,,Żydzi żyją dla swoich brzuchów, gonią za dobrami tego świata. W bezwstydzie i chciwości są gorsi nawet od wieprzów i kozłów. Są opanowani przez diabłów, wydani duchom nieczystym. Zamiast się z nimi witać i odzywać się do nich choćby jednym słowem, powinniście się od nich odwracać, jak od zarazy i plagi ludzkiego rodzaju”.
Św. Jan Chryzostom
,,Jeżeli chrześcijaństwo polega na nienawiści do Żydów, wszyscy jesteśmy dobrymi chrześcijanami”.
Erazm z Rotterdamu
,,Wierzę, że działam dzisiaj zgodnie z wolą Wszechmocnego Stwórcy: broniąc się przeciwko Żydowi, walczę o dzieło Pana”.
Adolf Hitler
Hitlerowi wdzięczność
2 kwietnia 1945 roku, po śmierci milionów niemieckich żołnierzy i cywili, po klęsce Wehrmachtu i katastrofie niemieckiego państwa Adolf Hitler powiedział z dumą: „Świat pozostanie na zawsze wdzięczny narodowemu socjalizmowi za to, że zmiotłem Żydów z powierzchni ziemi w Niemczech i w Środkowej Europie”[1]. Przepowiednia Hitlera nie spełniła się. Świat, do głębi wstrząśnięty przekraczającymi wyobraźnię zbrodniami narodowego socjalizmu, odrzucił ideowe dziedzictwo Hitlera wraz z jego mistycznym antysemityzmem. Niemniej tu i ówdzie znaleźli się ludzie, którzy wprawdzie potępili hitleryzm, lecz wdzięczności za zniszczenie Żydów nie mogli mu odmówić. Ta wdzięczność bywała cicha i dyskretna, bywała także wyrażana otwarcie, między innymi w Polsce. Wspomina o niej Jan Tomasz Gross w swojej głośnej książce Strach[2].
W sierpniu 1945 roku w czasie powiatowego zjazdu PSL w Bochni jeden z mówców, wnioskując o wysiedlenie Żydów z Polski, podkreślił, że „Hitlerowi należałoby podziękować za wyniszczenie Żydów”. Przewodniczący zebrania odebrał wprawdzie głos mówcy i potępił jego przemówienie, lecz oficjalny sprawozdawca zdążył odnotować reakcję sali: „burzliwe oklaski i brawa”[3]. Klaskali zapewne nie wszyscy, lecz ci, którzy podzielali przekonania mówcy, często w okresie powojennego rozprzężenia moralnego w Polsce ujawniali swoje uczucia. Bywało, że nie poprzestawali na wdzięczności, lecz wyrażali pragnienie dokończenia dzieła Hitlera. „Nie wykończyli was Niemcy, my was wykończymy” – nieraz wykrzykiwali do Żydów w 1945 roku milicjanci z województwa rzeszowskiego[4]. A w okresie tak zwanych wydarzeń kieleckich dwaj wojskowi wołali do Żydów: „My was wszystkich wymordujemy, bo Hitler was nie wymordował”[5]. Moralna zapaść? Niekoniecznie. Raczej wybuch głęboko zakorzenionych, choć nie zawsze jawnych, prastarych uczuć i stereotypów, od wieków wpajanych ludziom przez nauczycielski głos chrześcijaństwa. Jeszcze w roku 1961, kiedy w Jerozolimie toczył się proces Adolfa Eichmanna, pewien ksiądz z Tel Awiwu ubolewał: „Szkoda, że nie wymordowano ich więcej”[6].
W Polsce „w okresie okupacji – pisał cytowany przez Grossa Józef Mackiewicz – nie było dosłownie ani jednego człowieka, który by nie słyszał powiedzonka: »Jedną rzecz Hitler dobrze zrobił, że zlikwidował Żydów. Tylko nie trzeba o tym głośno mówić«”[7]. Zapisując te słowa, Mackiewicz nie dysponował oczywiście źródłami historycznymi. Ale czyż ich potrzebował? Ludzie gadali, pisarz notował w pamięci lub na papierze. Sam słyszałem podobne słowa, choć urodziłem się w 1945 roku; słyszałem wiele lat później przytaczane z goryczą i żalem przez Żydów, z obojętnością lub zadowoleniem przez Polaków. Słyszeli je moi znajomi i przyjaciele, opowiadali o nich z mieszaniną zdumienia i moralnego oburzenia. Zadowolenie z powodu żydowskiej „emigracji” na tamten świat musiało być zatem dość rozpowszechnione. Dlaczego?
Czy rzeczywiście dlatego, że – jak pisze we wstępie do Strachu Henryk Woźniakowski – tkanka społeczna została zarażona nazizmem? Wątpię. Być może od nazistów niektórzy Polacy zarazili się – jak sugeruje Gross – gotowością do zabijania Żydów, ale bakcyl religijnej nienawiści poprzedza nazizm o wiele stuleci. Nieraz sankcjonowany przez chrześcijański przekaz wiary, propagowany przez kaznodziejów, wyniesiony do rangi prawdziwej doktryny przez ojców Kościoła i teologów, przejawiał się ów bakcyl nie tylko w myślach, uczuciach i słowach, lecz również w czynach. Już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa Żydów odsądzano od czci i wiary, przypisując im najstraszliwszą zbrodnię bogobójstwa. Bywali poniżani, lżeni, prześladowani, pozbawiani praw, nieraz mordowani. Nie tylko nie dostrzegano ich głębokiej wiary w Boga, ale nie traktowano jak ludzi. To nie był konflikt narodowościowy ani duchowa rywalizacja dwóch społeczności religijnych. Obraz Żydów od samego początku chrześcijaństwa, a przynajmniej od tekstów zapisanych w Nowym Testamencie, miał charakter teologiczny. Odmawianie im człowieczeństwa nie zdarzało się zawsze, lecz zawsze miało sankcję religijną.
Ta sankcja przetrwała stulecia, nawet wówczas, gdy zabrakło jej religijnych podstaw. Wiemy jednak, że mity i dogmaty mają ogromną siłę przetrwania i nieraz przenikają całkowicie świeckie światopoglądy czy ideologie. Wiemy, że komunizm powielał niektóre schematy chrześcijaństwa, a nazizm – jego apokaliptyczne wizje. 7 maja 1933 roku Hitler zwrócił się do tłumu 45 tysięcy członków SA słowami Chrystusa z Ewangelii św. Jana: ,,Wy jesteście we mnie, a ja w was” (por. J 14, 20)[8]. Jakiś czas później w rozmowie z Hermannem Rauschningiem powiedział: „My też jesteśmy Kościołem. Czas ich Kościoła przeminął”[9]. Wprawdzie Hitlerowi daleko było do chrześcijańskiej wiary, lecz do niektórych chrześcijańskich praktyk odnosił się z niekłamanym podziwem. Tak jak wielu chrześcijan przed nim, nie traktował Żydów jak ludzi, tym bardziej, że jego przepełniona rasizmem i ateizmem demoniczna megalomania nie krępowała już w niczym jego nienawiści. Wymordowanie sześciu milionów Żydów obciążyło jego własne sumienie, lecz uzasadnienie tej zbrodni pośrednio czerpał z tradycji chrześcijańskiej.
26 kwietnia 1933 roku, a więc już po przejęciu władzy przez nazistów, dwaj katoliccy duchowni, biskup Wilhelm Berning i ksiądz Paul Steinmann, zostali przyjęci przez kanclerza Rzeszy Adolfa Hitlera. Duchowni nie kryli zaniepokojenia perspektywą utraty tradycyjnej niezależności przez Kościół katolicki, wyrażając zarazem zadowolenie, że nowe państwo hitlerowskie sprzyja chrześcijaństwu oraz walczy z bolszewizmem i bezbożnictwem. Zapewnili również kanclerza, że Kościół, tak jak zawsze, będzie wzywał wiernych do szacunku i posłuszeństwa wobec władzy. Hitler ze swej strony rad był z możliwości wyjaśnienia swego stanowiska przedstawicielom Kościoła; pragnął sprostować z gruntu fałszywe poglądy na swój temat. Zyskał sobie bowiem reputację wroga chrześcijaństwa, niefortunną i krzywdzącą, co sprawiało mu głęboki ból. Kanclerz był przecież przekonany, że bez chrześcijaństwa niepodobna kierować ani własnym życiem, ani sprawami państwa. Dotknął również problemu żydowskiego, podkreślając fundamentalną zgodę w tej materii pomiędzy narodowym socjalizmem i katolicyzmem. Kościół – mówił Hitler – zawsze uważał Żydów za pasożytów i zamykał ich w getcie, on zaś uczyni to tylko, co Kościół czynił przez piętnaście stuleci[10]. Wprawdzie zgoda w poglądach nie musiała prowadzić do działania, lecz Hitler kierował się apokaliptyczną wizją, która przewidywała ostateczną walkę z wrogami nowego wspaniałego świata, czyli przede wszystkim z Żydami, i w swoich morderczych zamiarach przejawiał konsekwencję szaleńca. Dlatego niemal do końca swoich dni kierował urzeczywistnieniem „ostatecznego rozwiązania”[11]. Od tego czasu sumienie chrześcijańskie usiłuje uporać się z antyżydowskim dziedzictwem własnej wiary i jego demonicznym następstwem. Powstała już ogromna literatura, toczy się, nieraz owocny, dialog chrześcijańsko-żydowski.
Trucizna chrześcijańskiej świadomości
Wierzę, że chrześcijaństwo prędzej czy później zdoła się z tego strasznego dziedzictwa oczyścić i wyzwolić. Nawet jeśli rachunek sumienia miałby potrwać dziesięciolecia lub nawet stulecia. Wierzę, że budowa zupełnie nowych stosunków z Żydami winna się dokonać w imię miłości bliźniego, wiary w tego samego Boga i w imię zadośćuczynienia wielowiekowym krzywdom zadawanym Żydom. A również w imię naszego, chrześcijańskiego zdrowia duchowego. Nie ufam bowiem chrześcijaństwu antysemickiemu czy antyżydowskiemu, choćby było bogate wiarą i intelektualnie głębokie. Dziś, po Zagładzie Żydów, zwłaszcza gdy mamy swobodny dostęp do tylu historycznych źródeł, możemy zmierzyć się ze złem, które choćby w myślach czy uczuciach czyniliśmy jako chrześcijanie. Jeśli tego nie zrobimy, nasze nauczanie miłości bliźniego będzie brzmieć coraz bardziej fałszywie, my sami zaś prędzej czy później staniemy się pobielanymi grobami. Nie jest przecież dla żadnego chrześcijanina tajemnicą, że niewyznany grzech narusza, a nawet niszczy naszą więź z Bogiem. „Kto mówi, że jest w światłości – pisał św. Jan – a brata swojego nienawidzi, w ciemności jest nadal” (1 J 1, 9) Pewien chrześcijański psychiatra z czterdziestoletnią praktyką zawsze zaczyna rozmowę z pacjentem cierpiącym na problemy emocjonalne od pytania: „Czy są jakieś niewyznane grzechy w twoim życiu?”. Ów psychiatra leczy ludzi uznanymi metodami psychiatrycznymi, ale z długiego doświadczenia wie, że zło zepchnięte w ciemne zakamarki duszy człowieka jest przyczyną nie tylko uczuciowych zaburzeń, lecz także chorób[12].
Jan Tomasz Gross pisze, że „antysemityzm jest trucizną polskiej świadomości”[13]. To prawda, ale w jeszcze większym stopniu jest trucizną chrześcijańskiej świadomości. Tej trucizny chciałbym teraz choć trochę dotknąć. Nie będę w tym ani odkrywczy, ani oryginalny. Książek i artykułów na temat chrześcijańskiego antyjudaizmu, pisanych tak przez chrześcijan, jak i przez Żydów, powstało na świecie bardzo dużo, choć na polski przełożono ich zaledwie kilka lub kilkanaście. Niewiele zajmowali się tym tematem polscy autorzy. Kilka lat temu ukazała się znakomita historyczna monografia prof. Anny Wolff-Powęskiej A bliźniego swego… Kościoły w Niemczech wobec „problemu żydowskiego”[14]. Pierwszy rozdział, liczący około kilkudziesięciu stron, stanowi krótką i zwartą historię chrześcijańskiego antysemityzmu. Pisali o nim ks. Grzegorz Ignatowski[15] i Michał Horoszewicz[16], poświęcał mu uwagę ks. Michał Czajkowski. Mówił o nim niejednokrotnie Jan Paweł II; nie tylko mówił, za wszelkie przejawy wrogości chrześcijan wobec Żydów wyrażał pokutę. Ale pokuta Papieża z trudem przedzierała się do szerokich rzesz wiernych. Antyżydowska trucizna natomiast od wieków sączyła się w dusze chrześcijan; sączyła tak długo i w tak potężnych dawkach, że odcisnęła niezatarte piętno na chrześcijańskiej świadomości. Nie była bezpośrednią przyczyną Zagłady, ale utorowała jej drogę.
Liczni chrześcijanie, nawet ci najbardziej prawi czy bogobojni, przywykli do prześladowania Żydów jako istot z własnej winy pozbawionych nie tylko właściwej i zbawczej wiary, lecz także człowieczeństwa. Tu tkwi wstrząsający dramat etyczny chrześcijańskiego antyjudaizmu. Bo hitlerowskiemu dziełu zniszczenia Żydów przyklaskiwały po wojnie nie tylko osoby zdemoralizowane, wykolejone czy zwykli bandyci. Nie, często byli to ludzie dobrzy, porządni i uczciwi, którzy swoim bliźnim, choć nie-Żydom, świadczyli autentyczne dobro. Czy zatem do wydarzeń opisanych przez Grossa, udokumentowanych zaś wcześniej przez polskich historyków, w ogóle by doszło, gdyby nie odwieczny chrześcijański antyjudaizm, gdyby nie wizerunek Żyda jako wcielonego diabła i antychrysta?[17] Zapewne nie. Człowiek rzadko działa czysto spontanicznie. Czyniąc dobro lub zło, znajduje się pod wpływem etycznego lub mitycznego kodu wartości zapośredniczonego przez wychowanie i kulturę, czasami przez własne przemyślenia. Jeżeli zabija drugiego lub choćby go prześladuje, to nie tylko ze złości czy nienawiści, lecz dlatego, że obraz ofiary daje mu na to przyzwolenie. Niestety, przyzwoleniem na poniżanie Żydów tradycja chrześcijańska nasiąkała przez wieki.
Franciszkanie, na przykład, tak oddani miłości wszelkiego stworzenia, nie zawsze stosowali ją do Żydów. Bernardyn ze Sieny (1389-1444), święty i doktor Kościoła, uwieczniony w ludzkiej pamięci cudami, które czynił, oraz pędzlem El Greca, był wybitnym i pobożnym kaznodzieją, który głęboko wierzył w codzienne doskonalenie się w miłości Boga i bliźniego. Znany jako „apostoł Świętego Imienia”, przekonany był, że wszystko, co Bóg stworzył dla zbawienia świata, zawarte jest w imieniu Jezusa. Kazania i sława tego świątobliwego franciszkanina przetrwały do dzisiaj; nadal wychodzą jego dzieła, czytane i komentowane w katolickim świecie. Jan Paweł II podkreślał jego dobroć dla biednych i wyrozumiałość dla słabych oraz niewzruszone zdecydowanie w obronie sprawiedliwości. Nie ma powodu wątpić w szczerość tego skromnego człowieka i w jego pragnienie dobra. Tyle że nie obejmowało ono Żydów. „W zakresie miłości abstrakcyjnej i powszechnej – pisał – wolno nam ich kochać. Nie może jednak być miłości szczegółowej wobec nich”[18]. Do tradycji chrześcijańskiego antysemityzmu, który Żydów stawiał poza kręgiem Bożego zbawienia i miłości bliźniego, jeszcze powrócę.
Świat bez miłosierdzia i łaski
Lektura Strachu Jana Tomasza Grossa działa jak uderzenie obuchem. U jednych wywołuje gwałtowną reakcję obronną, u innych wstrząs. Ci pierwsi nie chcą przyjąć do wiadomości oskarżycielskiej mowy Grossa, odrzucając ją jako kłamliwą, ci drudzy, poruszeni wymową strasznych faktów, nie mogą słowa wydobyć z gardła. Sam należę do tej drugiej grupy, ale przytłoczony brzemieniem Strachu i poruszony ludzką nienawiścią, która tak łatwo prowadziła do mordu, zastanawiam się, dlaczego reaguję tak silnie. Dlaczego, podobnie jak wielu czytelników tej książki, nie mogę zapomnieć tylu wstrząsających wydarzeń, wydobytych na światło dzienne i opisanych przez autora, choć wcale przez niego nie odkrytych? Dlaczego nie mogę wymazać z pamięci słów pewnego kolejarza, który w czasie pogromu w Krakowie w roku 1945, bijąc w szpitalu rannego Żyda, mówił: „To skandal, żeby Polak nie miał odwagi cywilnej uderzyć bezbronnego człowieka”?[19] Dlaczego prześladuje mnie obraz milicjanta Mazura, który zeznając, dlaczego zastrzelił dziecko leżące przy zabitej przez siebie Żydówce, powiedział: „Matka i tak nie żyła już, więc dziecko by płakało”?[20] Dlaczego? Przecież nieraz słyszałem o rzeczach jeszcze straszniejszych, o zbrodniach przekraczających ludzką wyobraźnię. W powojennej Polsce niemało mieliśmy relacji na temat czynów nieludzkich i przerażająco okrutnych. Jako kilkunastoletni chłopak przeczytałem pamiętniki Rudolfa Hoessa, komendanta obozu w Oświęcimiu, i książkę poświęconą działalności osławionego doktora Mengele. Od kilku lat zajmuję się narodowym socjalizmem, natykając się na taki bezmiar zła, że nieraz muszę robić kilkudniowe przerwy w swoich studiach, by jakoś dojść do siebie. Dlaczego więc Strach Grossa tak na mnie podziałał?
Odpowiedź jest oczywista. Wszystko, co opisuje Gross, działo się w Polsce. Ludzie, którzy Żydów zabijali, prześladowali lub po prostu nienawidzili, byli Polakami, mówili moim ojczystym językiem. Mogłem ich nawet znać lub na nich się natknąć, jeśli nie ja sam, to moi rodzice czy znajomi. Co to byli za ludzie? Zwykli Polacy i katolicy czy wykolejone niemiecką okupacją „bestie”? Wszczęta przez hitlerowców wojna spustoszyła nasz kraj nie tylko fizycznie, lecz również moralnie. Zła, którego dopuszczali się Niemcy, niepodobna ani opisać, ani ogarnąć jego dramatycznych i długotrwałych konsekwencji. Polacy, poza nielicznymi kolaborantami, mieli w nim udział wyłącznie jako ofiary. Ale opisane przez Grossa krzywdy wyrządzone Żydom w Polsce po wojnie stawiają Polaków, choćby nielicznych, w szeregu sprawców. To boli w sposób szczególny, to zdarzyło się w naszym domu, nie u sąsiadów za miedzą. Bolą także relacje naocznych świadków, boli nieraz szczegółowo i plastycznie opisane cierpienie ludzi, którym przychodziło płacić cenę poniżenia, a czasem nawet utraty życia tylko dlatego, że urodzili się Żydami. To ponura „zdobycz” XX stulecia i „osiągnięcia” hitleryzmu: kara śmierci nie za czyny, lecz za samo istnienie. Te winę i karę przypisaną niewinnemu człowiekowi proroczo opisywał Franz Kafka w swoich utworach. Boli świadomość, że ten los zgotowali nie „ludzie ludziom”, jak pisała kiedyś Zofia Nałkowska, ale ludzie Żydom. Przepaść między jednymi a drugimi bywała tak ogromna, że czasie okupacji kilkuletniemu chłopcu wyrwało się pytanie: „Mamusiu, czy to człowieka zabili czy Żyda?”[21].
Boli wreszcie oskarżycielski ton Jana Tomasza Grossa. Boli i budzi sprzeciw. Nie dlatego, by autor pomawiał niewinnych ludzi i przypisywał im niepopełnione przez nich czyny. Przytaczane przez niego fakty mają pokrycie w badaniach historyków. Lecz wymowa Strachu nie polega na faktach; wymowa tej „brutalnej” – jak ją nazwał Adam Michnik – książki leży w bezlitosnym świecie, który przedstawia. Nie ma w tym świecie łaski i miłosierdzia ani dla prześladowanych Żydów, ani dla sprawców, ani dla czytelników – oskarżycielski ton autora brzmi surowo i ostro; próżno w nim szukać zrozumienia okoliczności łagodzących, próżno szukać szerszego kontekstu. Ten ton jest ukryty, rozbrzmiewa z głębi, ani razu przecież nie pada słowo „oskarżam”. Mimo to jest mocny i stanowczy. Tylko cóż wynika z napiętnowania zła, z oskarżenia winnych, z czającego się między wierszami żądania słusznej kary? Czytelnik zostaje z obnażoną ludzką podłością, zamknięty, jak w utworach Kafki, w sytuacji bez wyjścia, skłonny jedynie przyznać, że „drugi człowiek to piekło”. Strach budzi sprzeciw nie tyle ze względu na relacjonowane fakty, które naruszają stereotyp Polaka jako bohatera i ofiary, ile ze względu na oskarżycielską tonację. Ta książka nie tylko przytłacza czytelnika, lecz także go dusi; kreując sytuację bez wyjścia, pozostawia go bez nadziei.
Strach Grossa budził więc i mój sprzeciw. Nie zgadzam się na obraz świata, w którym niepodzielnie panuje zło i cierpienie. Wbrew gnostykom różnej maści nie wierzę w świat stworzony przez złośliwego demiurga, bez względu na to, w kim mielibyśmy upatrywać tego przeklętego stwórcę: w bliżej nam nieznanej istocie duchowej, stosunkach społecznych czy w chrześcijańskiej nienawiści zaklętej w antysemickich uprzedzeniach i stereotypach. Sęk w tym, że osaczeni przez swoich prześladowców Żydzi, czy w średniowieczu, czy w powojennej Polsce, nieraz musieli wkraczać w świat całkowicie przeniknięty złem; nieraz musieli czuć, że od swoich bliźnich niczego dobrego oczekiwać nie mogą. Poznałem takich ludzi. Noszą w sobie otwarte rany i przerażenie światem; ich wrażliwość jest chorobliwie wyostrzona na zło, idą przez życie jak przez pole minowe, przygotowani jedynie na wybuchy antysemityzmu. Ale czy trudno się im dziwić? Po tylu stuleciach nienawiści i pogardy kierowanej ku ich narodowi, po Zagładzie, której groza przekracza wszelki ludzki rozum? Możemy tylko próbować z nimi współ-czuć i współ-cierpieć, pamiętając, że dla Żydów zamieszkiwanie złego świata jest szczególnie bolesne i dotkliwe. Niewiele jest przecież religii tak radosnych, tak optymistycznych, tak pełnych pochwały świata i życia, jak judaizm. Ten optymizm, wchłaniany przez Żydów z Tory przez kilka tysięcy lat, udzielił się nawet niewierzącym. Państwo Izrael powstało nie tylko w odruchu ucieczki przed złem świata, lecz również z potrzeby radosnej afirmacji ludzkiego istnienia.
Dlatego mają wiele racji ci Żydzi, którzy – nie zapominając rachunku krzywd – pragną koncentrować się nie na złu, lecz na dobru, nie na rozpamiętywaniu cierpienia, lecz na wierze w dobrego Boga i skierowane ku dobru ludzkie życie. Demonizm antysemityzmu natomiast polega między innymi na próbie zniszczenia tej radosnej wiary, która nieraz załamuje się w świecie, gdzie tylko prześladowcy mają władzę. Lecz Żydzi nieraz potrafili i potrafią zachować wiarę nawet w głębi poniżenia, kiedy zewsząd otoczeni są złem; potrafią też doświadczać radości Tory i radości życia. Być może tylko w ten sposób można znosić nieustanne cierpienie i przeciwstawiać nadzieję rozpaczy, być może tylko tak można nie dopuścić do triumfu prześladowców, zwłaszcza do zwycięstwa Hitlera zza grobu. Być może tylko przez wiarę i ufność można zachować potrzebną jak powietrze każdemu człowiekowi równowagę między dobrem i złem czy ciemnością i światłem. Tej równowagi książce Grossa brak. Dobro pojawia się w niej tylko mimochodem, opisywaną przez autora polską ziemię kryją antysemickie ciemności.
A przecież byli w Polsce ludzie, którzy z narażeniem własnego życia i życia swoich rodzin nieśli pomoc Żydom. Wprawdzie było ich niewielu, lecz byli pośród nich przedstawiciele wszystkich grup społecznych ówczesnej Polski; chłopi, inteligenci, duchowni czy wojskowi. W ostatecznym rachunku, sub specie aeternitatis, liczą się ich czyny, nie ich liczba. Jedno jedyne życie – mawiali żydowscy mędrcy – jest jak cały wszechświat. Chrześcijaństwo – a za nim cała zachodnia kultura – podchwyciło i rozwijało tę intuicję. Dziś nadal żyjemy w cywilizacji głęboko świadomej wagi jednostkowych aktów. Chrześcijanin wierzy, że Jezus był wcielonym Bogiem, a zarazem prawdziwym człowiekiem, samotną jednostką, pozbawioną materialnej czy politycznej władzy. Idąca śladem Chrystusa, tradycja zawsze była świadoma moralnej i duchowej mocy pojedynczego człowieka. Ludzie dobrzy bowiem nie tylko czynią dobro, lecz także naprawiają nim cały świat. Toteż lekceważenie pomocy udzielanej Żydom przez Polaków tylko dlatego, że było ich niewielu, jest w moim przekonaniu grzechem. Ten grzech przekreśla ludzkie dobro i współtworzy świat pozbawiony miłosierdzia i łaski.
Moralna zapaść czy kod nienawiści?
Lecz skoro jeden człowiek jest wszechświatem, a jego czyny wykraczają poza jego indywidualny los, to również zło, którego się dopuszcza, promieniuje na całą rzeczywistość. Dlatego wyrządzone Żydom krzywdy, płynące z chorej wiary, której udało się wyprzeć chrześcijańską naukę miłości bliźniego, rzadko są zamknięte w czterech ścianach jednego domu czy w granicach jednej miejscowości. Dlatego też oskarżeń zawartych w książce Jana Tomasza Grossa, choćby dotyczyły tylko niewielkiej grupy Polaków, nie można lekceważyć. Oczywiście w każdej zbiorowości, odkąd świat światem, są przestępcy i ludzie pozbawieni moralnych hamulców. Jeżeli przestępczość gwałtownie nie wzrasta, można takich ludzi uznać za margines. Tyle że zwykłym przestępcom i bandytom nie towarzyszy moralne przyzwolenie społeczne. Antysemickim aktom natomiast, jak wykazuje książka Grossa oraz wiele innych publikacji, takie przyzwolenie towarzyszyło. Jaki miało ono zasięg – dokładnie nie wiadomo. Niestety jednak wiele wskazuje na to, że nie ograniczało się ono do społecznego marginesu. Nie mogły pozostać bez śladu wyraźnie antyżydowskie poglądy, głośno i zdecydowanie wyrażane w okresie międzywojennego dwudziestolecia przez wielu katolickich duchownych[22]. Nie pozostała bez śladu działalność i propaganda antysemickich ugrupowań politycznych. Nie osłabła wielowiekowa antyżydowska tradycja chrześcijańska, nie miała na to szans.
Czy zatem po wojnie rzeczywiście nastąpiła „moralna zapaść”, jak sugeruje Gross w podtytule swojej książki? Czy raczej pęknięcie cywilizacyjnej tamy, powstrzymującej nagromadzone od stuleci i trzymane tylko częściowo na uwięzi uczucia nienawiści i pogardy wobec Żydów? Przecież pogromy w Krakowie i Kielcach wybuchały po wojnie w Polsce na skutek szerzących się gwałtownie pogłosek o rytualnym mordzie. Przyznaje to historyk Marcin Zaremba, lecz zarazem osłabia wymowę tych mitycznych przyczyn: „Długa obecność mitu w kulturze ludowej nie tłumaczy jednak jego powojennej ekspansji. Gwałtowną erupcję wiary w mord rytualny wyjaśniać można psychologicznymi skutkami obserwowania zagłady Żydów”[23]. Zapewne tak. Choć można równie dobrze powiedzieć, że człowiek, który obserwował Zagładę Żydów i który jest obdarzony elementarną wrażliwością moralną – chrześcijanin lub niewierzący – winien zareagować współczuciem wobec ofiar, nie zaś erupcją wiary w rytualny mord. Czyż trudno więc przypuścić, że gdyby nie ta wiara, z dawien dawna żywiona chrześcijańskim wizerunkiem Żyda-bogobójcy, do żadnej erupcji w ogóle dojść by nie mogło?
Erupcja to przyczyna bezpośrednia, mechanizm wyzwalający energię zła, natomiast kulturowy kod nienawiści, który zasiał ziarno złowrogiego mitu w ludzkich duszach, to przyczyna tkwiąca w samej istocie rzeczy[24]. W ocenach książki Grossa, jak i w samym Strachu, na ogół brak zainteresowania tym mitycznym ziarnem, tak jakby historia była tylko sekwencją przyczyn i skutków znajdujących się w czasowo-przestrzennym pobliżu opisywanych wydarzeń. Jednym z niewielu, który zwraca uwagę na mityczne tło, jest psycholog społeczny Mirosław Kofta. W dyskusji opublikowanej w miesięczniku „Charaktery” stwierdza, że „gotowość do wzięcia udziału w pogromie nie może się pojawić bez istnienia rozpowszechnionych i podzielanych przekonań antysemickich, głównie takich, że Żydzi to złowroga, obca siła, która chce przejąć polskie mienie i zniszczyć polską tożsamość”[25]. Oczywiście, historyków przede wszystkim interesuje sama erupcja wiary w rytualny mord, lecz każdy, kto chce się zdobyć na moralny osąd antysemityzmu, winien zwrócić baczną uwagę na długotrwałą obecność tego mitu w ludzkiej świadomości czy nawet podświadomości. Obecność zła, choćby skrytego w mitycznej wyobraźni, powstrzymuje działanie dobra. Chrześcijańska i żydowska etyka nakazują człowiekowi miłowanie Boga. Lecz miłowanie Boga wcale nie polega na kultywowaniu wzniosłych uczuć, lecz na „uwolnieniu duszy od złudzeń i namiętności, a co za tym idzie na przygotowaniu w niej próżni, którą wypełni Bóg i poprzez tę pełnię ofiaruje siebie”[26]. Taki jest przecież sens spowiedzi i pokuty, taki bywa sens świeckiej psychoterapii. Człowiek nigdy nie osiągnie dojrzałości, jeżeli nie podda się bolesnemu procesowi spojrzenia własnemu złu prosto w oczy. W miarę swoich możliwości lub z pomocą Bożą winien się od niego uwolnić, a nie tylko starannie trzymać je na uwięzi. W przeciwnym razie ponosić go będą złe emocje i łatwo ulegnie „erupcji” irracjonalnej wiary.
Oskarżenie zła
Strach Jana Tomasza Grossa może nam, Polakom i chrześcijanom, ułatwić osiągnięcie psychicznej dojrzałości. Ta książka, brutalna i bezlitosna, pozwala zmierzyć się ze złem, jakie wydarzyło się pomiędzy nami nie na skutek przypadku, lecz społecznego przyzwolenia, a niekiedy nawet aprobaty dla antysemityzmu. Dlatego po namyśle godzę się na jej oskarżycielską tonację pod warunkiem, że nie będzie to ostatnie słowo w procesie wytoczonym roznosicielom nienawiści do Żydów. Wszak do zadań prokuratora – a Gross w moim przekonaniu postanowił odegrać rolę prokuratora – nie należy odwoływanie się do szerszego kontekstu wydarzeń ani do miłosierdzia. To rola sądu, który może, choć nie musi, oprzeć się na argumentach obrony. Strach wbrew pozorom nie jest książką uczonego dziejopisa, który stawia sobie za cel jedynie rekonstrukcję wydarzeń; autor, uzbrojony nie w mędrca szkiełka i oko, lecz w moralną pasję, nie pretenduje do przedstawienia pełnego obrazu powojennej Polski. Dlatego niektóre zarzuty historyków są chybione. Strach jest oskarżeniem zła, którego ofiarą padli polscy Żydzi wkrótce po wojnie i po Zagładzie. Oskarżyciel Gross, będąc socjologiem i historykiem, korzysta ze swego naukowego warsztatu. Korzysta, ale na nim nie poprzestaje, ponieważ rekonstrukcja wydarzeń potrzebna mu jest nie tyle do zbudowania możliwie pełnego obrazu świata, ile do wysunięcia oskarżenia. Oczywiście, nie jest ono formułowane na wzór pracy prokuratora, lecz historyka. Stąd liczne nieporozumienia, stąd pojawiające się często zarzuty o uogólnienia. Tymczasem uogólnień sensu stricto w Strachu nie ma, w przeciwnym wypadku krakowska prokuratura zapewne nie pozostawiłaby Grossa w spokoju. Niemniej, są w tej książce dość liczne uogólnienia „podskórne”, zakamuflowane, wyrażone przy pomocy nie beznamiętnych konstatacji, lecz oskarżycielskiej retoryki.
Choćby podsumowanie relacji urzędowego dyskryminowania i poniżania Żydów. „Wyobraźmy sobie – pisze Gross – tysiące takich zetknięć z urzędnikami, dzień w dzień, żydowskich petentów, którzy po pewnym czasie już nie spodziewają się innego traktowania przez państwo”[27]. Otóż wyobrazić sobie możemy, ale czy możemy to udowodnić? Lub takie zdanie: „Zabijanie Żydów po wojnie w Polsce nie było traktowane jako zbrodnia, lecz raczej jako forma kontroli społecznej, w obronie wspólnych interesów”[28]. Było czy tylko bywało? Odpowiedź na to pytanie warto by znać dokładnie. Tego typu zdań, w których uogólniające zarzuty zamknięte są w retorycznej formie, jest w książce wiele. Stąd uzasadniony moralny sprzeciw i poczucie, że autor stawia pod pręgierzem również niewinnych. To w moim przekonaniu największa słabość aktu oskarżenia wysuniętego przez Grossa. Lecz czyż można o prześladowaniu i zabijaniu Żydów po Zagładzie mówić beznamiętnie? Czy wobec zła, jakim jest odmówienie człowieczeństwa drugiemu ze względu na jego narodowość czy religię można się zdobyć na wyprany z emocji opis? Czy można uniknąć oskarżeń? Zwłaszcza że mieliśmy do czynienia ze złem szczególnym, przekreślającym nie tylko chrześcijańską formację Polaka, lecz również zwykłą ludzką przyzwoitość. Wprawdzie w porównaniu ze zbrodniami hitlerowców czy prześladowaniem i mordowaniem Żydów przez chrześcijan w dawnych wiekach pogrom krakowski czy kielecki to, oczywiście, wydarzenia na nieznaczną skalę. Lecz nieznaczna skala ani nie przekreśla zła, ani nie głuszy sumienia.
Oskarżenia zatem nie sposób uniknąć, choć nie należy na nim poprzestawać. Należy je zapewne tak formułować, by w wymiarze religijnym bądź świeckim prowadziło do wyznania grzechu i pokuty. Z labiryntu niewyznanego zła trzeba znaleźć wyjście. Lecz najpierw trzeba uświadomić sobie zarówno istnienie samego labiryntu, jak i nasze własne zagubienie. Jak? Nieraz tylko poprzez oskarżenie, wysunięte przez innych lub przez własne sumienie. Zawłaszcza że zło dokonane po Zagładzie wobec polskich Żydów zostało wówczas zlekceważone, zapomniane i pominięte ze względu na sytuację polityczną i na dość powszechnie przyjęty stereotyp Polaka jako ofiary i męczennika lub człowieka szlachetnego i dobrego, któremu antysemityzm jest z gruntu obcy. Tymczasem antysemityzm w Polsce istniał od wieków. Nie zawsze wykazywał równą intensywność i zajadłość, były okresy w historii Polski, kiedy Żydzi cieszyli się nie tylko królewskimi przywilejami, lecz również względnym dobrobytem i względnie spokojnym życiem, wolnym od udręki doznawanej w krajach zachodniej Europy, skąd uciekli. Niemniej chrześcijanie w całej Europie, kierowani osobliwą mieszaniną sankcjonowanej religijnie nienawiści i opacznie pojętego sumienia, prześladowali Żydów prawie zawsze. Prześladowali, poniżali, a czasem okrutnie mordowali. Te prześladowania obciążają całe chrześcijaństwo. Język nienawiści, a nieraz idące w ślad za nim czyny, były udziałem największych i najlepszych; nie tylko chrześcijańskiego „motłochu”, ale najwybitniejszych ojców Kościoła, którzy nie szczędzili Żydom pogardy i słów potępienia. W samym sercu ewangelii miłości usadowiła się ewangelia nienawiści. Niestety, ta ewangelia nienawiści stała się podłożem Zagłady[29].
Ewangelia nienawiści
Adolf Hitler antysemityzmu nie wymyślił. Zastał gotowe wzorce nienawiści, którym nadał własną formę, morderczą, rasistowską, całkowicie już wyzwoloną z religijnej wiary i sumienia. Żydów traktował jako swego rodzaju robactwo, które w imię zdrowego życia należy starannie wytępić. Jego nienawiść przybierała postać nie tylko „higieniczną”, lecz również apokaliptyczną. Żydów miał za przeszkodę na drodze do zbawienia, którym było zbudowanie Tysiącletniej Rzeszy. W nazizmie pojawia się znany z historii chrześcijaństwa chiliastyczny wątek zbawienia przez zniszczenie. Wielu historyków i badaczy przekonanych jest, że antysemityzm był jądrem światopoglądu Hitlera i główną sprężyną prowadzonej przezeń polityki. Uważał on siebie za zbawcę, który niszcząc Żydów, ucieleśniających szatańskie zastępy, niesie zbawienie narodowi niemieckiemu. Kiedy mówił czy pisał o swojej „świętej misji”, sięgał po słowa zawarte w chiliastycznych proroctwach. Wyobrażał sobie, że mordowaniu Żydów sprzyja Boża Opatrzność, której był wybranym narzędziem[30].
W przeciwieństwie do Hitlera klasyczne chrześcijaństwo nigdy nie domagało się eksterminacji Żydów. Lecz ci zaślepieni i zatwardziali bogobójcy byli cierniem w chrześcijańskim ciele; odrzucali Chrystusa, wyznając swoją dziwaczną religię, której czas dawno minął i która zamykała im drogę do Boga. Jeśli mieli do odegrania jakąś rolę w planie zbawienia, to tylko negatywną. Mieli być świadkami Chrystusa, dowodząc swoim nieszczęściem, cierpieniem i poniżeniem, do czego prowadzi odrzucenie Syna Bożego. Tak nauczał św. Augustyn. Inni myśliciele czy duchowni chrześcijańscy byli mniej intelektualnie wyrafinowani i swoje święte oburzenie wobec „odwiecznych wrogów Chrystusa” nieraz przejawiali zabijaniem ich, paleniem synagog, a w późniejszym średniowieczu zbiorowymi masakrami. W swoim mniemaniu czynili dobrze. Czy byli zaślepieni jako ludzie, czy jako chrześcijanie? Dziś widać aż nadto wyraźnie, że prześladowanie Żydów było zaprzeczeniem religii miłości; przyznają to liczne oświadczenia i dokumenty Kościoła katolickiego i Kościołów protestanckich. Czy zatem wszyscy chrześcijanie nie powinni szczerze wyznać i odpokutować tej mistycznej i demonicznej nienawiści? Zapewne tak. Ale przed wyznaniem i pokutą musi nastąpić płynące z głębi sumienia oskarżenie.
Nienawiść do Żydów jest w kulturze europejskiej duchową aberracją, teologiczną i moralną zapaścią chrześcijan, którzy na lud Izraela rzutowali własne zło i własne religijne wątpliwości. Nie doznawszy jeszcze zbawienia, wierząc zaś w jego nadejście hic et nunc, musieli uporać się z dotkliwym rozziewem między rzeczywistością a wiarą. Paradoks wiary w Królestwo, które nadeszło, lecz widomie nie przyszło, był bardzo trudny. Łatwiej było poniżać Żydów, którzy nie uznali Chrystusa. Nie uznali Go zaś nie ze względu na swoje widzimisię czy ślepotę, lecz w imię własnej wiary w Mesjasza, który dopiero nadejdzie. Widzieli więc świat ułomny, zły i bynajmniej niezbawiony[31]. Zwracając się przeciwko nim, chrześcijanie wypierali ze swego pola widzenia świadomość własnego zła, które musiało przecież powstrzymywać zbawienie świata, po czym rzutowali je na Żydów. W świetle zmartwychwstania pragnęli być czyści i nieskalani[32]. To pragnienie kazało im nie tylko odrzucić wiarę Żydów, lecz ich samych potępić jako bogobójców i zaprzańców. Na tym gruncie, gdzie wiara mieszała się z nienawiścią, kształtował się wizerunek Żyda jako nosiciela wszelkiego zła, truciciela studni, roznosiciela zarazy, winnego profanacji hostii i sprawcy rytualnego mordu na chrześcijańskich dzieciach.
Akty oskarżenia wobec chrześcijańskiego antyjudaizmu wysuwane są od kilkudziesięciu lat. Z Żydów oficjalnie zdjęto przekleństwo bogobójstwa i antysemityzm został nazwany grzechem. Powoli, nie bez licznych i realnych przeszkód, bólu z jednej strony, niezrozumienia z drugiej, postępuje chrześcijańsko-żydowskie pojednanie. Bardzo wiele dokonał na tym polu papież Jan Paweł II. Jego symboliczne gesty i wypowiedzi mają znaczenie historyczne. Ale Kościół powszechny nie powiedział jeszcze wszystkiego i nie do końca jednoznacznie; czasami odnieść można wrażenie, że język przedstawicieli Kościoła mówiących o antysemityzmie, judaizmie i Żydach jest wprawdzie pełen troski i współczucia, lecz wcale nie wolny od dawnych uprzedzeń i stereotypów. Nadal szeroko pokutuje rozpowszechniona od początków chrześcijaństwa teologia substytucji, wedle której prawdziwym Izraelem jest chrześcijański Kościół, natomiast lud Izraela zabrnął w ślepą uliczkę. Chrześcijanie wprawdzie nie mówią już lekko o potępieniu zatwardziałych Żydów, ale w religii żydowskiej nie są w stanie dostrzec drogi zbawienia. Choć Żydów przestali prześladować, dziś się nad nimi litują; poczucie, że judaizm jest ślepy, a wiara Żydów martwa, ciągle jest żywe.
Wyrok śmierci
To poczucie splata się z teologiczną wrogością wobec Żydów – pisze niemiecki teolog katolicki Peter von der Osten-Sacken[33]. Chrześcijaństwo wydało przecież swego rodzaju wyrok śmierci na judaizm. Jego początki można znaleźć już w Nowym Testamencie. Apostoł Paweł na przykład, choć zmagał…