Subskrybuj
Z wykształcenia filozof i teolog. W latach 1961–1983 była redaktorem i sekretarzem redakcji miesięcznika „Znak”. W latach 70. współtworzyła ruch hospicyjny w Polsce i pierwsze polskie hospicjum w Nowej Hucie. Przez pięć lat pomagała terminalnie chorym jako wolontariuszka. W latach...

***

Byłam dwa razy w Stanach Zjednoczonych. Ale dopiero teraz, czytając książkę Baracka Obamy, zdałam sobie sprawę, że właściwie byłam tylko w białej Ameryce. No, może z jakimś zetknięciem z Orientem, z japońskimi i chińskimi wiernymi w kalifornijskiej parafii. Czy nie było pobratymców Obamy w Ohio?

Czy też nie zauważyłam i nie zapamiętałam ich odrębności? Amerykę nie-białą znam z filmów, z książek, z powieści, z monumentalnego dzieła Gunnara Myrdala: „Dylemat amerykański”. Książka Obamy silnie współgra z tą ostatnią lekturą. Jeszcze ciągle czytamy Odziedziczone marzenia. Ale zaczynam komentować tę biografię nie czekając na ostatnie rozdziały, bo czas ucieka. Tak, jak teraz  piszę, nie będzie można pisać, gdy już będziemy znać wynik amerykańskich wyborów prezydenckich. Niedoczytana jeszcze książka jest otwarta, podobnie jak dalszy los autora.

Tom prozy – bo to jest naprawdę napisane jak dobra powieść i powstało nim autor został kandydatem aspirującym do urzędu otoczonego nimbem wielkich ludzi dwóch minionych stuleci.

Im głębiej wczytuję się w tę autobiografię z całą jej prowizorycznością, tym ważniejsze staje się dla mnie spotkanie z tą postacią. Tym bardziej interesuje mnie i obchodzi, czy zostanie prezydentem. Nabiera to znaczenia – narzuca mi się wniosek, że to może być przełom przestawiający tryby świata. Ale z drugiej strony – jeśli Barack Obama nie będzie prezydentem, ufam, że nie powie sobie, że dość już zrobił. Że będzie się brał do tych trybów świata, że znajdzie dostęp inną trasą. Ktoś powie: „To bierzesz go poważnie?”. Tak. Czytam o tym, co jest jego nie tyle marzeniem, co raczej mitem twórczym – którego zresztą nie określa z żadną ideologiczną precyzją. I to mnie przekonuje, że B. O. nie jest Sarą Peilin partii demokratycznej. Nie jest też manekinem w rękach spin-doktorów. On jest autentyczną osobą, a to, co go zmusza do działania, ma niespodziewany i niepokojący smak prawdy.

Wracam do początku lektury. W pierwszych rozdziałach poznajemy dziecko, chłopca z nietypowej rodziny. Dziadek mówi do niego Barry – ale on woli afrykańską formę swego imienia, Barack ma je po ojcu, Kenijczyku. Pochodzi ze związku afrykańskiego stypendysty, doktoranta Harvardu, z białą studentką. Związek rozluźnia się i rozpada, gdy ojciec wraca do Kenii odrabiać stypendium. Baracka Juniora wychowywała matka i dziadkowie na Hawajach, potem ojczym – Indonezyjczyk. W jego kraju chłopiec zaczął szkołę. Tam też przeżył wstrząs inicjacji w kwestię koloru skóry. Świadomie używam słowa „inicjacja”, bo dla dziecka było to wydarzenie dramatyczne, wstydliwe, zatajone, powracające echem w dojrzałym życiu. Przeczytać o tym, to dowiedzieć się czegoś nieznanego i ważnego o życiu – jakie jest.

Charakter rodziny Obamy daje do myślenia. Ten Amerykanin jest dzieckiem dwojga „okularników”, jak z Żoliborza. Dla tych ludzi wiedza, świat umiejętności poznawania jest najistotniejszy. Syn ludzi właściwie biednych po powrocie na Hawaje ma trafić do najlepszej, elitarnej szkoły o historycznym rodowodzie, tak jakby na Bednarską w Warszawie. Poznając bliżej Obamę odkrywamy rodzaj bliskości mimo egzotyki miejsc i problemów. Dla studenta Baracka – Ojca, a potem syna – fundamentalnym problemem jest tożsamość. Afrykańskie (mieszane) pochodzenie, lojalność wobec tych, z kogo się jest. Ale to się tak kształtuje, że młody Obama (syn Obamy) ma coś w rodzaju kompleksu Judyma – choć przy innym temperamencie niż ów doktor, nie tak cierpiętniczo, ale też niesłychanie na serio. Dłuższy, ponad dwuletni staż w roli animatora w zaniedbanej dzielnicy Czarnego Chicago pokazuje Obamę jako wytrwałego animatora działań społecznych na rzecz poprawy warunków życia, a przede wszystkim nauki i szans pracy dla młodzieży. Obama pracuje z bezrobotnymi dorosłymi i z młodzieżą, której nie chce klasyfikować jako „trudnej”. Obama-animator, prawie kolega, tym bardziej, że środowiskiem jego działań, obok szkół, są też parafie, z całą kolekcją duszpasterzy w różnym stylu. Z trudem powstrzymuję się od relacjonowania różnych ciekawych historii, wpadek i osiągnięć w zmaganiach z biernością ofiar krzywdy, biurokratycznymi bossami, z korupcją niemal na każdym kroku. I zmaganie ze sobą: z onieśmieleniem, zniechęceniem, zawodem, gdy odpadają współpracownicy. Ale jest też w doświadczeniu Obamy-działacza uskrzydlająca radość, gdy osiąga się porozumienie, gdy sukces w realizacji zamierzeń spaja ekipę. Najbardziej poruszające są dla mnie zwierzenia z przeżyć dotykających tożsamości i godności własnej i ludzi takich jak on.

Wracam i wracam do sceny, która mogłaby być aneksem do znanego filmu Verhaagen „Niebieskoocy” o warsztatach antyrasistowskich prowadzonych przez Jane Elliott. Barack rozmawia z Ruby, uczestniczką akcji na rzecz poprawy warunków życia w dzielnicy. I nagle dostrzega w jej twarzy jakąś niepokojącą, dramatyczną zmianę. Jej tak zawsze żywe, piękne brązowe oczy zmatowiały, zamarły. To efekt niebieskich soczewek kontaktowych, które włożyła przy okazji sprzedawania ich w sklepie. Kobieta jest zdziwiona i zmartwiona reakcją Obamy. A on sam znów konfrontuje się ze zjawiskiem, które tak nim wstrząsnęło w dzieciństwie: ktoś czarnoskóry wybiela się, usiłuje się wybielić. Zostać kimś innym, przemalowańcem, kukłą z martwymi oczami?

*

Jak już wspomniałam, nie skończyłam jeszcze czytać o młodości Obamy. Wrócę do tej lektury w punkcie, gdy śladem ojca Barack II ma zacząć studia na Uniwersytecie Harvarda. Praca w Chicago była stażem, dla którego odszedł z pracy w prestiżowym biurze w Nowym Jorku. Stamtąd odszedł lekko; placówkę w zaniedbanej dzielnicy żegna z trudem, choć zostawia w rękach dobrego współpracownika.

Co dalej? Co było dalej wtedy, przed laty, dowiem się poznając jeszcze kilka rozdziałów. Niespodziewanie będę mogła ich słuchać, bo dostałam w prezencie książkę Obamy czytaną przez niego. To bardzo pozytywne nowe doświadczenie – taki kontakt z autorem interpretującym swój tekst.

A teraz – co dalej z Obamą? Muszę poczekać na rozstrzygnięcia wyborców. Wybór dotyczy – teraz bardziej niż zwykle – prezydenckiej partii. Czy nie pora na Demokratów? Na człowieka, dla którego amerykański mit twórczy to także New Deal, nowe rozdanie? Jakie właściwie? Co to będzie znaczyć dla Stanów jako całości, i przez to również dla świata? Dla nas też, wcale nie jesteśmy tak daleko.

Byłam na spotkaniu w redakcji „Polityki” z Christophem von Marschallem o Obamie-Kandydacie. Ambasador Janusz Reiter opowiadał tam o swojej długiej rozmowie z kandydatem Obamą, podczas której musiał głównie odpowiadać na jego wnikliwe pytania o Polskę. Myślę, że senator trafił na odpowiedniego informatora, chociaż jeszcze lepszym byłby Jacek Kuroń. Szkoda, że się już nie spotkają.

Życzę Barackowi więcej szczęścia w kampanii wyborczej niż miał Jacek, bo myślę, że new deal 2008 jest potrzebny, a przy prezzydencie-demokracie miałby jakieś szanse zaistnienia.

ZGIEŁKSłyszę w radiu, jak młody chłopak śpiewa: „Moim Bogiem jest ZGIEŁK”. A może to było odrobinę inaczej – że jego Bóg, Bóg tego, kto śpiewa, ma tak na Imię – „Zgiełk”? Obie formuły, choć nieco odmienne, budzą we mnie grozę. Myślę, co to może znaczyć – wybrać „Zgiełk” na swego idola? Albo dojść do wniosku, że Ten, kogo czcimy jako Boga, jako Najwyższego, zasługuje na takie Imię: „Zgiełk”. Zgiełk – uderzająca fala dźwięków, chaos, w którym giną słowa. Zgiełk podnoszą istoty żywe, ludzie albo…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: I wojna światowa. Koniec czy początek Europy?