,,Z rzeczywistością nie można się spierać. Można
żyć albo w kłamstwie, albo przyjąć prawdę i
wyjść jej naprzeciw. Historię losu żydowskich
współobywateli, którzy zginęli pośród swoich,
musimy poznać do końca”.
(Jan T. Gross, Strach)
Zła wiadomość nadeszła dla kilku polskich rodzin wyznania mojżeszowego, zamieszkałych w dużej, kilkutysięcznej wsi o nazwie Gniewczyna w gminie Tryńcza, powiat Przeworsk, ówczesnego województwa lwowskiego, a obecnie podkarpackiego. W dniu wybuchu wojny pewien starszy już rolnik (który mógł w ten sposób wyrażać typowe poglądy mieszkańców wsi) na pytanie, co będzie, gdy przyjdą tu Niemcy, odpowiedział: „Hitler zrobi porządek z Żydami”. Była to złowieszcza zapowiedź losu małej, jednoprocentowej mniejszości etnicznej w Gniewczynie. Losu Trinczerów, Semków, Majerów, Jankielów, Kielmonów, Fajbów, Lejzorów, Lejbów i Majerków.
Słowo o Gniewczynie
W owym czasie społeczność Gniewczyny nie była powszechnie wykształcona, bo dopiero od dwudziestu lat (to znaczy od odzyskania przez Polskę niepodległości) objęto dzieci i młodzież powszechnym obowiązkiem nauki. Z pokolenia dziadków tylko nieliczni umieli czytać i pisać, z pokolenia ojców – co drugi. Jednak choć cała młodzież była już piśmienna, to tylko nieliczni, co dziesiąty z nich, byli przygotowany do dalszej nauki w szkołach średnich; młodzi po ukończeniu klasy czwartej z reguły porzucali naukę – byli potrzebni do opieki nad młodszym rodzeństwem i do pracy na roli. Tak więc dzieci rozpoczynające naukę tworzyły zwykle dwa oddziały, zaś do ostatniej, siódmej klasy dochodziły trzy osoby – byli to chłopcy z majętnych rodzin.
Większość mieszkańców wsi cierpiała biedę, jadano z jednej miski, niektórzy na własny użytek międlili konopie i tkali płótno na koszule, jeden z gospodarzy nawet w zimie boso woził nawóz na pole. Biedne kobiety chodziły do oddalonego o trzy kilometry lasu po suche konary i nosiły ciężkie paki tego opału na plecach – pamiętam ich spocone i zaczerwienione z wysiłku i od palącego słońca twarze.
Małorolni gospodarze odpracowywali wynajem konia. Z tego powodu pracowali nie mniej od zamożnych, którzy mieli konia/konie z wozem i rolniczym osprzętem. Posiadanie jednego konia wyznaczało przynależność do tak zwanej klasy średniej, dwu – do klasy zamożnych gospodarzy, tak zwanych kmieci. Pewien małorolny, poczciwy i niezwykle pracowity ojciec rodziny całe życie odkładał ciężko zarobiony grosz na zakup konia. Kupił już wóz i uprząż, zachował nawet za węgłem obory świńskie ucho ze słoniną do natłuszczania skórzanej uprzęży, ale nie zdążył kupić upragnionego konia i wejść do klasy średniej – wcześniej dopadła go starość i choroba.
Do miastowych, urzędników, policji, kolejarzy, nauczycieli odnoszono się z zazdrością i niechęcią. Trzeba to zrozumieć: chłopi – pracując od świtu do wieczora we dworze – zarabiali złotówkę za dniówkę, podczas gdy urzędnicy cywilni i mundurowi zarabiali krocie, kilka setek miesięcznie. Do tego chłop we dworze i żołnierz w wojsku brali „po pysku”. Gdy mój ojciec, służąc w wojsku w Tarnopolu, spóźnił się jeden dzień z urlopu, to sierżant zawodowy, zanim wysłuchał usprawiedliwienia, wymierzył mu tęgi policzek.
We wsi były tylko dwa rodzinne warsztaty pracy: duży, murowany, napędzany silnikiem spalinowym młyn Jagiełów i prosta, siłą mięśni obsługiwana olejarnia Ficków. Niektóre rodziny w poszukiwaniu chleba przenosiły się na wschód, gdzie kombatantom wojny 1920 roku sprzedawano tanio urodzajną ziemię z parcelacji niektórych majątków.
Co do opinii na temat gniewczyńskiej parafii, najdosadniej wyraził się (na przełomie XIX i XX wieku) ówczesny proboszcz, ks. Jan Biega, który narzekał na „obrzydliwy nałóg głupoty, dzikości i gniewu u ludzi”. ,,W każdej sprawie, choćby najzbawienniejszej, najpożyteczniejszej, najprostszej, muszą członkowie tej gminy i prawie zawsze jedni i ci sami, nie mając oświeconego rozumu i nie chcący przyjąć od nikogo ani oświecenia, ani rady – gniew czynić to ich żywioł, ich ideał. To dowód namacalny i źródło, początek, przyczyna nazwy gminy miejscowej Gniewczyna”[1].
Takie narzekanie miało się nijak do zniewolonego ciężką pracą chłopa i jego żony, obarczonych gromadą głodnych, obdartych i chorujących, wiecznie zasmarkanych dzieci, gnieżdżących się wraz z pokoleniem dziadków przez całą zimę w jednej, ciasnej izbie-kuchni, w najczęściej starych, osiadłych na ziemi i zagrzybionych domach.
Pamiętam naszych niedalekich sąsiadów – rodzinę Czerwonków. Mieli dwanaścioro dzieci. W zimie młodsze spały we czworo na jednym łóżku, chorowite bądź przeziębione – na piecu, na warstwie ciepłego, suszącego się ziarna, dziadkowie na ławach, na przypiecku, starsze dzieci na podłodze, na przynoszonej do izby, co wieczora, świeżej warstwie słomy. Żaden z domowników nie miał pracy zarobkowej, emerytury ani renty. Popularnym napojem była kawa z przypalanego w domu jęczmienia; z braku nafty do lampy przyświecano sobie szczapami wciśniętymi w szczelinę między cegłami pieca. I to właśnie oni stali się pogorzelcami. Pożar strawił im dom i obory. Wieś nie była społecznie zorganizowana, nie potrafiła im pomóc. Musieli sami, z zaświadczeniem od proboszcza, wędrować nawet po okolicznych wioskach z prośbą o wspomożenie.
###banner###
Brak ziemi i związana z tym bieda, ciężka praca, ciasnota i brak nadziei na lepsze jutro sprawiały, że większość ludzi czuła się pokrzywdzona i wydziedziczona przez los, a przez to gniewna, szukająca winnych za swoje ciężkie życie. Nie mając warunków do rozwoju, nie mieli poczucia patriotyzmu, bo nie mieli powodu do dumy z przynależności do wolnej Polski. Ich ojczyzną była, jak za zaborów, polszczyzna i ojcowizna – jeśli mieli szczęście ją odziedziczyć.
W Gniewczynie mieszkało zaledwie kilka rodzin żydowskich. Na pierwszy rzut oka Żydzi nie wyróżniali się niczym szczególnym: oni przez lata spędzone tutaj schłopieli, ubierali się więc, zachowywali i mówili po swojsku, tak jak ich katoliccy sąsiedzi. Jeśli więc była w mieszkańcach wsi jakaś niechęć do Żydów – to nie wynikała ona z odmienności wyglądu i języka ani z różnic majątkowych. Żydzi z Gniewczyny byli bowiem biedni.
Pamiętam, że między tymi dwiema grupami ludności kwitł handel. Chrześcijańscy chłopi sprzedawali swoim żydowskim sąsiadom nadwyżki mleka, sera, masła, drobiu, kaszy czy ziemniaków. Kupowali za to od nich wełniane, kolorowe chustki na głowę, zwane dobytkami, i grube chusty z frędzlami – na plecy. Składali też pojedyncze zamówienia na inne części garderoby i sprzęty gospodarstwa domowego, po które Żydzi jeździli aż do Rzeszowa, przy czym połowę trasy pokonywali zwykle pieszo – żeby było taniej. Zresztą żadna z żydowskich rodzin nie miała zaprzęgu. Jednak nigdy się nie zdarzyło się, żeby Żydzi żebrali albo coś ukradli.
Skąd zatem w Gniewczynie niechęć do Żydów? Odpowiedź jest prosta: uruchamiała ją religia. Owa niechęć płynęła z ambony, malarstwa religijnego, obyczajów… Kiedyś do domu babci, Marii Kulpy, przyszli kolędnicy. Wśród nich był zgarbiony, pejsaty, karykaturalnie ubrany Judasz z pielgrzymim kosturem i workiem na pieniądze u pasa, wiadomo – Żyd. Pamiętam, jak przedobra ciocia Stasia wysunęła z miotły witkę brzozową i podając mi, wówczas siedmiolatkowi, powiedziała: „Bij tym Żyda po garbie na plecach, będziesz miał zasługę przed Panem Jezusem”. Bałem się, bo jakże to tak, bić dorosłego, który ma w dodatku kij w ręku. Ale ciocia dalej mnie zachęcała: „No idź, bij, nic ci nie zrobi”. Odważyłem się w końcu uderzyć i, o dziwo, Żyd się nie rozłościł, nie zdzielił mnie kijem. No cóż, dla ludzi we wsi każdy człowiek był stworzeniem Bożym, tylko nie Żyd!
Dzieciaki dla zabawy rzucały łajnem w okna żydowskich domów. Gdybyż tylko to! Kobiety, które z oddalonego o trzy kilometry lasy dźwigały suche konary na opał, opowiedziały mi kiedyś o ,,przygodzie”, jaka spotkała starego Żyda niosącego taki ciężar. Młodzież pasąca bydło na pastwisku podeszła doń cicho, od tyłu, i podpaliła dźwigane przez niego i powiązane konary. Żyd wpadł w panikę, bo nie mógł się uwolnić od płonącego brzemienia. Biedak opalił włosy, uległ poparzeniom, ale winowajców nie spotkała żadna kara.
Ani w domu, ani w szkole, ani w kościele nie uczono nas, że trzeba szanować także żydowskich sąsiadów. A oni zachowywali się tak, jakby przepraszali, że żyją. Zatem wyżywano się na nich, bezkarnie wyśmiewano, a słowa ,,Żyd”, ,,Żydówka”, ,,żydowski bachor” funkcjonowały jako obelga. Do dobrych żartów należało, przy okazji świniobicia, poczęstować żydowskie dziecko kawałkiem kiełbasy czy kaszanki, dobrze wiedząc, że ich żydowscy rodzice przestrzegają koszerności. „Mame – mówiło żydowskie dziecko po powrocie od sąsiadów – Konik Wojtek dał nam krupki z workiem, aj waj, jakie to dobre było”. Chcąc Żydom dokuczyć, używano wobec nich pozdrowienia: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Żydzi nie obrażali się, odpowiadali na to: „Niech będzie pochwalony Bóg Wszechmogący”. Była w nich duma z biblijnej historii i wierności Jedynemu Bogu. Była w nich nieznana nam, chrześcijanom, wiara, że są narodem wybranym, któremu Wiekuisty objawił drogę życia. Dziś myślę, że to właśnie owa duma i wiara chroniła ich przed motłochem!
Wierzący Żydzi nawet pod groźbą utraty życia nie wypierali się swojej religii. Wyjątkiem było zauroczenie i miłość. W dwóch pięknych córkach Majerów zakochali się dwaj młodzieńcy z Gniewczyny: Jan Strama, technik, i Jan Szozda, kolejarz. Pierwsza – Rachela/Teresa Strama – doczekała się trójki udanych dzieci; pozostała we wsi, ale przeżyła tu piekło, była nieustannie szantażowana przez najbardziej zdegenerowanego z miejscowych mafiosów, który do końca wojny groził jej i dzieciom denuncjacją przed okupantem. Druga – Bronia – wyszła za Jana Szozdę dopiero po wyzwoleniu, w roku 1944. Podczas okupacji ukrywała się z pomocą narzeczonego w coraz to innych miejscach – najdłużej u Bajów, za rzeką, przy moście. Po wojnie obie siostry, wreszcie odetchnęły od zmory lęku przed sąsiadami i przed okupantem. Bronia nie musiała zmieniać wiary, dostała szansę na ślub cywilny z Janem Szozdą. Osiedlili się w powiecie łańcuckim, z dala od znanych jej osobiście gniewczyńskich antysemitów.
*
Na strychu u babci, Marii Kulpy, znalazłem kiedyś stare (z 1926 roku) katolickie pismo, które tylko w tytule było katolickie, ale w treści – antysemickie, ostro antysemickie. Przeczytałem w nim taką oto pieśń-modlitwę:
Boże! Coś Polskę przez tak liczne wieki
Bronił od Szwedów, Turków i Tatarów,
Coś ją wyzwolił z niemieckiej opieki
I na proch starłeś kajzerów i carów,
Przed Twe ołtarze zanosim błaganie:
Polskę od żydów racz wyzwolić Panie!
Żyd nasze miasta i wsie zawojował,
Handel i przemysł zabrał w swoje ręce,
Nawet uczelnie wyższe opanował
I kraj pogrążył w ubóstwie, w udręce;
Przed Twe ołtarze…
Żyd sieje bezwstyd i ludność rozpaja,
Karczmy i domy rozpusty otwiera,
Bolszewizm szczepi, Polaków rozdwaja,
Mienie i zdrowie. i rozum odbiera;
Przed Twe ołtarze…
Boże Wszechmogący i Ty Panno Święta,
Korony Polskiej Przeczysta Królowo!
Polska chce zrzucić te ohydne pęta,
Chce być naprawdę wolną, narodową,
Przed Twe ołtarze zanosim błaganie:
Polskę od Żydów racz wyzwolić Panie!
Znalazłem tam również artykuł pod tytułem Żyd:
[Żyd] porzucił własną ziemię, jął się włóczęgostwa z postanowieniem życia na cudzy koszt. Jak wesz, pluskwa, szarańcza, zarazek tyfusu, bakcyl cholery i dżumy… Zażądał równouprawnienia i ,,tolerancji”, [czyli] poddania się świata chrześcijańskiego żydowskiej nawale, i abdykuj, chrześcijaninie – wyrzekaj się wiary, narodowości, ziemi, nieba – oddaj, coś nagromadził – spal Pismo święte, obal Papiestwo, przebuduj kościoły na synagogi, zapuść pejsy, włóż ,,cecele” i pójdź na żydowskiego parobka… całe legje zdrajców własnego kraju, duszami i mózgiem zaprzedanych judaizmowi, dziesiątkami lat popełniają nieustającą zbrodnię zaprzaństwa narodowego… Całe to zbiegowisko opryszków najgorszego gatunku wyciska na masach narodowych odpowiednie piętno…
Minęło zaledwie szesnaście lat od druku owego pisemka, kiedy – 12 lutego 1942 roku – dwunastoletni, żydowski chłopiec z Krajna, Dawidek Rubinowicz przeczytał dopiero co rozlepione we wsi niemieckie ogłoszenie:
Żyd to oszust, jedyny twój wróg
Stań, przeczytaj widzu miły,
Jak Cię żydy osaczyły,
Brudną wodę da do mleka,
Zamiast mięsa szczura sieka,
Rozczyn ciasta z robakami,
ugniatany jest nogami.
Dawidek zapisał w swoim pamiętniku: ,,gdy stróż [to ogłoszenie] przybijał, to akurat ludzie szli od śniegu, tak się śmieli, aż mnie głowa rozbolała z tej hańby, jaką Żydzi w dzisiejszych czasach przeżywają. Aby Bóg dał, żeby ta hańba czym prędzej się skończyła”.
Wkrótce potem, 21 września tego samego 1942 roku, Niemcy załadowali do wagonów, na stacji Suchedniów, Dawidka wraz z rodzicami i pięcioma tysiącami innych Żydów z okolic Bodzentyna i wysłali do obozu zagłady. Do Treblinki pociąg przyjechał 22 września o godzinie 11 minut 24. Proces uśmiercania w komorach gazowych, łącznie ze stosowanym przez esesmanów kamuflażem, nie trwał długo… Dawidek i jego rodzice zginęli po dwudziestu minutach straszliwej, niewyobrażalnej męki duszenia się w komorze gazowej, gdzie sekunda daremnej walki o oddech oznaczała wieczność męki umierania wraz z najbliższymi.
Jeśli ktoś nie widzi związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy tamtym katolickim pismem a treścią hitlerowskiego ogłoszenia i losem bezbronnego, żydowskiego dziecka, to… ma ,,kamienne serce” i nie słucha Jezusa, Syna Dawidowego, i Jego żydowskich (!) błogosławieństw.
*
Dziewiątego dnia po wybuchu wojny Przeworsk zajęli Niemcy. Nadszedł czas lęku, śmiertelnego niebezpieczeństwa dla społeczności żydowskiej. Trzy dni później spłonęła zabytkowa synagoga. 27 września przyjechał do Przeworska 3. oddział operacyjny SD pod dowództwem dr. Halselberga, który przeprowadził akcję wysiedlenia Żydów z Przeworska za San, na teren radzieckiej strefy wpływów. 1470 osób, w tym 505 mężczyzn, 553 kobiety i 412 dzieci, musiało w ciągu doby opuścić miasto (informację te podaję za Wstępem do Dzienniczka Basi Rosenberg[2], czternastoletniej uczennicy Szkoły Handlowej w Przeworsku).
Z Przeworska do Sieniawy, za San, jest około 25 kilometrów. Żydzi rozpaczliwie potrzebowali wozów. Płacili nawet dziesięciokrotnie więcej niż przed wojną. Zwiedzieli się o tym chłopi z okolicznych wiosek. Także z Gniewczyny wyruszyło do Przeworska na zarobek co najmniej kilka, a może nawet kilkanaście furmanek. Żydzi wyjeżdżali w pośpiechu, w atmosferze pełnej lamentu i płaczu. Wykorzystali to wozacy, żądając z góry zapłaty za przewóz. Po tej akcji dwaj furmani z Gniewczyny – dwudziestolatek, który wypożyczył konie od zamożnego sąsiada, i czterdziestolatek, który miał własne konie, a dwa i pół roku później wszedł do bandyckiej spółki pomagającej Niemcom w pogromie żydowskich sąsiadów – przechwalali się swoim sprytem: podwozili rodzinę żydowską tylko na czwartą część drogi do Sieniawy, do lasu przed wsią Jagiełła. Tu zatrzymywali konie i grożąc batem i klnąc, przepędzali swych pasażerów z wozu.
Bezwstydni, pozbawieni sumienia, hańbiący przykazanie miłości bliźniego, za nic mieli tragedię ludzi, pisk dzieci, płacz kobiet i lament mężczyzn. Nie bali się, mieli oparcie w niemieckiej policji i przyzwolenie społeczne na prześladowanie Żydów, mieli także siekierę pod ręką… Potem boczną drogą wracali pędem do Przeworska z ofertą następnej usługi. Obracali tak po trzy razy w pierwszym dniu wysiedlenia i raz w następnym. To był dopiero geszeft, szwindel, podejrzany interes – podręczne słowa antysemitów rzucane w starozakonnych pod byle pretekstem, a chętnie wprowadzane w czyn przez nas, nowozakonnych.
Na razie rodziny żydowskie na wsi pozostawiono we względnym spokoju, ale do czasu! Tylko żarty w stosunku do Żydów stawały się coraz bardziej okrutne. Po wojnie słyszałem od szkolnych kolegów z odległej miejscowości, że kiedyś, wracając w niedzielę z kościoła, spotkali żydowskiego chłopca na łące. Przywiązali go do dziko rosnącej gruszy, zdjęli spodnie i podprowadzili pasącą się w pobliżu kozę, aby ssała jego ciuraka. Opowiadając o tym, jak chłopiec wył z bólu, pokładali się ze śmiechu.
Póki co, panowały stare lęki i strachy przed oskarżeniem o mord rytualny: Żydzi śmiertelnie bali się wieści o zaginięciu czyjegoś dziecka, które mogło się utopić w Mleczce czy Wisłoku lub zabłądzić w lesie, ponieważ to na nich mogłoby paść oskarżenie.
Żydowskie rodziny z niepokojem oczekiwały świąt wielkanocnych, kiedy to młodzież miała zwyczaj wieszania, w pierwszych dniach Wielkiego Tygodnia, naturalnej wielkości kukły Judasza na wysokim wiązie przed oknami Trinczerów mieszkających najbliżej kościoła. Ubiór tej kukły pochodził ze skradzionej wcześniej żydowskim biedakom odświętnej garderoby. Wisiało to na pośmiewisko i hańbę Żydom rzekomo winnym śmierci Chrystusa. Zwyczaj ten zarzucono dopiero w 1941 roku. W tym czasie Żydzi, bojąc się aktów napaści inspirowanych liturgią i kazaniami wielkopiątkowymi, wcześniej niż zwykle zamykali okiennice i nie wychodzili z domów.
Od początku okupacji Żydzi starali się nie rzucać w oczy. Handlowali po cichu tylko z ludźmi, którym ufali. Taki stan utrzymywał się do końca 1941 roku.
Wiosną roku następnego, gdy Niemcy przystąpili do tzw. ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej (czytaj: wymordowania całego narodu żydowskiego), także miejscowi przystąpili do ostatecznej obławy na rodziny żydowskie, chociaż nie musieli tego robić. Nie było to trudne, bo od dwóch lat je „macali”, czyli śledzili gdzie się ukrywają. Coraz częściej dochodziło do napadów dla wyłudzenia pieniędzy. Gdy Żydzi zaczęli się na noc w domach barykadować, miejscowi podjeżdżali przed świtem pod upatrzony żydowski dom z sikawką strażacką, wspinali się na dach i wlewali wężem wodę przez komin, dopóki właściciel nie otworzył drzwi. Brali okup na alkohol i znikali, zanim ludzie wyszli z domów do pracy. Na podobne akcje wyjeżdżali także przed świtem do sąsiedniej wsi, Jagieły, oddalonej o pięć kilometrów. Tam, przy dwu przydrożnych, małych stawach gnieździło się kilka rodzin żydowskich. O świcie podłączali wąż strażacki do stawu, wspinali się na dachy biednych domostw i robili potop u tych prześladowanych, spodziewających się najgorszego, biedaków. Żydowskie rodziny żyły teraz w przekonaniu o nieobliczalności katolickiego otoczenia, w poczuciu nie tylko zagrożenia zewnętrznego – ze strony okupanta, ale i wewnętrznego – ze strony sąsiadów. Odczuwali to jako sąsiedzką i zarazem polską zdradę. Bezradności, bólu, rozpaczy i lęku o przetrwanie rodzice nie potrafili ukryć przed dziećmi, które nieruchomiały, cichły, śledziły niespokojne twarze rodziców.
Czarna rozpacz ogarnęła rodziny żydowskie wiosną 1942 roku. Żydzi bali się przebywać w swoich domach, rozpierzchli się, gdzie kto mógł. Ukrywali się u zaufanych ludzi w przysiółkach na obrzeżach wsi, takich jak Poręby i Zawisłocze. Inni, ci bez małych dzieci, spali w oborach u zaufanych we wsi, a w dzień kryli się w zagajnikach, w wiklinie nadrzecznej bądź w starych przybudówkach do stodół. Dwie niepełne rodziny Semków i Lejzorów schroniły się w starym młynie blisko leśniczówki. Miejscowych chłopców penetrujących to miejsce, po ucieczce obu rodzin na stare wisłoczysko, obsiadły tysiące pcheł – oto warunki, w jakich gnieździli się ci ludzie.
Dwie młode dziewczyny przyjęła rodzina Skibów, mieszkająca za mostem na Mleczce, przy skrzyżowaniu dróg. Żona Lejzora uciekła wraz z małoletnim synem Herszem do swojej siostry w Chodaczowie. Tam zostali zastrzeleni. Troje osób próbowała przechować pewna gospodyni w Gniewczynie Trynieckiej, ale jej krewny naprowadził żandarmów i zastrzelili ich w lesie, po drodze do Wólki.
Trinczerowie, Lejba i Szangla, zgodzili się oddać najmłodsze dziecko, dziewczynkę o jasnych włosach i niebieskich oczach (odziedziczonych po ojcu – Lejbie), bezdzietnemu małżeństwu Łabuzów. Dziecko przebywało już z nimi przez pewien czas, do pamiętnego maja 1942 roku, kiedy to miejscowi – w geście „łączenia rodzin” – dołączyli dziewczynkę do jej rodziców uwięzionych we własnym domu.
U Trinczerów
W maju 1942 roku, miejscowi – nazwijmy ich spółką gromadzkiej „elity” – mianowicie: szef Ochotniczej Straży Pożarnej (od sprzed wojny, z mandatu społecznego), aktywiści straży i zarazem najbliżsi sąsiedzi rodziny Trinczerów, sołtysi i ich pomocnicy, zwani pachołkami (ci z mandatu okupacyjnego), z obu części wsi – Łańcuckiej i Trynieckiej – oraz bezideowe skrzydło ruchu oporu urządzili obławę na miejscowe rodziny żydowskie, wyłapując większość dorosłych i dzieci. Wsadzili nieszczęśliwców na wozy, jak świnie i cielęta wiezione na jarmark, i dowieźli do domu Lejby i Szangli Trinczerów – w środku wsi, w bliskim sąsiedztwie kościoła i plebanii, niedaleko szkoły.
Wszyscy zostali uwięzieni w ciemnej komorze, bez okna, tylko z lufcikiem wentylacyjnym. Pozbawienie ich wolności wróżyło najgorsze. Podobnie jak esesmani w Oświęcimiu, strażnicy zastosowali kamuflaż, łudzili więźniów, że pozostawią ich przy życiu, jeśli ci oddadzą pieniądze, złoto i powierzone zaufanym ludziom ubrania, buty i inne rzeczy, i jeśli dzieci nie będą płakać, a dorośli nie będą stawiać oporu. To sprawiło, że nieszczęśliwcy przeszli od szoku po obławie i uwięzieniu do nadziei, że Wszechmogący odmieni ich los. Nie wiedzieli, że wyrok na nich już zapadł, że po gwałtach i torturach będą patrzeć na śmierć swoich dzieci.
Miejscowi, spółka gromadzkiej „elity”, którą dziś nazwalibyśmy mafią, rekrutowali się z ówczesnej, wiejskiej klasy średniej. Reprezentowali władzę administracyjną i dysponowali siłą fizyczną, w tym nielegalną bronią. Ich funkcje wzajemnie się uzupełniały. Mieli szerokie pole dla korupcji (m.in. ustalanie wysokości kontyngentów dla poszczególnych gospodarstw oraz sporządzanie list na wywózkę do przymusowej pracy w Niemczech) i niepohamowaną ochotę na pohulanie.
Najaktywniejszy, najbardziej zdemoralizowany i okrutny był szef miejscowej, kilkunastoosobowej Ochotniczej Straży Pożarnej. Brał on także udział w pogromie dziesięciu rodzin żydowskich w sąsiedniej wsi Jagiełła.
Biedacy, nawet gdyby chcieli, nie mieli dostępu do mafijnej spółki, a członkowie zamożnych i zacnych rodzin, nie chcieli do niej należeć z szacunku do samych siebie.
Nikt we wsi ,,nie podskoczył” tym gangsterom z obawy przed zawyżeniem kontyngentu, wywózką, a nawet śmiercią. Niestety, ideowe skrzydło Armii Krajowej reprezentowane przez miejscowych studentów nie przyjęło na siebie roli obrońcy żydowskich sąsiadów. Na nieszczęście dla nich pomiędzy mafijną spółką a AK ustalił się pewien stan równowagi sił, niepisana zasada niewchodzenia sobie nawzajem w drogę.
W maju 1942 roku, w domu Trinczerów, mroczne emocje okrutnych wieśniaków, zainspirowanych nazistowskim programem zagłady narodu żydowskiego oraz klimatem religijnego antysemityzmu i społecznego przyzwolenia na poniżanie Żydów, sięgnęły zenitu. Za dnia przepędzali nieszczęśników do izby i pilnowali ich pod bronią, bo tłumiąca dźwięki i pozbawiona okien komora potrzebna była do gwałtów i tortur. Złamano uwięzionym ich poczucie godności i pohańbiono człowieczeństwo: kobiety przeprowadzano z izby do komory, uspokajając ich mężów, że tylko na przesłuchanie, podczas gdy w rzeczywistości gwałcono je pojedynczo i zbiorowo, mężczyzn torturowano w celu wskazania, gdzie ukryli części garderoby i pieniądze. Kuchnia między tymi pomieszczeniami służyła za dyżurkę, gdzie miejscowi się zbierali, naradzali, pili wódkę. Kilku bossów mafijnej spółki decydowało o torturach i gwałtach – kto, kiedy i kogo – oraz o tym kiedy te rodziny wydać hitlerowcom na śmierć, aby nie stały się w przyszłości świadkami oskarżenia.
Na razie miejscowym najbardziej zależało na milczeniu ofiar w obawie, aby jakieś kobiety, szczególnie ich żony, nie usłyszały płaczu i krzyków. Ciekawskich i litościwych informowano, że taki jest rozkaz gestapo. Uwięzienie rodziców razem z dziećmi gwarantowało milczenie ofiar. Gwałcone kobiety nie chciały krzyczeć, aby nie straszyć przede wszystkim własnych dzieci, a mężczyźni krzyczeć nie mogli, bo podczas tortur robiono im mostek na stołku, kneblowano usta i wlewano wodę do nosa. Oprawców z obu części Gniewczyny – Łańcuckiej i Trynieckiej – mogło być do dziesięciu.
Do dziś nie wiem, dlaczego na areszt wybrano dom Trinczerów, w środku wsi, tuż przy drodze, w sąsiedztwie plebanii, wikarówki, organistówki i kościoła, niedaleko szkoły, zamiast na obrzeżu i w oddaleniu od drogi. Może zadecydowała o tym dostępność uczęszczanego przez ludzi miejsca oraz poczucie zupełnej bezkarności i fakt, że dwu albo trzech z dziesięciu bandytów było sąsiadami tego domu.
Dobrzy ludzie we wsi nie byli zorganizowani, nie inwestowali energii w sprawy gromady, swoje opinie wypowiadali tylko za zamkniętymi drzwiami. Mieli dość swoich kłopotów z wykarmieniem dzieci, z chorobami, z brakiem odzieży, opału i światła. Byli od wieków przyzwyczajeni, że władza we wsi należy do ,,pana, wójta i plebana”.Byli skażeni myśleniem niewolników. Wielu pamiętało jeszcze czasy, kiedy pan miał prawo ich uwięzić, ekonom – bić ,,po pysku”, proboszcz – rzucać na nich z ambony klątwę, a wójt mógł samowolnie wyznaczać poborowych. Ludzie nie chcieli się społecznie angażować, zamykali oczy i zatykali uszy na zło, które nie dotykało ich bezpośrednio. W domu Trinczerów, który teraz stał się więzieniem, najczęściej gwałcone były dwie młode i ładne kobiety: Szangla, żona właściciela domu Lejby, matka trójki małych dzieci, oraz córka Lejzora z Trynieckiej, żona mieszkańca Jarosławia – też Szangla, matka dwojga małych dzieci. Właśnie tej drugiej Szangli udało się wyrwać z rąk miejscowych w chwili przeprowadzania jej do komory na seans gwałtu. Wybiegła za płot na przeciwną stronę drogi, potem doliną ku ławie na Mleczce, za ławą – w górę rzeki, nadbrzeżną, mało uczęszczaną ścieżką wzdłuż rzadko rozstawionych domów. Biegła jak oszalała, mając nadzieję, że zdoła się oderwać od goniącego ją prześladowcy. Zdołała dopaść najbliższej stodoły Musiałów, przy której był wychodek – tu się skryła. Ale prześladowca nie zgubił ofiary. Wyciągnął ją stamtąd za włosy. Próbowała go przekupić, ofiarując złoty łańcuszek zaszyty w ubraniu. Szlochała, błagała, znali się, jak wszyscy we wsi – był jej rówieśnikiem. Ponury spryciarz nie dał się jednak ubłagać. Wczepił się łapą w jej włosy i dowlókł ją z powrotem. Ludzie udawali, że tego nie widzą… Szangla miała nadzieję sprowadzić ratunek dla dwójki swoich dzieci. Może chciała paść na kolana przed proboszczem lub wikarym i prosić o pomoc? Nigdy się tego nie dowiemy. Możemy tylko przypuszczać, że chciała postąpić tak jak jej babcia Semkowa, dzień później, kiedy to, skoro świt, przybiegła pod kościół przed pierwszą mszą i klęcząc u drzwi, czekała na chwilę, kiedy ksiądz i pierwsi staruszkowie będą wchodzić do kościoła. Wyciągała do nich z płaczem ręce, prosząc o ratunek dla córki i wnucząt. Bezskutecznie… I zaraz musiała uciekać, bo zaczynał się ruch we wsi. Do kościoła nie mogła wejść z obawy, aby nie oskarżono jej o profanację hostii. Kiedy po domach poszła wieść, że miejscowi uwięzili żydowskie rodziny w domu Lejby Trinczera, natychmiast tam pobiegłem. Z ciekawości i ze współczucia. Miałem dwanaście lat. Drzwi wejściowe były lekko uchylone. Nie zdziwiło mnie to. Wszedłem śmiało do sionki, bo często tu bywałem jako goniec w sprawach handlowych. Kuchenka na wprost otwarta. W swojej naiwności usiadłem na ławie naprzeciw otwartych drzwi głównych i drugich, kuchennych. Tak się robiło w oczekiwaniu na właściciela. Zaskoczyły mnie jakieś jęki. Kobiece. Stłumione, płaczliwe. Wciąż od nowa. Rozróżniałem coś, co brzmiało jak „juuuze… juuuze… juuuze…, i tak kilkanaście razy. W miarę, jak to się powtarzało, wzrastał we mnie niepokój. Ktoś umiera w komorze po lewej? Te odgłosy były tak przytłumione, że nie mogły być słyszane w izbie po mojej stronie prawej, gdzie przetrzymywano pozostałych, w tym dzieci. Wtedy nie mogłem się domyśleć, że ktoś pod bronią pilnował śmiertelnie przerażone ofiary w izbie, a inni gwałcili zbiorowo kobietę w komorze. Nagle, jak spod ziemi, zjawił się przede mną mężczyzna wysoki, dobrze zbudowany, ale nie miejscowy, tylko sprzymierzeniec miejscowych, który dopiero co opuścił kuchnię, wyszedł za dom za potrzebą (tam był wychodek) i właśnie wrócił. Przypadł do mnie, zasyczał ze złością: „co tu robisz?”, chwycił za kołnierz, szarpnął ku wyjściu i wykopał za próg domu. Zgłupiałem, zdumiony i przestraszony zarówno gwałtowną reakcją, jak i tłumionym sykiem tego strażnika „domu umarłych” . Skąd ta agresja, a równocześnie dbałość…