Subskrybuj

Bestiarium Pliniusza, czyli o relacji ludzi i zwierząt w starożytnym Rzymie

Rzymianie cenili w zwierzętach to wszystko, co upodabniało je do ludzi: inteligencję, spryt, zdolność do adaptacji w trudnych warunkach. Uwielbiali ptaki, ale głównie te gadające; szanowali psy niemal wyłącznie z uwagi na ich myśliwskie i obrończe zdolności; zachwycali się słoniami przez wzgląd na ich domniemane głębokie życie wewnętrzne.

Niewiele jest śladów starożytnego życia, które zdolne byłoby wywołać w dzisiejszych turystach silniejsze emocje od gipsowych odlewów ofiar zagłady Pompejów. Po tych jego mieszkańcach, których potężna erupcja Wezuwiusza w  roku 79 z jakichś powodów nie wypędziła z miasta, pozostały w warstwie zgęstniałego wulkanicznego popiołu niewiarygodnie dokładne odbicia przestrzenne. Wypełnione gipsem zmieniły się w budzące dreszcz posągi umierających ludzi. Umierających właśnie, nie umarłych – to przeraża bodaj najbardziej. Widać w nich ostateczną rezygnację, bierną zgodę na śmierć. Może dlatego na ich tle tak wyraźnie odcina się gipsowy odlew psa znaleziony w domu Vesoniusa Primusa. To przy nim – rzecz szczególna – zatrzymuje się największa grupa zwiedzających. Poskręcane ciało zwierzęcia świadczy wymownie o tym, że pies do ostatniej chwili próbował walczyć o życie. I zapewne udałoby mu się tę walkę wygrać, tak jak większości zwierząt pompejańskich, które – mniej przywiązane do domów, cennych mebli i wypełnionych złotem szkatułek niż ich właściciele – zdołały w porę uciec z miasta. Ale pies Vesoniusa Primusa nie miał w tej walce najmniejszych szans. Uciekł tylko tak daleko, jak pozwalała mu długość łańcucha. Trudno winić właściciela, że ratując w pierwszej kolejności życie własne i swoich bliskich, nie zdążył pomyśleć o psie. Ale też łatwo zrozumieć naszą dzisiejszą reakcję, kiedy pochylając się nad gipsowym odlewem bezbronnego zwierzęcia wzdychamy głośniej niż nad sąsiadującym z nim odbiciem bogacza z domu Diomedesa, który – jak przypuszczamy – wrócił się do willi, by ratować swe kosztowności. Śmierć zastała go przy ogrodowej furtce, z kluczem w ręku i w towarzystwie niewolnika dźwigającego worek rodzinnych sreber.

Literatura rzymska nie rozpieszcza nas, jeśli chodzi o liczbę zachowanych informacji na temat stosunku Rzymian do zwierząt. Najłatwiej dziś zrekonstruować jego skrajne wymiary. Z jednej strony okrutne venationes – inscenizowane na scenie amfiteatru czy arenie cyrkowej „polowania”, w których – wyłącznie dla uciechy publiczności – ginęły jednego dnia tysiące dzikich zwierząt; z drugiej strony wzruszające, ale i budzące pewien opór opowieści o nadzwyczajnym i nieraz chorobliwym przywiązaniu rozpuszczonych do granic możliwości patrycjuszy do ich zwierzęcych maskotek: psów, ryb, ptaków, koni, bywało, że i lwów. Ów najciekawszy chyba pośredni wymiar codziennych relacji człowieka ze zwierzęciem pozostaje dziś w dużej mierze w sferze naszych domysłów.

O jedno wszakże stwierdzenie warto się pokusić. Rzymianie cenili w zwierzętach to wszystko, co upodabniało je do ludzi: inteligencję, spryt, zdolność do adaptacji w trudnych warunkach. Uwielbiali ptaki, ale głównie te gadające; szanowali psy niemal wyłącznie z uwagi na ich myśliwskie i obrończe zdolności, zachwycali się słoniami przez wzgląd na ich domniemane głębokie życie wewnętrzne. Mieli przy tym skłonność, by dopatrywać się w zwierzętach zdolności zupełnie nadzwyczajnych. Pliniusz Starszy pisze całkiem bezkrytycznie nie tylko o astralnej religii słoni afrykańskich, ich obrzędach oczyszczeń, ale też o właściwym dla tych stworzeń… zrozumieniu dla religii cudzej[1].  Pisze też o ogierze rzucającym się w przepaść, gdy po zdjęciu mu opaski z oczu mógł stwierdzić, że parzył się z własną matką[2]. Opowieść o gęsiach kapitolińskich, które ostrzegły rzymskich wojowników przed nadejściem wojsk Brennusa, zapewne tylko utwierdzała Rzymian w przekonaniu o niezwykłych właściwościach zwierząt.

Światy ludzi i zwierząt spotykały się w przeróżnych punktach rzeczywistości starożytnego Rzymu. Z nich najbardziej oczywistym i tym samym najmniej fascynującym dla historyków jest – rzecz jasna – hodowla zwierząt wspierających rzymskich rolników w ciężkiej fizycznej pracy oraz tych, które cieszyć będą podniebienia bogatych mieszczan. Warto jednak i tutaj wspomnieć o religijnej wręcz powinności jak najstaranniejszego dbania o potrzeby wołów – głównych zwierząt pociągowych starożytnej Italii. Katon w swoim traktacie O gospodarstwie wiejskim nie tylko napomina gospodarzy, żeby właściwie ich żywili,  ale podaje także recepty na rozmaite ich dolegliwości, a nawet szczegółowy opis ofiary wotywnej za zdrowie tych zwierząt[3].

Uświęcone religijnie związki ludzi i zwierząt znajdowały swój wyraz w rzymskiej sztuce wróżenia. Nie przez przypadek główne kolegia kapłańskie zajmujące się odczytywaniem znaków wróżebnych, tj. haruspikowie i auspikowie, za przedmiot swoich skomplikowanych obrzędów obierali właśnie zwierzęta. Haruspikowie sięgający do etruskich tradycji mantycznych wyciągali wnioski dotyczące powodzenia lub niepowodzenia przedsięwzięć państwowych na podstawie wyglądu wnętrzności zwierzęcych, serca, płuc, a nade wszystko wątroby, której czterdzieści różnych części odpowiadać miało czterdziestu sferom niebieskim. Auspikowie tymczasem, zwani częściej augurami, wróżyli przede wszystkim z lotu ptaków, z ich głosów, także (tzw. auspicia pullaria) z zachowania się kur podczas jedzenia.

Mniej więcej w II w. przed Chr. Rzymianie zasmakowali w polowaniach. Wcześniej bieganie po lasach i narażanie własnego życia w walce z dzikimi zwierzętami, jako zajęcie uwłaczające wolnym obywatelom, spuszczali na niewolników. Z czasem przekonali się, że polowanie może być także rozrywką. Inaczej niż Grecy, nie dopatrywali się w polowaniu ważnego elementu wychowania młodego człowieka wkraczającego w świat dorosłych. Pragmatyczni Rzymianie większą wagę przykładali do efektów, jakie przynieść miały łowy. Stąd też nie widzieli nic niegodnego w pogardzanym przez Platona zastawianiu sideł, wędkarstwie czy odławianiu ptaków. Równość szans między człowiekiem a zwierzęciem nie była tu poważnie brana pod uwagę. Pliniusz Młodszy w Listach chwali się na przykład, jak to „upolował” trzy dziki, nie przerywając pracy pisarskiej, wygodnie usadowiony w pobliżu wnyk z tabliczkami na kolanach[4].

Polowano zresztą nie tylko w celu zdobycia pożywienia, które z upływem czasu coraz chętniej witano na stołach. W dalekich prowincjach republiki, później cesarstwa, urządzano zakrojone na szeroką skalę polowania, których celem nie było zabicie, a schwytanie egzotycznych zwierząt. Przewiezione do Rzymu służyć miały oczywiście jako urozmaicenie igrzysk. Chyba nie wcześniej jak od roku 95 przed Chr., kiedy Kwintus Scewola urządził pierwsze amfiteatralne venationes („polowania”) z udziałem lwów, walki zwierząt między sobą oraz przeciwko gladiatorom stały się stałym elementem igrzysk. W 93 roku przed Chr. Sulla wystawił w amfiteatrze sto lwów, następnie Pompejusz Wielki sześćset, Juliusz Cezar czterysta. W epoce cesarskiej liczby zwierząt przeznaczonych na teatralną rzeź stają się jeszcze bardziej przerażające: w jednym tylko dniu igrzysk urządzonych przez Tytusa w 80 roku z okazji otwarcia Colosseum wystawiono na arenie pięć tysięcy zwierząt[5], w walkach urządzonych przez Trajana dwukrotnie liczba pokazanych zwierząt przekroczyła dwa tysiące[6]. Właściwie należałoby napisać „zabitych” zamiast „pokazanych”, choć tu akurat trzeba być ostrożnym. Z pewnością los setek i tysięcy zwierząt przewiezionych do Rzymu z odległych krain był tak czy inaczej przesądzony. Jednak venatio cyrkowe, przynajmniej w okresie Rzymu republikańskiego, nie oznaczało z konieczności natychmiastowej hekatomby. Zwierzęta występowały często w popisach, które dziś nazwalibyśmy po prostu cyrkowymi: słonie piszące łacińskie sentencje trąbami na piasku, pantery ciągnące wózki w zaprzęgu itp. Historycy wskazują na jeszcze jeden aspekt, który – choć nie do końca przekonujący – rzuca nieco jaśniejsze światło na mroki rzymskich venationes. Dzikie zwierzęta zamieszkujące w wielkiej liczbie ogromne obszary rzymskich prowincji stanowiły dla tamtejszej ludności bardzo poważne zagrożenie, którego rozmiarów dziś, w epoce, w której słonie, lwy i tygrysy są na wymarciu, nie potrafimy sobie wyobrazić. Przerażające nas polowania, w efekcie których na rzymską arenę trafiały setki i tysiące tych zwierząt, pozwoliły w istocie na zasiedlenie i swobodny rozwój rzymskich miast m.in. w Afryce Północnej[7].

Biografie wielkich rzymskich żołnierzy i władców wspominają często o ich przywiązaniu do swoich wierzchowców. Być może znać w tym echa legendy Aleksandra Macedońskiego i jego Bucefała, który, z nałożonym rzędem królewskim nie pozwalał komu innemu usiąść w siodle. Podobną cechą odznaczał się bowiem koń Juliusza Cezara, śnieżnobiały ogier, który – jak zgodnie podają i Pliniusz, i Swetoniusz – przednie nogi miał mieć podobne do ludzkich, tj. kopyta porozdzielane na kształt palców[8]. Cezar postawił mu pomnik przed świątynią Wenus Rodzicielki. Także Oktawian August wystawił swemu zmarłemu koniowi pomnik nagrobny i ułożył na jego cześć tren żałobny[9]. Głośne było chorobliwe przywiązanie Gajusa Kaliguli do Incinatusa. Koń cesarza miał mieszkać w marmurowej stajni osobnego pałacu, jadać ze żłobu z kości słoniowej, nosić naszyjniki z drogich kamieni, posiadać własnych niewolników i umeblowane pokoje, „aby tym wystawniej podejmować osoby zaproszone w imieniu konia”[10]. Przed śmiercią z rąk zamachowców Kaligula miał też podobno zamiar wyznaczyć Incitatusa na urząd konsula. Piękne epitafium poświęcił swemu koniowi cesarz Hadrian: „Borystenes / koń ze stajni cesarza / pędził przez wody i bagna / i przez wzgórza Etrurii / polując na dzika Panonii / tryskał pianą i śliną / aż po koniec ogona, / kiedy ścigał odyńca / nikt nie ważył się z nim zmierzyć / nawet dzik o białych kłach, / jak to się czasem zdarza, / zmarł w swoim czasie /…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: O cierpieniu zwierząt