świat wychodzą w tym samym czasie co debiut Leviego Czy to jest człowiek. Ich autorzy byli rówieśnikami (Levi o trzy lata starszy), którzy prezentowali tę samą wrażliwość i zadziwiająco pokrewne widzenie obozu. Obydwaj też, tak Borowski, jak i Levi, postawili wysokie wymagania przed literaturą. Po Borowskim i Levim nie można już było pisać o lagrze tak jak wcześniej. Doniosłość ich dzieł, odwaga myśli i bezkompromisowość sprawiły, że teksty innych autorów zestawiane z nimi nieuchronnie jawiły się jako anachroniczne.
Wartość tego typu prac jak Pogrążeni i ocaleni jest trudna do przecenienia, jeśli mieć na względzie to, iż spaja ona optykę świadka, uczestnika zdarzeń z postawą badacza, jego erudycją i oczytaniem. A jeżeli dodatkowo – jak w przypadku Leviego – łączy się z tym jeszcze pragnienie maksymalnej szczerości, nade wszystko zaś szczerości intelektualnej, mamy wówczas do czynienia ze źródłem niezwykłym, rzadkim i – nie trzeba dodawać – szczególnie cennym. I choć Levi wie, że pełen obiektywizm, spojrzenie holistyczne jest niemożliwe (zbyt wiele zmiennych, które zafałszowują obraz), nie ustaje w dążeniu do prawdy o świecie lagrów, o Shoah.
Wyjątkowe – acz obecne również u Borowskiego – są refleksje eseisty na temat tej dziwnej płaszczyzny, na której spotykają się kat i ofiara. Bezwzględność i okrucieństwo starych häftlingów było jedną z tych rzeczy, które wywoływały największe zdziwienie u nowo przybyłych. Levi całkiem słusznie nazywa je „szarą strefą”. Istnienie „szarej strefy” poniekąd koreluje z niechęcią włoskiego prozaika i myśliciela do czarno-białych rozróżnień, deklaratywnych i arbitralnych spostrzeżeń. Zgoda na „szarą strefę” nie oznacza bynajmniej przyzwolenia na relatywizm etyczny. Z tego, że rzeczywistość lagrowa była bardziej skomplikowana niż się powszechnie sądzi, nie wynika wcale labilny status podstawowych prawd moralnych. Ten jest poza dyskusją. „Szara strefa” dowodzi jedynie tego, że reguły i zasady moralne trzeba stale potwierdzać w działaniu, że nie są one niezniszczalne.
Obserwując ofiarę, jak powoli podlegała procesowi zlagrowania, by w pewnym momencie znaleźć się niebezpiecznie blisko kata i jego metod, Levi nie zapomina o sprawie zasadniczej – odpowiedzialność za to spada przede wszystkim na zbrodniczy system i jego demoralizującą strukturę. Notabene jest to podejście, które często nam umyka w dzisiejszych dyskusjach wokół lustracji księży, naukowców, artystów.
Jest jednak w Pogrążonych i ocalonychfragment, z którym można polemizować. Osobiście mam wątpliwości, czy do przypadku kolaborantów pomocników Trzeciej Rzeszy wolno tak samo zaliczyć Quislienga z Norwegii, profaszystowskie rządy republiki Vichy jak władze Judenratu w getcie warszawskim. Ich sytuacja była – mimo wszystko – odmienna, a i rezultatów tej współpracy nie da się porównać. Bardziej problematyczna i może przez to trochę bliższa kolaboracji jest postawa prezesa Chaima Rumkowskiego. Nie da się zapewne wybielić tej kontrowersyjnej postaci, ale i w tym wypadku jego obrońcy mogli twierdzić, że gdyby armia sowiecka kilka tygodni wcześniej wkroczyła do Łodzi, to strategia Rumkowskiego oparta na pracy dla reżimu i tzw. mniejszym złu okazałaby się słuszna. Oczywiście w takiej sytuacji pozostaje zawsze aktualne pytanie, czy hitlerowcy dopuściliby do uratowania się mieszkańców getta; czy wbrew ekonomii i kosztem wypełnienia oczekiwań frontowych nie zamordowaliby wcześniej wszystkich ocalałych mieszkańców. Wywód ten nie ma na celu ani łatwego usprawiedliwiania Rumkowskiego, ani równie łatwego potępiania. Odnotowuje jedynie i uwypukla złożoność sytuacji, w jakiej znalazła się ofiara. Najbardziej przewrotne i zarazem dające najlepsze (najbardziej praktyczne) rezultaty było wciągnięcie häftlingów w machinę zła. To między innymi dzięki temu stworzona przez nazistów maszyneria utrzymywała się w ruchu. Członkowie Sonderkommando też stanowili efekt tego typu planu pułapki. Przyczyny, dla jakich decydowano się, by zostać więźniem funkcyjnym, były różne: od tchórzostwa, może najłatwiej zrozumiałego, przez chłodną kalkulację, z której jasno wynikało, że tą drogą zwiększam swoje szanse na ocalenie, po zaspokojenia instynktu władzy, poczucia ważności. Levi nie pochwala tych postaw i nie stara się bronić więźniów, którzy tak postępowali, nie pozwala jednak, aby osądzać ich z bezpiecznej pozycji, jaką zajmujemy dziś wobec tych wydarzeń, dalecy im i nieznający ich z bezpośredniego doświadczenia. Zasad rządzących lagrowym uniwersum nie…