Niektórzy z nas, co w bardzo wczesnej młodości dużo książek czytali, liczyli na to, że któregoś dla trafią na książkę par excellence, książkę absolutną, książkę, która oświeci ich absolutnie, przyniesie i ukaże Całą Prawdę[1]. Dochodzą jednak do wniosku, że chociaż jest wiele książek znakomitych, ciekawych i mądrych, to książki absolutu przecież nie ma, po prostu nie ma. Pewno również ten, kto takim złudzeniem żyje, nie ma chyba wątpliwości, że jego podręcznik chemii czy geometrii albo nawet historii żywi go jakąś prawdą, a jednak, gdy wierzy w książkę absolut, co go w Prawdę wtajemniczy, ma jakiś inny sens tego słowa na myśli. Ci wyznawcy wiary religijnej, którzy nigdy wątpliwości nie zaznali, wiedzą wprawdzie nie tylko, że jest taka książka, ale wiedzą, gdzie jest: jest to mianowicie tekst przez Pana Boga podyktowany – na przykład Biblia albo Koran; święte księgi wschodnich religii, chociaż ogromnie przez wyznawców czczone, nie mają przecież autorytetu tak niepodważalnego; są źródłem wielkiej mądrości, ale nie po prostu zapisem słów Bożych. Wyznawcy „fundamentalistycznej” interpretacji mają natomiast w ręku coś, co można nazwać Całą Prawdą. Nie jest to wprawdzie Cała Prawda w tym sensie, by miała zawierać wszystkie, nieskończenie liczne zdania prawdziwe. A jednak wyrażenie „Cała Prawda” nie jest nie na miejscu. Cóż to jednak znaczy?
Znamy najróżniejsze komplikacje, jakie rodziło „korespondencyjne” pojęcie prawdy, prawdy jako zgodności myśli (zdania, przekonania, idei) z rzeczywistością i niektóre z tych komplikacji, co od Platona do Tarskiego się ciągną, mogą nadal zaprzątać umysły: czy adequatiodotyczy zdań czy sensów i jakie miały by być konsekwencje tego odróżnienia? W jakim znaczeniu można przyjąć Arystotelesowe powiedzenie, że rzeczy są „przyczyną” prawdziwości zdania? Jeśli ma być „zgodność z rzeczywistością”, to czy można osiągnąć zgodę co do tego, jak „rzeczywistość” pojmować? Czy jest i na czym polega podobieństwo relacji, jakie zachodzą między różnymi elementami faktu i różnymi częściami wypowiedzi o tym fakcie? Jak uniknąć paradoksu kłamcy i innych paradoksów samoodniesienia (teoria typów, pojęcie metajęzyka)? I cóż by się stało, gdybyśmy się zgodzili na taką czy inną wersję ontologicznego pojęcia prawdy (na przykład Heideggera, na przykład Tomasza z Akwinu) albo na rozciągnięcie predykatów „prawdziwy” i „fałszywy” na inne jeszcze akty aniżeli te, co są w zdaniach wyrażalne, na przykład percepcje albo idee? A jeśli przyjmiemy definicję „zdanie >>Jan ma 30 lat<< wtedy i tylko wtedy, jeśli Jan ma 30 lat”, to czy może ona nas uspokoić (poza matematyką) bez znajomości kryteriów, na mocy których wiemy, co jest zdaniem prawdziwym, a co nie jest i jak rozstrzygnąć, czy zdanie jest prawdziwe. Wolno jednakowoż powiedzieć, że mimo te wszystkie i inne jeszcze komplikacje, które obfita literatura rozważa, „korespondencyjna” teoria czy reguła „zgodności z rzeczywistością”, dobrze trafia w zwyczajną, całkiem niefilozoficzną i na logiczne spory obojętną intuicję potoczną i potoczny, filozoficznie nietrenowany sens słów „prawda” i „prawdziwy”. Chodzi przecież – na pozór – o coś całkiem zrozumiałego dla każdego, kto naszym (jakimkolwiek) językiem włada: „Michał prawdziwie powiedział, że deszcz pada, to znaczy powiedział, jak jest; Józef kłamał, mówiąc, że wcale nie ukradł, bo ukradł”. Mogą być bardzo często wątpliwości co do tego, co to znaczy „prawdziwe”, czyli pod jakim warunkiem to czy owo jest prawdziwe. Tak zdaje się, ale filozofów nie zadowala to wyjaśnienie. Raz za razem usiłują nam wmówić, że gdy bezrefleksyjnie, nawykowo posługujemy się tymi orzecznikami „prawdziwy”, „fałszywy”, to naprawdę mamy na myśli coś innego, niż nam się zdaje; nie chodzi o to, czy „rzeczywiście” w świecie samym coś jest tak czy owak, czy jakiś fakt rzeczywiście zachodzi całkiem niezależnie od tego, czy wiemy o nim albo nie wiemy, ale o coś innego. Jednym ze sposobów wyjaśnienia, o co nam naprawdę chodzi, gdy mówimy: „deszcz pada” albo „ziemia jest (mniej więcej) kulista” – jest koherencyjna teoria prawdy. Rodzi ono komplikacje jeszcze kłopotliwsze aniżeli zasada zgodności z rzeczywistością. Chodzi o to, że cała nasza wiedza tworzy spójny, wewnętrznie powiązany system i poszczególne fragmenty wiedzy, poszczególne zdania czy sensy nadają się do przyjęcia, bo pasują do całości. Nie ma percepcji faktów całkiem nieupośrednionej, niezależnej od jakichkolwiek założeń; słowa, w których wiedzę naszą wypowiadamy, są zrozumiałe, bo są fragmentami wielkiego systemu, gdzie każdy składnik nie tylko odnosi się do całości, ale jakby całość zakłada. Nic nie jest prawdziwe (ani zresztą fałszywe) bez tego odniesienia, ale Prawdą w sensie pełnym, bez restrykcji, jest tylko system jako całość; system ten nie jest po prostu zbiorem zdań, z których każde z osobna jest prawdziwe i które przez to systemowi prawdziwość nadają; przeciwnie, te zdania są prawdziwe – ale prawdziwe częściowo – bo są składnikami systemu. Nie wiadomo jednak bez dodatkowych założeń, jak oceniać prawdziwość różnych systemów; wiemy przecież, że na gruncie pewnego systemu zawierającego na przykład jakieś wierzenia religijne i metafizyczne niektóre zdania są lub mogą być prawdziwe, chociaż nie pasują do innego systemu. Przypuśćmy, że mówię komuś: „Wczoraj mój anioł stróż uchronił mnie od śmierci”; jeżeli rozmówca mój żyje umysłowo w systemie, gdzie nie ma takiej istoty jak „anioł stróż”, musi moje oznajmienie odrzucić, chociaż jest ono całkiem dobre w moim systemie; ale i on, i ja możemy uznać za prawdziwe zdanie „deszcz pada”, a skoro to samo zdanie może być obecne w różnych, niezgodnych wzajem systemach, to czy wolno powiedzieć, że w obu ma ono ten sam sens i że tylko przez odniesienie do całości jest prawdziwe? Widzimy trudność – jedną z licznych – teorii koherencji. Krytykowano też pomysł, iż poszczególne zdania są tylko częściowo prawdziwe, a tylko system zawiera Prawdę bez ograniczeń (jeśli są częściowo prawdziwe, to czy są też częściowo fałszywe?). Sugestia, wedle której teoria koherencji jest dobra dla aksjomatycznych systemów dedukcyjnych (chociaż systemy te mogą być różne i wzajem niezgodne), wydaje się z kolei mało interesująca; matematyk wie, jakie są reguły postępowania w jego nauce, i teoria koherencji nie wzbogaca, jak się zdaje, jego umiejętności. Można koherencję pojmować jako kryterium prawdziwości albo również jako definicję prawdy. Jeśli jest to tylko kryterium, to nie potrzebujemy odniesienia do żadnej rzeczywistości niezależnej od naszych operacji sprawdzających. Prawda w tradycyjnym sensie jest wtedy zbędną, pozostają sprawdziany, dzięki którym dowiadujemy się, które zdania nadają się do przyjęcia. Ta ostatnia sytuacja zachodzi także w pragmatycznej teorii prawdy, zarówno w jej umiarkowanym, jak w radykalnym wariancie. W obu wariantach jednakowoż Prawda w tradycyjnym Arystotelesowskim sensie jest niepotrzebna i pewno niedefiniowalna. Umiarkowany wariant głosi, że pytania są sensowne, jeśli możliwe są operacje praktyczne, które je rozstrzygną; rozstrzygnięcie można nazwać prawdą, ale nie zakłada się przez to, że istnieje prawdziwość sama w sobie, niezależna od naszych operacji sprawdzających, prawda, której uznanie albo odrzucenie nie powoduje żadnych skutków empirycznych; pytanie o prędkość dźwięku jest sensowne, bo mamy narzędzia, by na nie odpowiedzieć i znać skutki praktyczne takiej lub innej odpowiedzi; nie jest jednak sensowne pytanie, czy istnieje idea Dobra wyprzedzająca wszystkie poszczególne albo jaki jest stosunek między Duchem Świętym a Synem Bożym w Trójcy. Pragmatyzm w tym znaczeniu jest właściwie powtórzeniem tradycyjnej antymetafizycznej doktryny empiryzmu i pojęcia rzeczywistości niezawisłej od doświadczenia nie potrzebuje, albo raczej stanowczo je usuwa, bo rozważania na ten temat to strata czasu. Czy oczekiwane i empirycznie potwierdzone skutki naszych zabiegów nazwiemy prawdą, jest to sprawa werbalna. Radykalny wariant pragmatyzmu nie poprzestaje na sprawie skuteczności naszych opcji, lecz posuwa się do podania kryterium użyteczności wierzeń. Prawdziwe w tym sensie przewrotnym jest to, co użyteczne; że coś jest użyteczne w pewnym momencie, a szkodliwe w innym, albo użyteczne dla mnie, a szkodliwe dla kogo innego – tę konsekwencję wolno przyjąć, chociaż w tradycyjnym ujmowaniu słowa „prawda” taka…