Himmelfarb to przede wszystkim badaczka kultury wiktoriańskiej i losów jej dziedzictwa, autorka studiów poświęconych myśli Lorda Actona, Johna Stuarta Milla i Charlesa Darwina. Jej podstawowa dziedzina to historia idei i właśnie z jej perspektywy często podejmuje temat przemian amerykańskiej moralności. Pozostaje wierna swoim zainteresowaniom również teraz, ale filozoficzne i społeczne intuicje tym razem postanawia poprzeć statystykami. Pozbawia to Jeden naród, dwie kultury głębi, jaką można znaleźć w jej innych książkach, ale nie pozbawia przenikliwości. Talent pisarski Himmelfarb nieco blednie w tłumaczeniu Piotra Boguckiego, niemniej przesłanie pracy jest czytelne i nie może zostać zlekceważone.
Narcyzi i dysydenci
Teza Himmelfarb jest oryginalna a jednocześnie bardzo prosta: między obywatelami Stanów Zjednoczonych w wyniku rewolucji lat 1960. pojawiła się nowa linia podziału, która przebiega nie zgodnie z tradycyjnym rozróżnieniem na bogatych i biednych, wykształconych i niewykształconych, ale „w poprzek klas, jak również w poprzek religii, ras, płci, grup etnicznych i politycznych”, ponieważ decydują o niej wartości moralne i kulturowe. Różnice są tak wielkie, że obie grupy, „dwie kultury”, jak je określa autorka, dzieli „etyczna przepaść” (s. 135). Oznacza to, że „więcej wspólnego mają ze sobą dwie rodziny chodzące do kościoła, z których jedna jest rodziną robotniczą, niż dwie rodziny robotnicze, z których jedna chodzi do kościoła” (tamże). Grupy nie są sobie równe. Grupę dominującą, której ton nadają elity akademickie i środowisko mediów, charakteryzują postawy permisywne i progresywne, dawniej typowe jedynie dla bohem artystycznych i rozkapryszonych bogatych młodzieńców. Jej przedstawiciele, współcześni narcyzi, unikają ocen moralnych tak własnego zachowania, jak i zachowania innych. Są zwolennikami aborcji, tolerują cudzołóstwo, rzadko uczestniczą w nabożeństwach religijnych, a termin „rodzina” ma dla nich dosyć mgliste konotacje.
Druga kultura, słowami Himmelfarb „kultura dysydencka”, jest „reakcją przeciw coraz bardziej rozpowszechnionemu luźnemu systemowi moralności” (s. 143). Jej zwolennicy nie wstrzymują się od osądów moralnych, uważają, że moralność seksualna nie jest prywatną sprawą, i chociaż wielu z nich nie praktykuje żadnej religii, doceniają jej społeczną rolę. Kultura dysydencka, jak sama nazwa wskazuje, polega na przebywaniu poza, na byciu na osobności. W praktyce oznacza to zakładanie szkół kultywujących konserwatywny system wartości, czasem uczenie dzieci w domu (ruch home schooling), rezygnację z oglądania telewizji i manifestowane na wiele sposobów przywiązanie do wartości rodzinnych. Przedstawiciele kultury dysydenckiej to więc „selektywni separatyści”: ludzie biorący udział w wyborach, płacący podatki, uprawiający zwykłe zawody i aktywni w lokalnych wspólnotach, ale zdecydowanie bojkotujący pewne elementy kultury popularnej (s. 174). Narcyzi i dysydenci rzadko spotykają się. Amerykański akademik (czytaj: narcyz) bywa zaskoczony wynikami wyborów – nie zna przecież nikogo, kto by głosował na republikanów (czytaj: żadnego dysydenta). Oczywiście podział na dwie kultury ma charakter Weberowskich typów idealnych i jest w dużym stopniu umowny, jednak Gertrude Himmelfarb twierdzi, że „pomimo (…) indywidualnych różnic dostrzec można pewną wspólnotę myślenia, swoistą zbieżność przekonań i wartości, które sytuują większość ludzi w jednej lub w drugiej kulturze” (s. 145).
Dwie filozofie
Na czym polega owa zbieżność przekonań i wartości? Zacznijmy od kultury obecnie dysydenckiej, a dawniej dominującej. Jej podstaw etycznych należy szukać u chętnie cytowanych przez Ojców Założycieli starożytnych, a zwłaszcza w klasycznej teorii cnoty. Cnota to umiejętność panowania nad sobą, doskonalenia się, wstrzemięźliwości, zdrowego osądu, właściwa ludziom wolnym, zdolnym wchodzić w relacje z innymi i tym samym założyć wspólnotę polityczną, stworzyć coś, co przetrwa ich samych. Przyszli Amerykanie, podróżujący na statku Mayflower poprzez prawość swojego charakteru „zasłużyli” na życie w wolnym, demokratycznym państwie. Moralność uzdalniała ich do uczestnictwa w demokracji: odznaczali się nie tylko cnotami ludzkimi, ale też obywatelskimi: potrafili „zarówno słuchać, jak i rządzić”[1]. Filozofia leżąca u podstaw „zdrowej” kultury amerykańskiej była więc filozofią par excellence republikańską, to znaczy taką, która wolność osobistą i polityczną nierozerwalnie wiąże z prawem i moralnością, która uznaje, że człowiek jako istota dążącą do najpełniejszej realizacji własnego potencjału, nie spełni swoich pragnień inaczej niż tylko żyjąc wśród ludzi. Obecność innych oznaczała dla Pielgrzymów stanie się podmiotami uprawnień i obowiązków oraz uznanie prawa i moralności nie za przeciwieństwa wolności, ale jej trwałe elementy. Republikańska tradycja filozofowania o państwie i społeczeństwie ma sprzymierzeńca w idei prawa naturalnego oraz wywodzącej się z niej koncepcji sprawiedliwości i – chociaż jako taka areligijna – w sferze publicznej współgra z chrześcijańską kulturą.
Jeżeli filozofię antyczną, a za nią filozofię Nowego Świata, cechował optymizm poznawczy, to znaczy przekonanie, że świat jest poznawalny i w większym lub w mniejszym stopniu zrozumiały, a ludzka natura ma stałe cechy, to współczesną kulturę dominującą charakteryzuje odwrotne przeświadczenie: świat nie jest poznawalny, nie jest zrozumiały, nie ma w nim nic pewnego ani stałego. Skoro nie ma nic stałego, nie ma żadnego punktu oparcia. Nie ma też kryteriów oceny tego, co dobre i co złe, najrozsądniej więc będzie powstrzymać się od jakichkolwiek sądów. Dominująca kultura jest zatem podszyta nihilizmem i emotywizmem: nie ma żadnej przyczyny, dla której należałoby chronić dawne instytucje społeczne, sądy moralne to jedynie wynik naszych preferencji, lubienia lub nielubienia, czy nie do końca racjonalnych skłonności. W konsekwencji, to, co miało prowadzić do wygody i większej wolności jednostek, staje się czymś głęboko antyhumanistycznym.
Religia, głupcze!Dynamika tych dwóch filozofii, a za nimi dwóch kultur, jest skomplikowana i trudno przewidzieć efekty ich starcia (Himmelfarb jest tutaj ostrożną optymistką, stawia na stopniową rekonkwistę Ameryki przez dzisiejszą kulturę dysydencką). Statystyczna weryfikacja obserwacji autorki jest sprawą karkołomną, a skomplikowane analizy raczej nie doprowadzą do jednoznacznej odpowiedzi. Mogą jedynie wstępnie potwierdzić jej tezy formułowane w duchu paradygmatu rynkowego na polu socjologii religii. Mówi on, że modernizacja społeczeństwa nie musi wiązać się z jego sekularyzacją. Czynnikom, którym w innych paradygmatach przypisuje się rolę erozji religijności, na przykład upowszechnienie się wyższego wykształcenia czy…