Subskrybuj
Historyk i publicysta, polityk, b. działacz opozycji demokratycznej, minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

Trzeba o tym pamiętać

Koniec października przyniósł odprężenie w stosunkach między prezydentem a rządem. Po Radzie Gabinetowej prezydent i premier mówili o dobrej atmosferze obrad. Prezydent przyznawał, że minister finansów przedstawił poważne argumenty na rzecz szybkiego przyjęcia euro przez Polskę. Premier zapewniał, że ze strony rządu nie będzie żadnych przeszkód, gdyby prezydent chciał reprezentować Polskę na roboczym posiedzeniu Rady Europejskiej, zwołanym na listopad do Brukseli przez prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego.

W obliczu kryzysu na światowych i europejskich giełdach i spadku kursu złotówki prezydent i premier, wywodzący się z rywalizujących ze sobą ugrupowań, zademonstrowali, że są zdolni do współpracy i że ich oceny położenia polskiej gospodarki są dość zbliżone. Dobrze, iż tak się stało, choć pozostaje wątpliwość, na ile ich zachowania wynikają z rzeczywistego poczucia odpowiedzialności za państwo, a na ile z chęci zatarcia fatalnego wrażenia po październikowym brukselskim szczycie UE. Być może obaj politycy chcą, abyśmy szybko zapomnieli o tym wydarzeniu. Naszym obowiązkiem jest jednak pamiętać. Nagle, jak w soczewce ujrzeliśmy całą brutalność i fatalny styl walki politycznej dwóch ośrodków: prezydenckiego i kancelarii premiera, toczonej na oczach zdumionych przywódców europejskich i dziennikarzy. Trzeba stwierdzić bez ogródek: ta walka ośmieszała Polskę i odbywała się jej kosztem. Dla szefa rządu musi być frustrujące, gdy prezydent nie potrafi w żadnej sprawie zająć stanowiska różniącego się od stanowiska głównej opozycyjnej partii, której przewodzi jego brat. Prezydent systematycznie już odgrywa rolę eksponenta partii, która wyniosła go na to stanowisko, nawet gdy ewidentnie cierpi na tym interes państwa. Premier i członkowie rządu muszą irytować się systematyczną – niezgodną z wypracowaną wcześniej praktyką i logiką konstytucji – obecnością prezydenta na europejskich szczytach, zwłaszcza że wiadomo, iż w wielu ważnych kwestiach stanowisko prezydenta różni się od stanowiska rządu. Nic jednak nie usprawiedliwia słów premiera wypowiedzianych w Brukseli wobec dziennikarzy: „Prezydent nie jest mi tu do niczego potrzebny”, ani firmowanej przez kancelarię premiera decyzji o odmowie użyczenia głowie państwa samolotu na lot do Brukseli. Te zachowania bardzo zbliżyły nas do kultury politycznej państw, które w podręcznikach politologii nazywane są mianem „demokracji nieskonsolidowanych” czy „niedojrzałych”. System demokratyczny w zasadzie w nich funkcjonuje, ale od czasu do czasu „zacina się”, a kryzys polityczny przeradza się w kryzys ustrojowy. Z reguły „demokracje nieskonsolidowane” to demokracje młode, w których nie wytworzyła się jeszcze dojrzała kultura polityczna. Dziewiętnaście lat po odzyskaniu wolności Polska zasługuje na to, aby najważniejsi politycy w państwie nie sprowadzali jej do poziomu raczkującej demokracji. Co robić w sytuacjach takich, jak październikowy szczyt brukselski, gdy trudno liczyć na dobre polityczne obyczaje i zgodne z duchem konstytucji działanie głównych aktorów sceny politycznej? Pozostaje trzymanie się litery konstytucji. Wynika z niej, że prezydentowi, który jest najwyższym reprezentantem państwa na zewnątrz, nie sposób odmówić prawa udziału w unijnych spotkaniach na szczycie, gdy wyraża on wolę reprezentowania Polski. Bez względu na to, czy jest to sensowne, czy też nie. Z…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Prawa człowieka. Zawieszone do odwołania?