Subskrybuj

Wyspa strachu

Spinalonga jest malutka. To właściwie wyspa-wzgórze. Na szczycie do dziś jeszcze podziwiać możemy potężne mury weneckiej fortecy. Między nimi a skalistym brzegiem wyspy, na tym w miarę płaskim pasie o szerokości kilkudziesięciu zaledwie metrów, trędowaci mieszkali, pracowali, uprawiali mikroskopijne ogródki warzywne, wypasali pojedyncze sztuki kóz i sadzili drzewka oliwne.

 Ktokolwiek tedy będzie splugawiony trądem,

a oddzielony został za rozporządzeniem kapłańskim,

będzie miał szaty rozprute, głowę odkrytą, usta szatą zakryte,

i będzie wołał, że jest splugawiony i nieczysty.

Przez wszystek czas, póki jest trędowaty i nieczysty,

sam będzie mieszkał za obozem.

(Kpł 13, 44-46)

Jeszcze kilkanaście lat temu, by tam dotrzeć, należało zapłacić odpowiednią kwotę rybakowi z Plaki. Okrążenie wyspy zajmuje niecałe pół godziny – rybak wypijał dwa piwa i drzemał w słońcu; raczej nie towarzyszył turyście w jego spacerze. Znał przyjemniejsze miejsca.

Dziś na Spinalongę w sezonie pływają łodzie pasażerskie nie tylko z Plaki. Także z Eloundy, nawet z Agios Nikolaios. Co kwadrans wysiada z nich kilkudziesięciu podróżnych zachwyconych urokliwą skalistą wysepką z pozostałościami weneckiego portu, ruinami weneckich domów i resztkami ścian, które kiedyś należały do mniejszych, skromniejszych zabudowań tureckich. Ze Spinalongi pięknie widać Kretę, a morze jest tu o wiele bardziej błękitne niż w kurortach na północnym zachodzie.

Uczestnicy zorganizowanych wycieczek zwykle doskonale wiedzą, do jakiego miejsca przybyli. O historii Spinalongi – tej rzymskiej, weneckiej, tureckiej i wreszcie tej budzącej dreszcz, dwudziestowiecznej – czytali w przewodnikach, słuchali podczas krótkiej podróży łodzią. Ci, co nie lubią zwiedzać w tłumie i samotnie spacerują wąskimi uliczkami wyspy, najbardziej ze wszystkich narażeni są na gwałtowną niespodziankę.

Główna ulica otoczona jest maleńkimi, potureckimi sklepikami o niezbyt skomplikowanej, wręcz nowoczesnej bryle. Odwiedzając jeden za drugim, zupełnie niespodziewanie trafiamy do miejscowego muzeum, a właściwie maleńkiej salki, w której witają nas stare gabloty, a w nich zardzewiałe strzykawki, pociemniałe słoje apteczne, niedomyte miednice i spękane baseny. Ta niecodzienna ekspozycja wybija rozleniwionych słońcem i morzem turystów z przyjemnego letargu, każe spojrzeć na niewielkie postery powieszone w kącie. Najpierw zobaczymy słabej jakości czarno-białe zdjęcia ludzi z twarzami poczerniałymi, pokrytymi naroślami wielkości orzecha, ludzi pozbawionych palców lub całych kończyn. Później rozpoznamy tło: tłum tajemniczych postaci zaludnia wenecką przystań, wypełnia tunel, którym dopiero co przecież przechodziliśmy, rozkoszując się przyjemnym chłodem. Powoli zaczynamy zdawać sobie sprawę, że poszukując wakacyjnych wrażeń zupełnie innej natury, znaleźliśmy się w miejscu, w którym jeszcze pięćdziesiąt lat temu funkcjonowała kolonia trędowatych. Bodaj przedostatnia w Europie[1].

Kilkunastoletnia Hiszpanka czyta w skupieniu podpisy pod zdjęciami postera. Powoli wyjmuje z uszu słuchawki IPoda, jej czarne oczy robią jeszcze większe i jeszcze śliczniejsze. Woła koleżanki opalające się przed budynkiem. Nie ma siły, nie podejdą do gabloty. Wciąż jeszcze, w dwudziestym pierwszym wieku, słowo „trąd” wywołuje strach. Większość zwiedzających reaguje jednak spokojniej. Wizyta w maleńkim muzeum zmienia nie do poznania. Rozbawione i głośne towarzystwo wyłaniające się z tunelu po przejściu przez pokój z gablotką zmienia się w zamyśloną, nieco zbitą z tropu kolumnę pielgrzymów, którzy niemal szeptem wymieniają teraz uwagi na temat dramatu, jaki miał miejsce na Spinalondze w pierwszej połowie ubiegłego wieku.

Ostatni trędowaty opuścił wyspę w 1957 roku. Na Krecie, także w Grecji lądowej, żyją jeszcze najmłodsi z wygnańców. Niewielu z nich od tego czasu odwiedziło to miejsce. Mało kto chce o nim opowiadać historykom. Greccy księgarze na pytanie o historyczne opracowania na temat Spinalongi wzruszają ramionami. Co bystrzejsi wciskają kolorowe foldery turystyczne lub bestseller Wyspa Victorii Hislop, nienajgorsze romansidło, istotnie dość bogate faktograficznie (niedawno ukazało się jego polskie wydanie). Na uniwersytecie kreteńskim w Rethymnonie powstaje doktorat o historii leprozorium. Bodaj pierwsza pełna monografia historyczna tego miejsca. Trudno uniknąć wrażenia, że Grecy Spinalongę najchętniej by zatopili. Od 1957 roku nikt na wyspie nie nocuje, nawet sympatyczna bileterka przypływa pierwszym statkiem i odpływa ostatnim. Gdyby nie parcie turystów i zyski, jakie czerpią przewoźnicy, najpewniej zamknęliby wyspę i próbowali zapomnieć. Nie lubią, gdy porównuje się Kretę do Filipin czy Indii, gdzie do dziś istnieją kolonie trędowatych.

Brak poważnych historycznych opracowań utrudnia nam stwierdzenie, w którym roku rozpoczął się exodus zarażonych trądem Greków. Najczęściej wskazuje się rok 1903, ale nie brakuje na wpół amatorskich relacji, wedle których aż do roku 1913 wyspę zamieszkiwała mniejszość turecka chroniąca się na Spinalondze przed represjami[2]. Chęć wysiedlenia tureckich imigrantów miała być jednym z zasadniczych powodów, dla których rząd grecki zdecydował się z początkiem wieku zamienić maleńką wysepkę na północno-wschodnim wybrzeżu Krety w miejsce zesłania trędowatych ukrywających się dotąd w górach i lasach otaczających Heraklion i Ierapetrę. Z czasem na Spinalongę trafiać zaczęli chorzy z całej Krety, a nawet z Grecji lądowej. Szacuje się, że do roku 1957 trafiło tam grubo ponad dwa tysiące osób. Aż do czasu wynalezienia pierwszego z serii leków (1941), które nie tylko pozwalały opóźnić skutki zarażenia trądem, ale także całkowicie wyleczyć niektóre z jego odmian, bilet w jedną stronę był dla zakażonego wyrokiem: jeśli nie śmierci, to dożywotniej separacji. Zarażone dzieci na zawsze opuszczały rodzinne domy, mężowie pozostawiali żony i rodziny, by – bez większej nadziei na wyleczenie – próbować organizować sobie nowe życie na wyspie. Wygnanie na Spinalongę nie wymagało od władz greckich stosowania najmniejszych form przymusu. Wystarczył strach: sąsiadów, współpracowników, także członków własnej rodziny. Człowiek, u którego lekarz stwierdził występowanie trądu, miał niewielkie możliwości wyboru. Jedną z nich była ucieczka do górskich jaskiń, bez prawa zbliżania się do zabudowań mieszkalnych i zwierząt hodowlanych, gdzie byłby zdany na łaskę niewielkiej grupy zazwyczaj najbliższych osób podrzucających mu o umówionych porach i w umówionych miejscach jedzenie i picie. Drugą możliwością było życie na wyspie: co prawda ograniczone do zaklętego kręgu dożywotnich wygnańców, ale przynajmniej w pewnym stopniu przypominające to, od którego został gwałtownie oderwany. Życie wśród innych ludzi i z innymi ludźmi. Cóż z tego, że już w latach 70. dziewiętnastego wieku wiadomo było, że trądem nie tak łatwo się zarazić, że potrzeba do tego kontaktu otwartych ran, że bliskość osoby zarażonej nie stanowi wielkiego ryzyka. Biblijna wizja trędowatego wołającego „Nieczysty! Nieczysty!” dla pobożnych Greków była wystarczającym ostrzeżeniem. Trąd nie był dla nich chorobą – był trwałym znamieniem grzeszności, tym bardziej przerażającej, że zaraźliwej. Spinalonga jest malutka. To właściwie wyspa-wzgórze. Na szczycie do dziś jeszcze podziwiać możemy potężne mury weneckiej fortecy. Między nimi a skalistym brzegiem wyspy, na tym w miarę płaskim pasie o szerokości kilkudziesięciu zaledwie metrów, trędowaci mieszkali, pracowali, uprawiali mikroskopijne ogródki warzywne, wypasali pojedyncze sztuki kóz i sadzili drzewka oliwne. Zrujnowane przez czas stare weneckie domy wraz z niezbyt ładnymi pozostałościami domów tureckich służyły im za mieszkania, sklepiki i pomieszczenia szpitalne. Wystarczyło przeprowadzić niewielki remont. Rzecz w tym, że ów niewielki remont przekraczał siły większości chorych. Trąd rozwija się powoli, czasem choroba ujawnia się w pełni po kilkunastu latach od momentu zakażenia. Niewinne białe plamki na nogach lub na twarzy nie przeszkadzają w codziennych czynnościach. Postępujące zwyrodnienie nerwów z czasem powoduje jednak przykurcze rąk i stóp, chory miejscowo traci czucie w kończynach. W takiej sytuacji łatwo o nieświadome poparzenia i zranienia, które – nie leczone – prowadzą do owrzodzeń i samoistnych amputacji palców. Taki los czekał prędzej czy później wszystkich mieszkańców wyspy. Przyniesienie wody ze zbiornika albo przygotowanie sobie posiłku może wówczas stanowić nie lada wyzwanie. O remoncie czy budowie domu w ogóle nie ma mowy. Te sprawy chorzy ze Spinalongi musieli często oddawać w ręce najemnych robotników z Plaki. Trzeba im jednak było zapłacić, i to o wiele więcej niż za pracę na stałym lądzie, podobnie jak pielęgniarkom i odwiedzającym wyspę lekarzom. Trzeba było zdobyć na to fundusze. Socjalistyczny rząd kreteński przyznał wygnańcom miesięczną rentę, początkowo w wysokości 30 drachm. Z czasem, dzięki staraniom kolejnych gubernatorów, wysokość zapomogi znacznie się podniosła. Pieniądze otrzymywane przez trędowatych budziły okrutną, ale i po części zrozumiałą zazdrość…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Prawa człowieka. Zawieszone do odwołania?