Subskrybuj
Adolf Hengeler, Public domain, via Wikimedia Commons
Pisarz, publicysta, obieżyświat. Wydał między innymi powieść S.O.S., tomy esejów filozoficznych: Wołanie o sens oraz Paradygmat.

Moc truchleje

W centrum tego świata – który choć na parę godzin objawia się nam w wigilię Bożego Narodzenia – jest kobieta. Żona, matka, babcia, siostra, narzeczona. Ona przynosi łagodność i nawet jeśli nie pojednanie, to przynajmniej jego złudę.

Kiedy zbliża się Boże Narodzenie wypada pisać zbożnie, podniośle, a przynajmniej koncyliacyjnie. Trudno o słodszy w swej poczciwości obrazek niż rodzina zgromadzona przy wigilijnym stole: sianko pod obrusem, pełna świecidełek choinka, opłatkowe życzenia, prezenty mające cieszyć bezinteresownością daru, a nie starannie zatartą ceną ze sklepu, tradycyjne potrawy, od wieków te same i od wieków tak samo wzruszające kolędy, wolne nakrycie pozostawione dla niespodziewanego gościa, nawet zwierzęta jakoby odzywające się w tę noc ludzkim głosem. Jakże z takiej okazji powracać do tego, co jątrzy, niepokoi albo nawet boli? Jak mówić o tym, co dzieli, kiedy jest to wieczór pojednania i dobrych życzeń? A już na pewno nie wypada przy takiej okazji wspominać o przebrzydłej polityce. Zacna słodycz i zbożne ciepło. Jednakże już w samych dostojnych symbolach wigilijnych skryty jest ból, podszyte są egzystencjalną trwogą, o której myśleć i której dostrzegać nie chcemy, a w świąteczny wieczór na pewno nie powinniśmy. Wcale nie dlatego, że świeżo wycięta i pięknie zielona choinka oznacza zniszczenie lasów i gwałt na świętej dzisiaj ekologii, przez co rozpowszechniają się obrzydliwe plastikowe imitacje. Jest to jedna z tych nowomodnych bajęd, w które wypada wierzyć osobom mającym się za postępowe i proekologiczne; tymczasem gdyby z iglastych młodników nie wycinano zbędnych świerczków i jodełek, nigdy nie przekształciłyby się w prawdziwy las, bo drzewa stłamsiłaby ciasnota. Więcej napaskudzimy na świecie rozkręcając produkcję plastików, a więc przynajmniej z powodu choinkowej tradycji możemy mieć czyste sumienie. Ale to tylko początek: gdyby na przykład w trakcie wigilijnej wieczerzy rozległo się pukanie do drzwi i miejsce zwyczajowo pozostawione dla niespodziewanego gościa usiłował zająć ktoś inny, niepewny, nieznajomy, odrażający? Cygan, czarnoskóry przybłęda, obcy, bezdomny, chory, albo – strach pomyśleć – tirówka? Czy znieślibyśmy tę wyzywającą i w najwyższy sposób niestosowną obecność? Czy nie zostałyby przekroczone granice naszej tolerancji i miłosierdzia, choć je nakazał Ten, co którego narodziny w tak miłej atmosferze usiłujemy we własnym gronie uczcić? Albo gdyby rzeczywiście zwierzęta przemówiły choć na moment ludzkim głosem, ileż złych rzeczy o nas musiałyby powiedzieć, bo przecież kłamstwo i przemyślna obłuda z samej istoty są obce ich zwierzęcej naturze. Rozczula nas Dziecię tej nocy narodzone, jeszcze słodkie i bezbronne, jeszcze nieświadome losu i przeznaczenia; trudno znaleźć milsze i bardziej oczywiste uosobienie świątecznego ciepła. Ale przecież jest ono Bogiem i już od chwili narodzin opowiada nam straszną i wzniosłą jednocześnie prawdę o pełnym cierpienia ludzkim losie rozpiętym między płaczem narodzin w ubogim żłobie a krzykiem męki i zwątpienia na krzyżu: „czemuś mnie opuścił?” Bo to nie jest tylko wzniosła opowieść o Zbawicielu, to jest opowieść, którą Zbawiciel od chwili narodzin kieruje do nas i mówi o nas. Choć pewnie ponad nasze ludzkie siły, dlatego tak chętnie uciekamy w poczciwość świątecznego lukru.

Pójdziemy tym tropem. Dlatego nie będzie tu zbożnie, dostojnie i pojednawczo, lecz może w ostatecznym rachunku krzepiąco, choć niestosownie. Dlatego będzie tu nawet o polityce i to w jej najbardziej odrażającej wersji.

CHOINKA  W  TROPIKACH

Ileż w swym dość już długim życiu doświadczyłem mniej lub bardziej egzotycznych Wigilii poza krajem i krajowym tradycyjnym ciepełkiem. Pierwsza była – jeszcze w gierkowskich latach 70. – w Kuala Lumpur, stolicy Malezji, wtedy mieście dość płaskim, choć już nowoczesnym, doświadczającym pierwszych symptomów cudu gospodarczego południowoazjatyckich „tygrysów”. Kraj islamski, ale zgodnie z dobroduszną i trochę leniwą tradycją tego tropikalnego regionu, tolerancyjny, pozwalający wszystkim – bez czepliwej zasadniczości – kultywować jakie chcą tradycje lub wierzenia. Ma na to wpływ liczna chińska mniejszość konfucjańska bądź buddyjska, obrotniejsza od nieruchawych Malajów tak w ciężkiej pracy, jak handlu i biznesie. Najbardziej szokująca dla Polaka w tym wielokulturowym azjatyckim tyglu była kompletna obojętność na bożonarodzeniową tradycję. Sprowadzane gdzieś z północy choinki widoczne tylko w paru hotelach przyjmujących gości z dalekiego świata, albo w prywatnych domach niezbyt licznych Europejczyków. Miejscowi nic nie mieli przeciw świętu białych ludzi; zagadnięci – swoim zwyczajem – uśmiechali się szeroko, ale nie pojmowali naszej tradycji, ani też ta tradycja zbytnio ich nie interesowała. Z osobliwości miasta zapamiętałem monumentalny pomnik zwycięstwa nad komunizmem wystawiony przez miejscowych władców dla upamiętnienia pokonania przez siły rządowe lewackiej partyzantki pustoszącej kraj na przełomie lat 40. i 50. wspieranej na odległość przez Chiny, a na miejscu przez chińską biedotę. Zabłąkany przybysz z PRL-u, fotografowałem tę ogromną instalację jak zakazany owoc, wykazując przy tym kompletną ignorancję wobec powikłanych dziejów i tradycji miejscowych – zupełnie jak tutejsi ludzie wobec naszych.

Zupełnie inaczej było z górą ćwierć wieku później w niedalekiej i równie egzotycznej Tajlandii. Przede wszystkim Bangkok – który zapamiętałem z mojej pierwszej podróży, jako miasto parterowe, marne i zakurzone – stał się metropolią pełną światowego blichtru i strzelistych wieżowców. Tutaj już na długo przed świętami świecą się i zielenią przybrane pięknie choinki, w domach towarowych rozpoczyna się – zupełnie jak u nas, a wcześniej w USA – festiwal wyprzedaży, promocji i fikcyjnie obniżanych cen. Choinki stawiają sobie w domach także buddyści, co im zupełnie nie przeszkadza w zapalaniu kadzidełek w świątyni i składaniu ofiar z owoców lub ryżu przed posążkami opiekuńczych duszków albo i samego pogodnie uśmiechniętego Oświeconego. Ten trochę tajemniczy uśmiech znamionuje nie tylko ducha buddyzmu, ale i stosunek do wszelkich innych religii lub tradycji.

– Ja też jestem chrześcijanką! – pochwaliła się parę dni przed świętami moja miejscowa sekretarka zatrudniona w polskiej ambasadzie, pewnie dlatego, że zachodnia religia staje się modna w snobistycznych kręgach tutejszych jako wyraz przynależności do kosmopolitycznej kultury.

– Ale jakiego wyznania? – spytałem niestosownie. – Katoliczką, protestantką?

– Nie wiem – odparła stropiona Kum.

W tej krótkim dialogu mieści się cala prawda o uśmiechniętej Azji południowo-wschodniej w czasach globalizacji. I chyba – wbrew pozorom – jest to prawda krzepiąca. Bożonarodzeniowa i noworoczna tradycja rozpowszechniła się zwłaszcza wśród miejscowych Chińczyków, którym spodobały się prezenty pod choinką; więc choć hucznie obchodzony chiński Nowy Rok przypada kilka tygodni później (tajski Nowy Rok dopiero w kwietniu) obdarowują już wcześniej rodziców i starszych.

Pomyślałby kto, że katolickie Filipiny obchodzą Boże Narodzenie tak samo jak my. Nieprawda. Choinek tu prawie nie ma, zresztą za drogie byłoby ich sprowadzanie na ten archipelag, w Tajlandii przecież rosną w obfitości w górach na północy. Za to już na kilkanaście dni przed Świętami wszystkie wyspy roją się od świateł papierowych lampionów: chińska umiejętność ich konstruowania zlała się z miejscową wersją katolicyzmu znacznie bardziej emocjonalną, niż to do czego przywykliśmy. Jakież to wspaniale światła, klejone pracowicie przez kobiety i dzieciaki albo kupowane w lokalnym sklepiku: pełne kolorów, wielopiętrowe, ogoniaste, ni to lampy, ni smoki, ni latawce. Pełna slumsów, dramatyczna w swych kontrastach, choć też strzelająca w niebo wieżowcami Manila przybiera w te noce, inny, bajkowy i bardziej zachęcający kształt.

W Nowym Jorku największym problemem jest karp. Po prostu taka ryba, choć żyje tu i ówdzie w jeziorach lub nieczynnych kanałach, nie jest uważana za jadalną. Handlują nią tylko rosyjscy Żydzi w tej fascynującej „małej Odessie”, jaką jest dzielnica Brighton Beach na południowym Brooklynie. Nie inaczej z grzybami; wszystko prócz pieczarek uznano za trujące i obrzydliwe. Ale najważniejszy jest festiwal zakupów i tylko on jest traktowany naprawdę poważnie, bo stanowi najlepszą w roku okazję do pozbycia się zapasów, a zapełnienia kasy. Zaczyna się już w końcu listopada przed Dniem Dziękczynienia:to właśnie wtedy – a nie w Wigilię – amerykańskie rodziny na pamiątkę pierwszych osadników powinny zgromadzić się przy wspólnym stole i skonsumować pieczonego indyka,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Prawa człowieka. Zawieszone do odwołania?