Subskrybuj

Współczesna religijność ludowa – kazus Kurpiów

Oprócz mieszkańców wsi na Bożym obiedzie były tylko dwie obce osoby. Mój przyjaciel etnograf, „siedzący” na Kurpiach czterdzieści lat, i ja, jako jego przyjaciel i badacz Kurpiowszczyzny. Gdy spytaliśmy, dlaczego tak jest, powiedziano nam, że jest to spotkanie tylko dla najbliższych, gdyż istnieje obawa, że uroczystość może się przerodzić w „taki cyrk” jak „Palma Kurpiowska” w Łysych.

Zajmuję się zagadnieniami tożsamości regionalnej Kurpiów i sfera ich religijnych zachowań okazuje się dla tych badań zasadnicza. Stereotyp i autostereotyp Kurpia przedstawia go jako człowieka bardzo religijnego. Ta religijność sięga XVI-XVII wieku. Pierwsi osadnicy puszczy w XV-XVI wieku byli bartnikami, którzy otrzymując do eksploatacji odpowiednią liczbę drzew, w myśl zwyczajowego prawa bartnego[1] ślubowali: „Ja NN przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu w Trójcy Świętej Jedynemu, że”… Dzisiaj Kurpie uważają rotę tej przysięgi i innych z prawa zwyczajowego wynikających zasad za fundament swej religijności i wzorowych postaw etycznych. Religijność ta tyczy się przede wszystkim zachowań pozaliturgicznych, tkwiących w swej genezie w bardzo dawnych zwyczajach.

Nie do przecenienia jest osobowość lokalnego proboszcza. Od jego taktu, zrozumienia lokalnej tradycji i moralnego wsparcia zależy to, czy pewne przejawy miejscowej religijności zachowają się czy zanikną. Zanim przedstawię kilka przykładów z obszaru Mazowsza i Kurpiowszczyzny, powiem, że bardziej niż „religijność” odpowiada mi pojęcie „pobożność ludowa”, w rozumieniu rzymskiego Dyrektorium o Pobożności Ludowej Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, które zawiera dobrą, moim zdaniem, definicję. Pobożność ludowa to różne „manifestacje kultyczne o charakterze prywatnym lub wspólnotowym, które w ramach wiary chrześcijańskiej są przeważnie wyrażane nie na sposób liturgii, lecz w formach wywodzących się z ducha poszczególnych narodów lub grup społecznych i ich kultury”[2].

Joście – tak nazywano miejsce i zwyczaj odprawiania nabożeństwa w szczerym polu, w pierwszy dzień świąt Wielkiejnocy we wsi Głupianka koło Kołbieli. Był tam, jak podają źródła, „ogromny głaz granitowy liczący około piętnaście kroków obwodu”. „Kiedyś Pan Jezus podróżował po ziemi i napotkał duży kamień. Przysiadł, by odpocząć. Jak Pan Jezus odpoczywał, to odcisnęły się Jego kolanka i łokcie (ale ksiądz mówił, że Pan Jezus tędy nie przechodził)”, mówi jeden z ankietowanych. Kamień został rozbity na materiał do budowy schodów do kościoła w Kołbieli pod koniec XIX wieku, „ale górnej części kamienia ze znakami wieś nie chciała dać”[3]. Zbudowali w tym miejscu (zwanym Joście) kapliczkę i do niedawna zamawiano w niej na godzinę czternastą w Wielką Niedzielę nabożeństwo w intencji mieszkańców wsi. Przed dwoma laty ksiądz odmówił prowadzenia nabożeństwa. Pobożny zwyczaj się skończył! Niektórzy mieszkańcy mówią, że przeżyli wojnę i komunę, to i doczekają mądrzejszego pasterza.

Charakterystyczne dla tamtych terenów są także wota woskowe. Pod koniec lat 50. Jacek Olędzki opisał i udokumentował na taśmie filmowej proszalny zwyczaj składania wotów woskowych w dwu miejscowościach: w Krzynowłodze Wielkiej, w powiecie przasnyskim, w dniu świętego Walentego w intencji ozdrowienia oraz w Brodowych Łąkach, nad Omulwią, na skraju Kurpiowszczyzny, na święto Przemienienia Pańskiego, w intencji zdrowia i dobrego chowu zwierząt gospodarskich[4]. Prowadząc badania w 2004 i następnych latach, sprawdziłem, co się zachowało z tych zwyczajów.

W Krzynowłodze Wielkiej przed kilkunastu laty zaniechano procesji z wotami dookoła ołtarza z prośbami do św. Walentego, gdyż proboszcz uznał, że nie jest to odpowiednia forma modlitwy. Niemniej we wnęce za ołtarzem stoi skrzyneczka z dawnymi woskowymi figurkami. Obok zobaczyłem kilka leżących jajek(!). Starzy ludzie, szczególnie ci, w których rodzinach są schorzenia związane z epilepsją, są głęboko zawiedzeni. Młodzi uważają, że opieka medyczna jest bardziej skuteczna, nie znają zresztą „klimatu” dawnych wotywnych procesji.

Zupełnie inną sytuację obserwowałem w Brodowych Łąkach. Znamienna jest postawa tamtejszego proboszcza. Zapytany o zwyczaj składania woskowych wotów, stwierdził, że pochodzi z Podlasia i tam nigdy się z takim zwyczajem nie spotkał. Że jest „na parafii” niedawno, dopiero cztery lata, i niewiele o tym wie, ale jego zdaniem jest to bardzo ciekawy zwyczaj utrwalający więzi między parafianami a Kościołem, dlatego że tkwi w dawnej miejscowej tradycji. A najlepiej, żebym sam to obejrzał 6 sierpnia, na Przemienienie Pańskie.

Spóźnieni na ranną odpustową mszę wślizgnęliśmy się do kościoła, ksiądz jednak nas dojrzał. Przerwał mszę i powiedział do parafian, że przyjechali panowie z uniwersytetu, których interesuje zwyczaj procesji z wotami, więc prosi, aby parafianie nie uciekali od razu po mszy do domu i opowiedzieli nam o tym, co wiedzą.

Warte zanotowania, oczywiście oprócz dokumentacji procesji, jest jeszcze jedno wydarzenie tego dnia. Otóż proboszcz zwrócił się do parafian w następującej sprawie: jedna z sąsiednich parafii ma zamiar wprowadzić podobny zwyczaj procesji wotywnych, tamtejsi wierni zwrócili się do niego z prośbą o wypożyczenie kilku figurek, aby mogli sobie zrobić podobne. Proboszcz pytał parafian, czy wyrażą na to zgodę. Wierni zgodzili się. Ujęło nas zachowanie proboszcza okazującego szacunek parafialnej społeczności, która jest jedynym depozytariuszem tego zwyczaju.

Charakterystyczny dla północno-wschodniego Mazowsza zwyczaj modlenia się w adwencie lub wielkim poście za dusze zmarłych zwany jest „Boże obiady”. Występował na drobnoszlacheckim pograniczu powiatu łomżyńskiego i kolneńskiego – tam modlono się w intencji „okolicy szlacheckiej” – oraz na północno-wschodniej Kurpiowszczyźnie, gdzie modlono się w intencji wszystkich zmarłych z określonej wsi. Zwyczaj zanotował w okresie międzywojennym ksiądz Władysław Skierkowski[5]. Reaktywowanie zwyczaju wiązać chyba trzeba z opublikowaniem dzieł księdza Skierkowskiego w 2003 roku przez Związek Kurpiów.  Odtworzony zwyczaj, traktowany jako ważna uroczystość, obchodzono już dwa razy we wsiach, z których pochodzili informatorzy Skierkowskiego (ich pieśni zamieszczono w cytowanym tomie).

Przebieg uroczystości był następujący: w określonym dniu przed południem w kościele zebrali się mieszkańcy określonej wsi na mszę w intencji wszystkich zmarłych z tej parafii. Po mszy przed ołtarzem stanął sołtys z krzyżem używanym do pogrzebów, a uczestnicy kolejno podchodzili, żeby ucałować krucyfiks. Gdy wszyscy dopełnili rytuału, przy biciu dzwonów uformowała się procesja, którą proboszcz odprowadził do bramy przykościelnego cmentarza. Uczestnicy samochodami (już prawie nie ma koni) wrócili do wsi, gdzie przy krzyżu odśpiewano Anioł Pański i kilka innych pieśni. W miejscowej sali bankietowej, przy ustawionych w podkowę stołach, zgromadziło się około dwustu osób ze wszystkich pokoleń.  Na środku sali, na ozdobionym kwiatami i świecami katafalku leżał krucyfiks, obok stał koszyczek, do którego wkładano karteczki z intencjami. Przed katafalkiem stały dwa klęczniki, przy których co chwila zmieniali się modlący się mieszkańcy wsi.

U szczytu stołu siedziała grupa starszych kobiet z rękopiśmiennymi śpiewnikami. Na początku uroczystości odśpiewały kilkanaście pieśni pogrzebowych i pokutnych. Śpiew zakończyła pieśń Krzyżu Chrystusów, potem odmówiono dwie części różańca i Litanię loretańską. Zakończono pieśnią Najsłodszy Jezu. Pomiędzy godziną trzynastą a czternastą podano obiad. Od czternastej do dziewiętnastej trwały kolejne modlitwy przeplatane pieśniami w intencji zmarłych.

O godzinie dziewiętnastej zjedzono kolację, a po niej odmówiono kolejne części różańca i czytano imiona i nazwiska zmarłych wypisane przez uczestników Bożego obiadu. Przy każdej kartce odmawiano Zdrowaś Mario i Wieczne odpoczywanie. Wyczytywanie zmarłych trwało do północy. Wówczas zarządzono krótką przerwę, po niej podano „podkurnik”, czyli posiłek składający się z placka drożdżowego i…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kazus bałkański. Europa między suwerennością a samostanowieniem