Mimo poważnych problemów finansowych, o których w ubiegłym roku „Więź” poinformowała swoich czytelników i przyjaciół, Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny pisma, deklaruje: – Nie zwijamy żagli! Przeciwnie: ,,Więź” powiększa swą flotę. W niezagospodarowaną dotąd przestrzeń życia społecznego wejdzie bowiem Laboratorium „Więzi” – Instytut Badań Społecznych i Dialogu.
Mamy nadzieję – mówi Nosowski – że jasno i konkretnie zaznaczy się tam przede wszystkim obecność samych chrześcijan. Z naszej strony ta nadzieja jest, oczywiście, wyrazem zaufania. Ale także mocnym zobowiązaniem – zarówno wobec naszych warszawskich przyjaciół, jak i wobec nas samych: historia i cele nieustannie wiążą nas ze sobą (no właśnie: istnieje między nami nie co innego jak „więź”), więc bądźmy gotowi do współpracy.
Przedsięwzięcia takiego typu jak wydawanie miesięcznika o charakterze społeczno-kulturalnym, w dodatku redagowanego w duchu chrześcijańskim, niejako z definicji są deficytowe. Nawet w Niemczech – gdzie debata intelektualna ma dłuższą, bogatszą i bardziej żywą tradycję niż u nas – zaprzyjaźniony z „Więzią” jej odpowiednik, „Herder Korrespondenz”, utrzymuje nakład sześciu tysięcy egzemplarzy (dwa razy wyższy niż ma warszawski miesięcznik). Ale o sam nakład nie warto ślepo walczyć, zapewnia Nosowski. To kwestia drugorzędna. Miesięcznik nigdy nie będzie dochodowy. I nie musi być. Jego rola jest inna: obecność w życiu publicznym. A tego „Więzi” nie można odmówić.
Ponieważ jedną z cech charakterystycznych tego środowiska jest otwartość – wiąże się ona także z nowymi formami działania. I czas, i kłopoty finansowe skłoniły „Więź” do odświeżenia taktyki. Bo pojawiły się kolejne wyzwania. Przyszła więc pora na pierwszy w Polsce chrześcijański think tank. Nie ma w polszczyźnie dobrego odpowiednika dla tego terminu: fabryka idei, kuźnia myśli? Taki ośrodek, jak wiadomo, działa projektowo. I ta metoda stanowi klucz: można znaleźć sponsora na konkretny projekt, ale na długofalowe wspieranie deficytowego pisma o niskim nakładzie? Nawet jeśli to jest licząca już pół wieku opiniotwórcza „Więź”…
Bóg, człowiek i socjalizm
Październik ’56 przyniósł w Polsce wiele zmian. I sporo złudzeń. To w tamtym czasie powstają Kluby Inteligencji Katolickiej, znowu ukazuje się miesięcznik ,,Znak”, po latach przerwy zostaje wznowiony „Tygodnik Powszechny”, którego redaktorzy uruchamiają również wydawnictwo – ZNAK. Środowisko skupione wokół ,,Tygodnika” i KIK-ów decyduje się nawet na własną reprezentację w parlamencie: Koło Poselskie Znak (m.in. ze Stanisławem Stommą i Jerzym Zawieyskim).
Na fali entuzjazmu Tadeusz Mazowiecki i Janusz Zabłocki – związani z PAX-em, ale już po poważnym konflikcie z tym ugrupowaniem, określani więc jako „frondyści” – zaczynają myśleć o czymś zupełnie nowym. Uruchamiają więc pismo. Ten pierwszy zostaje jego redaktorem naczelnym, drugi zajmuje się zapleczem organizacyjno-finansowym. Zabłocki, powielając metodę Bolesława Piaseckiego, szefa PAX-u, zakłada spółkę „Libella” (produkcja artykułów chemicznych domowego użytku), z której dochód ma być przeznaczany między innymi na utrzymanie „Więzi”, bo taki tytuł nosi nowy miesięcznik. Stefan Kisielewski śmieje się, że ta nazwa kojarzy mu się z… więziennictwem. Wówczas, po roku 1956, ten żart mógł być nie tylko grą słów, ale też pozytywną oceną działalności redakcji. Wiadomo przecież, kto w latach 50. siedział w Polsce w więzieniach.
Pierwszy numer ,,Więzi” ukazał się w lutym 1958 roku. ,,Chcemy (…) nadać naszym pracom i naszemu współdziałaniu z Czytelnikiem tych zeszytów charakter poszukiwań, weryfikacji, eksperymentatorstwa. Tak aby – nie pretendując do nieomylności – jak najlepiej dokopywać się prawdy w każdej konkretnej sprawie i sytuacji, biorąc pod uwagę wszystkie jej złożone elementy i okoliczności” – czytamy w tekście programowym. I dalej: „Jakim więc wartościom w życiu współczesnym chcemy służyć przede wszystkim? Odpowiadamy na to pytanie bez wahania: uważamy, że w porządku naturalnym nadrzędną wartością jest człowiek, osoba ludzka”. Ale to nie wszystko: „Szanując w pełni postawę tych, którzy uznając te wartości, zatrzymują się na szczeblu »człowiek« – sami idziemy dalej, gdzie na szczycie porządku osobowego jest wartość najwyższa – Bóg”.
Redakcja nowego katolickiego miesięcznika wierzyła w „socjalizm z ludzką twarzą”. Ale ideową podstawą był dla niej personalizm Emanuela Mouniera i jego koncepcja osobowej godności człowieka wraz z indywidualną odpowiedzialnością. Członkowie redakcji byli przekonani, że hasło demokratyzacji życia publicznego nie stanowi tylko politycznego frazesu. Dlatego przez lata zmagali się z systemem w nadziei na powolne zmiany. Symbolicznie ilustrują to urzędowe starania Tadeusza Mazowieckiego o zgodę na otwarcie nowego tytułu. Kiedy poszedł z tym do szefowej wydziału publikacji zajmującego się miesięcznikami, usłyszał: „Myśmy już obrachunki październikowe skończyli”. „A my nie” – odpowiedział wtedy bez pardonu przyszły redaktor naczelny.
Mazowiecki jako cezurę tej postawy (to znaczy nadziei na ewolucję systemu) wyznacza rok ’68. Wtedy zrozumieli: ten system w samej swojej istocie jest niereformowalny. Jan Turnau ocenia dziś, że nazbyt wolno do tego dojrzewali. Przecież sygnały świadczące o tej niereformowalności władz redakcja ,,Więzi” odbierała od samego początku, choćby wówczas, gdy miała trudności z umieszczeniem w publikowanych tekstach samego wyrazu „Październik”.
Z czasem „dziecięca choroba lewicowości” nie tylko w polityce, ale też w katolicyzmie – jak nazwał ją Wojciech Wieczorek, jeden z ,,ojców założycieli” pisma – minęła, a „Więź” wytworzyła odpowiednie „przeciwciała”. Głównym celem środowiska stała się zatem „świadoma podmiotowość społeczeństwa”.
Nowy etap został otwarty przez kampanię antysemicką Marca ’68. „Więź” i jej autorzy zajęli wtedy jasne stanowisko wobec propagandy komunistycznej władzy, a swoje łamy udostępnili autorom zakazanym. Bezkompromisowy był Mazowiecki, którego zaczęto żartobliwie nazywać „Mazower”. Śmiano się również z jego cech jako redaktora naczelnego. Józef Smolarski wymyślił zwrot „szef-in-szef”. Sam Mazowiecki – przy całym poczuciu odpowiedzialności i rygorze pracy, z czego był znany – tolerował parodię swojego pisma: ścienną gazetkę o wdzięcznej nazwie „Podwiązka”.
„Kościół otwarty”
Publicystyka „Więzi” była nie w smak władzy, ale i… Kościołowi. „Więź” głosiła bowiem personalistyczną wizję człowieka i wiary jeszcze przed II Soborem Watykańskim. Po nim zaś stanowiła jeden z najważniejszych ośrodków podejmowania refleksji nad nowym etapem w historii Kościoła – nad obecnością chrześcijan w życiu publicznym, nad aktywnością świeckich. Sztandarowe dzieło z tamtych lat to Kościół otwarty Juliusza Eski.
W książce, która ukazała się w tzw. Bibliotece ,,Więzi”, Eska pisał między innymi: „Nie pouczanie z zewnętrznych pozycji autorytetu, ale pójście razem, apostolstwo obecności jest jedyną drogą, na której Kościół może pokazać Boga i pomóc w znalezieniu Go”.
„Pamiętam Katechizm ks. Jana Ziei zbudowany wokół trzech punktów: ,,Jestem człowiekiem, jestem Polakiem, jestem chrześcijaninem” – wspomina Tadeusz Mazowiecki. „Ta kolejność była bardzo wymowna i mówiła mi bardzo wiele, od czego należy zaczynać. Później, w warstwie świadomego kształtowania postaw nazywaliśmy to katolicyzmem otwartym”.
W trakcie soboru, ale też pod wrażeniem pontyfikatu Jana XXIII oraz jego encyklik: Mater et Magistra i Pacem in terris, redaktorzy miesięcznika wyczuwali nadchodzące zmiany. Kardynał Montini, późniejszy papież Paweł VI, porównał sobór do „dźwięku olbrzymiego dzwonu, przerywającego ciszę nocy”. „Więź” usłyszała ten dźwięk. Trzeba jednak pamiętać, że idea „Kościoła otwartego” i jej realizacja nie musiały budzić ogólnego zachwytu w Kościele nad Wisłą. Na tym tle doszło nawet do pewnego napięcia pomiędzy „Więzią” a prymasem Wyszyńskim.
Jedną z inicjatyw ludzi miesięcznika było wspomniane już wydawnictwo – ,,Biblioteka »Więzi«”, którą prowadzili Stefan Bakinowski i Juliusz Eska. ,,Biblioteka” wydawała książki o tematyce historycznej, społecznej, teologicznej. Wśród jej autorów są postacie związane z miesięcznikiem (m.in. Anna Morawska, Tadeusz Mazowiecki, Zbigniew Nosowski), pisarze krajowi i emigracyjni (m.in. Zbigniew Herbert, Zygmunt Kubiak, Jan Lechoń, Józef Wittlin), wybitny filozofowie i teologowie (m.in. Stefan Swieżawski, ks. Alfons Skowronek). Jednak pierwszym autorem był Emmanuel Mounier. ,,Bibliotekę” zainicjowała jego książka Co to jest personalizm?ze wstępem Jerzego Turowicza. Do roku 1990 ,,Bibliotekę »Więzi«” wydawano we współpracy ze Znakiem. W ramach koncesji publikowano rocznie pięć ,,więziowych” tytułów – niemniej odgórnie zmniejszano limity papieru, więc i taką, ,,zaplanowaną” liczbę publikacji nie zawsze udało się osiągnąć. Pewien problem stanowiły dylematy moralne związane z działalnością pod szyldem katolickości w komunistycznej Polsce. „Przecież to jest dawanie komunistom alibi na wolność słowa” – twierdzili przeciwnicy takiej aktywności, jak ta prowadzona wokół „Więzi” i „Znaku”. Z kolei jej zwolennicy pokazywali, że publicystyka ,,Więzi” jest niczym ,,haust świeżego powietrza” w dusznej atmosferze PRL-u. Zbieranie sił na podejmowanie tak trudnych dyskusji ułatwiało redaktorom niezwykłe duchowe zaplecze, jakie „Więź” miała – i nadal ma – w podwarszawskich Laskach. Laski – klasztor sióstr franciszkanek, ośrodek pomocy niewidomym i symbol ,,Kościoła otwartego” – odegrały niezwykłą rolę i dla całego środowiska, i indywidualnie dla wielu z jego…