JAN PIEKŁO: Ogłoszenie deklaracji niepodległości przez Kosowo wywołało różnorodne, często bardzo emocjonalne reakcje w świecie. Nieprzejednaną pozycję Serbii wsparła Rosja, niektóre mające własne problemy z mniejszościami narodowymi kraje Unii Europejskiej również nie zdecydowały się na uznanie Kosowa. Polska dyplomacja idąc w ślady Waszyngtonu, Berlina, Paryża i Londynu odpowiedziała na deklarację Prisztiny uznając kolejne nowe państwo, które powstało na Bałkanach.
Jakie mogą być międzynarodowe konsekwencje tej sytuacji? Czy ten niewątpliwy precedens w dziejach prawa międzynarodowego nie wywoła efektu domina i kazus Kosowa nie zachęci innych pozbawionych własnej państwowości grup etnicznych do pójścia podobną drogą? Czy nie przyczyni się do dalszej destabilizacji sytuacji na Bałkanach? A może otworzy drogę do procesu normalizacji tworząc fundamenty nowych rozwiązań trudnych problemów współczesnego świata?
MONIKA IZYDORCZYK: Wczorajsze wydarzenia w Prisztinie nikogo nie zaskoczyły. Od czasu interwencji NATO w 1999 r. Kosowo było tzw. limbo state – znajdowało się w stanie zawieszenia. Oprócz administracji międzynarodowej – i silnych struktur przestępczości zorganizowanej – w zasadzie nie funkcjonowało tam nic. W dodatku ONZ nie bardzo wiedziała, co z Kosowem zrobić. Niektórzy politycy, prym wiedli w tym Amerykanie i Niemcy, już wcześniej obiecali kosowskim Albańczykom niepodległość. Po rozbudzeniu takich nadziei coraz trudniej było uspokoić region i wyobrazić sobie powrót serbskiej administracji do prowincji.
Z drugiej strony, większość kosowskich Albańczyków stanowią ludzie młodzi, którzy są zmęczeni ciągłą „tymczasowością” i chcą żyć we własnym państwie. Dlatego należy unikać jednoznacznych ocen i prorokowania, na przykład że Kosowo będzie państwem mafijnym. Byłoby to nieuczciwe w stosunku do tysięcy ludzi, którzy pragną pokazać światu, że dojrzeli do niepodległości i demokracji.
Jeżeli chodzi o Serbię, problem Kosowa ma charakter emocjonalny. Spośród dziesięciu milionów mieszkańców kraju dotyczy on bezpośrednio tylko około półtora miliona – są to imigranci z Kosowa wraz z rodzinami. Swoją rolę odgrywają jednak emocje zbiorowe: z jednej strony Serbowie wiążą z Kosowem swoją historię, z drugiej uważają, że wspólnota międzynarodowa potraktowała ich niesprawiedliwie, pomagając prowincji uzyskać niepodległość. W Serbii panuje resentyment i brak zaufania w stosunku do Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych spowodowany przekonaniem, że działają one jednostronnie, na korzyść kosowskich Albańczyków.
Rzeczywiście polityka Unii na Bałkanach jest czasami mało zrozumiała. Europejscy politycy biorą zwykle pod uwagę tylko najbliższe kilkanaście miesięcy; w dłuższej perspektywie uważa się, że państwa tego regionu prędzej czy później wstąpią do Unii – a w każdym razie tak się im obiecuje. Mamy zatem ponownie do czynienia z rozbudzaniem marzeń i znowu brakuje planu, jak miałaby się tam dokonywać stabilizacja.
Weźmy za przykład Macedonię. W 2001 roku, po walkach między ludnością albańską i macedońską – które, nota bene, były efektem interwencji NATO w sąsiedniej Jugosławii – podpisano tzw. porozumienie ohrydzkie gwarantujące Albańczykom, stanowiącym około jednej czwartej populacji, większość praw. Później podpisano z Macedonią Porozumienie o stabilizacji i stowarzyszeniu (SAA), obiecując rozpoczęcie rozmów o przyszłym członkostwie w Unii Europejskiej. Tymczasem w 2007 roku do rozpoczęcia rozmów nie doszło, a raport Brukseli nakazał wcześniej… rozwiązać problem nazwy kraju!
Tuż przed drugą turą wyborów prezydenckich także Serbom zaproponowano porozumienie o stowarzyszeniu. „Podpiszecie je, ale w zamian zgodzicie się na niepodległe Kosowo” – zażądano nie wprost. W Belgradzie uznano to za ingerencję w wewnętrzne sprawy kraju i kiedy kwestia porozumienia z Unią stała się tematem kampanii wyborczej, wówczas – wbrew przewidywaniom – osłabiła pozycję ubiegającego się o ponowny wybór prezydenta Borisa Tadicia. W efekcie, mimo że poparła go większość, poziom zaufania do Unii jest w dalszym ciągu niski.
Polityka Unii Europejskiej na Bałkanach powinna ulec zmianie: musi uwzględniać specyfikę regionu i lokalne powiązania. Bez znajomości historii Bałkanów trudno tam działać efektywnie.
WOJCIECH STANISŁAWSKI: Upominanie się o dobre imię Unii Europejskiej nie zawsze przychodzi mi łatwo, tym niemniej muszę w tym miejscu oddać jej sprawiedliwość. Kiedy ONZ i Unia Europejska wkraczały do Kosowa latem 1999 roku, rzeczywiście nie miały długofalowego planu działań. Jednak od strażaków zazwyczaj nie wymaga się, aby zajmowali się projektowaniem przyszłych wnętrz budynku, który właśnie gaszą. A w Kosowie trwał wtedy pożar i chodziło przede wszystkim o skuteczne przeprowadzenie interwencji humanitarnej – nie zaś o zaplanowanie ustroju.
Przy wszystkich mankamentach obecnej sytuacji największą zaletą tego, co się stało wczoraj, jest to, że wreszcie się stało, że pewien frustrujący stan zawieszenia uległ zmianie w jakimś kierunku. Jedna z niewielu rzeczy, których jesteśmy pewni, to przekonanie, że wobec niepodległości Kosowa nie istniała alternatywa. Demografia jest nieubłagana. Nie da się też długo utrzymywać prowizorium, choćby z tego powodu, że jest to kosztowne. Z drugiej strony, spróbujmy sobie przez chwilę wyobrazić Serbię, która wraca do prowincji i ponownie instaluje tam swoje siły policyjne. To jest historia, przy której Irlandia Północna wydałaby się nam rajem!
JAN PIEKŁO: Na belgradzkich ulicach bezpośrednią reakcją na niepodległość Kosowa było podpalenie ambasady amerykańskiej. W Kosowskiej Mitrowicy nieznani sprawcy obrzucili granatami placówki Unii Europejskiej i ONZ. Jaki może być dalszy bieg wydarzeń? Czy niepodległość Kosowa rozwiąże trudną sytuację na Bałkanach czy skomplikuje ją jeszcze bardziej?
WOJCIECH STANISŁAWSKI: Kiedy myślę na przykład o wszystkich dziewiętnastowiecznych insurekcjach, dochodzę do wniosku, że podpalenie jednej z ambasad i obrzucenie kamieniami kilku innych to naprawdę stosunkowo niewielki koszt oderwania prowincji od państwa…
W partii szachów, która się teraz rozpoczyna, przewidujemy najbliższe trzy ruchy: demonstracje w Serbii, jakiś rodzaj sankcji wobec Prisztiny, które ogłosi Belgrad, oraz stopniowe uznanie Kosowa przez większość państw świata. Władze Serbii starają się „skanalizować” demonstracje, choć wiadomo, że na obrzeżach podniosłych manifestacji przewróci się jeszcze niejeden kosz na śmieci. Co do sankcji, Serbia może zrobić o wiele mniej, niżby chciała, bo w Kosowie prądu brakuje i bez nich – odcięcie zasilania z dwóch przygranicznych elektrowni niewiele tu zmieni. Pewne jest ochłodzenie relacji dyplomatycznych Serbii z wszystkimi krajami, które uznają niepodległość Kosowa, w tym prawdopodobnie również z Polską.
Jako analityk od spraw serbskich próbuję jednak przewidzieć czwarty ruch na tej szachownicy – czyli to, co w Serbii będzie się działo w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Na poziomie polityki krajowej Tomislav Nikolić, określany mianem nacjonalisty wielki przegrany lutowych wyborów prezydenckich, zgarnie „wszystkie gruszki do fartuszka”. Z przyjemnością powróci do radykalnej i odwetowej retoryki, ponieważ jest w niej najskuteczniejszy, a w dodatku wszystko gra teraz na jego korzyść. I byłoby bardzo dobrze, gdyby w najbliższych wyborach parlamentarnych jego partia wygrała większością, dajmy na to, sześćdziesięciu, nie zaś dziewięćdziesięciu procent głosów. Jest czymś bardzo przykrym, że w Serbii dokonuje się teraz powrót do języka lat 90. Nikolić powiedział, że choć do tej pory współistniały w Serbii dwa kalendarze: prawosławny i ogólnoeuropejski, od 17 lutego jest jednak jeszcze trzeci: Serbowie liczą czas od chwili utracenia Kosowa do jego ponownego odzyskania. Myślę, że to zdanie zrobi karierę.
Serbskie społeczności poza granicami kraju, przede wszystkim w Bośni i Czarnogórze, przyzwyczaiły się do tego, że ojczyzna oddaliła się od nich i że muszą sobie jakoś ułożyć życie w nowym i nie do końca własnym państwie. Od chwili, kiedy dwanaście lat temu pokój z Dayton uporządkował Bośnię, ci, którzy mówili o nietrwałości nowych granic, stanowili absolutny margines. Teraz, szczególnie w Bośni, trwa bardzo niepokojąca licytacja „na radykalizm”. Partie opozycyjne w Republice Serbskiej w Bośni próbują teraz wrócić do władzy z hasłem, że skoro możliwe jest to, co stało się w Kosowie, to również bośniaccy Serbowie powinni ogłosić niepodległość[1]. Mamy tu do czynienia zarówno z żądającymi niepodległości lokalnymi społecznościami serbskimi, jak i z Belgradem, który może tym postraszyć, jeśli uzna, że dzięki temu coś osiągnie. Dodatkowo, analitycy zwracają uwagę na albańską społeczność w Serbii właściwej, która, teoretycznie, może zażądać przyłączenia do Kosowa… Widzimy więc, że region zachodnich Bałkanów to nie tyle szachownica, ile raczej system sznurków, za które można na przemian pociągać.
Mamy jeszcze dwa inne, powiązane ze sobą poziomy analizy obecnej sytuacji: międzynarodowy i taki, który nazwałbym poziomem wyobraźni politycznej. Dyżurna fraza dziennikarzy brzmi: „Serbia to tradycyjny aliant Rosji, Rosja to tradycyjny aliant Serbii”. Z dużą przyjemnością, choć bez nadziei na zmianę staram się z tym polemizować. Ciążenie Serbii w stronę Rosji jest na swój sposób oczywiste: wynika z poczucia osamotnienia i alienacji, z tego, że we współczesnym, „dzikim” świecie nie można być samemu. I że nieprzyjaciel naszego nieprzyjaciela jest naszym przyjacielem.
O poziomie wyobraźni politycznej dziennikarze mówią najrzadziej, bo najrzadziej czytają niskonakładowe czasopisma politologiczne. Serbia jest w pewien sposób sceptyczna wobec Zachodu. Do tej pory dyskusja na ten temat była racjonalna, ale teraz tego rodzaju wątpliwości – czego bardzo się obawiam – mogą się zwulgaryzować, przemienić w pogląd reprezentowany przez proste hasło „Zachód jest zły”. Psychologicznie byłoby to uzasadnione, ale dla samej Serbii oraz jej sąsiadów będzie to katastrofą, jeśli zamieni się ona w matecznik eurosceptycyzmu, w dodatku takiego, który nie jest dyktowany przez elity polityczne, ale wypływa z poziomu ulicy – z tego, co w ostatnich dniach słyszymy we wszystkich bezradnych wypowiedziach ludzi do kamery: „Zachód nas zdradził”.
KRZYSZTOF BOBIŃSKI: Jak wiadomo, olbrzymi wpływ na wynik ostatnich wyborów parlamentarnych w Polsce miało młode pokolenie, które zagłosowało na rzecz społeczeństwa otwartego, proeuropejskiego. Mówi się, że również w Serbii Boris Tadić wygrał dzięki głosom młodych ludzi. Czy młode pokolenie ma nadzieję na lepszą przyszłość, czy jest bardziej otwarte na życie ze sobą? Jaką mamy gwarancję, że ta młodość nie przemieni się kiedyś w chęć mordowania się nawzajem?
MONIKA IZYDORCZYK: Tadić nie wygrał wyłącznie dzięki młodym ludziom, choć rzeczywiście spory ich procent pogodził się już wcześniej z tym, że Kosowo jest „przegrane”. Na przykład zwolennicy liberalno-demokratycznej partii LDP otwarcie przekonują, że należy zapomnieć o Kosowie i zająć się integracją z Unią Europejską.
Z kolei bardzo duży wpływ na frekwencję w ostatnich wyborach miało powiązanie uczestnictwa w głosowaniu z prawem do udziału w akcji prywatyzacyjnej przedsiębiorstw państwowych. Nie mówi się o tym w mediach, ale wielu spośród tych, którzy poszli do urn, chciało uzyskać potwierdzenie oddania głosu, by później otrzymać prawo do swojej części udziałów w prywatyzowanych zakładach.
Jeżeli chodzi o niebezpieczeństwo wzrostu nastrojów eurosceptycznych, nie zgadzam się Wojciechem Stanisławskim. Takie nastroje są tam obecne od dawna – czy można sobie wyobrazić większy eurosceptycyzm od tego, który panował w 1999 roku, kiedy NATO bombardowało Serbię? Serbowie to naród wykształcony. Nie wszyscy są tam, jak się to często w prasie przedstawia, zdeklarowanymi nacjonalistami. Wielu ludzi nie tylko zna historię, ale również zdaje sobie sprawę z obecnego układu sił na arenie międzynarodowej i akceptuje fakt, że chociaż integracja z Unią nie musi być ich upragnionym celem, to Serbia nie ma innego wyjścia niż zbliżyć się do Zachodu. Integracja jest na przykład jedyną możliwością, aby swobodnie podróżować, a trzeba w tym miejscu przypomnieć, że około 70 procent młodych Serbów nigdy nie wyjechało poza granice swojego państwa!
W Kosowie – ze względu na wysoki przyrost naturalny Albańczyków –młodzi ludzie stanowią większość społeczeństwa. Słychać wśród nich głosy, że Europa może się stać alternatywą wobec dążeń tych Albańczyków, którzy chcieliby utworzenia czegoś w rodzaju „Wielkiej Albanii” czy „Wielkiego Kosowa”. Po co łączyć wszystkie tereny zamieszkane przez Albańczyków, skoro za kilka lat wszyscy, w ramach Unii Europejskiej, będą mogli współtworzyć silny region?
Dążenie Albańczyków do życia w jednym państwie jest bardzo silne. Co na to władze Kosowa? Prisztina oficjalnie twierdzi, że nie chce żadnej zmiany granic i że będzie prowadzić politykę zgodną z oczekiwaniami wspólnoty międzynarodowej. Z drugiej strony, podczas rozmów z młodymi wyraźnie można wyczuć, że wielu z nich chciałoby żyć w jednym, wspólnym państwie albańskim. Integracja z Zachodem jest więc nie tyle celem, ile środkiem do niego. Celem jest zapewnienie dobrobytu narodowi albańskiemu.
ANDRZEJ JONAS: Kto dysponuje kluczem do rozwiązania problemu Kosowa? Czy ów klucz znajduje się na Bałkanach, a więc czy rozwiązania należy szukać bezpośrednio w miejscu zdarzenia, czy też może gdzieś na zewnątrz? Czy ewentualni dysponenci tego klucza – na przykład Unia Europejska – mają świadomość jego posiadania, potrafią go zidentyfikować i chcą go użyć? Czy tym kluczem jest czas, czy może na przykład środki materialne? WOJCIECH STANISŁAWSKI: Tylko dlatego, że rozmawiamy w gronie eksperckim, pozwolę sobie na śmiałe zestawienie. W żadnym razie nie próbując budować prostych paraleli między naszym dramatem Kresów i pogodzeniem się Polaków z przesunięciem granic na zachód a tym, co dzieje się w tych tygodniach na Bałkanach, muszę przyznać, że w obu wypadkach mamy do czynienia z podobnymi obolałościami. Z tym, że w Polsce, pomiędzy śpiewaniem „nie oddamy Wilna” a paryską „Kulturą”, powieściami Konwickiego i naszym obecnym – nie wydumanym, lecz rzeczywistym, postrzeganym tak również z perspektywy Wilna i Kijowa – sojuszem z Litwą i Ukrainą musiały przeminąć dwa pokolenia. Trzeba było sześćdziesięciu lat, w tym czterdziestu lat w „zamrażarce”, którą po drodze postawiły nam nad Wisłą Sowiety. Problem polega na tym, że Serbii byłoby potrzebne prawdopodobnie również sześćdziesiąt lat, żeby, poczynając od etapu płaczu za Kosowem, doczekać momentu, w którym pojawi się ktoś, kto będzie miał odwagę powiedzieć – ale nie głosem mędrka z Zachodu, tylko rodowitego belgradczyka – „to są wspólne Bałkany, nie możemy ich dzielić na >>nasze<< i >>wasze<<”. Czas jednak biegnie coraz szybciej, żadnej „zamrażarki” tam nie ma i Serbowie codziennie dokonują wyborów: bo media, bo polityka, bo Unia… Istnieje zatem zagrożenie, że mogą być skazani na uproszczony wybór pomiędzy nierozsądnym odrzuceniem całego bagażu tradycji a nadmiernym przywiązaniem do tradycji. O tym, że taka czasowa „zamrażarka” jest pewnym rozwiązaniem, przekonuje przykład Bośni, w której, choć czasami dzieje się źle, to jednak dzieje się spokojnie. Od dwunastu lat mamy tam do czynienia ze stanem lodowatego pokoju i jeżeli uda się przeczekać jeszcze kilka następnych lat i ostatni ludzie, którzy brali udział w wojnach lat…