Czym są prawa człowieka?
Prawa człowieka to pewien termin techniczny, konkretna nazwa dla historycznego ujęcia problemu, który po prostu był, jest i będzie. I nawet, jeśli kiedyś wygaśnie język, którym mówimy o prawach człowieka, nie wygaśnie sam problem. Co najwyżej znajdzie sobie tylko inną nazwę. Podstawowym mitem odnoszącym się do idei praw człowieka mogłaby być przypowieść Jezusa, która daje odpowiedź na pytanie: kto jest moim bliźnim? Oto idzie Samarytanin i zauważa rannego. Etnicznie jest mu obcy. Ludzie, kierujący się na pierwszym miejscu właśnie jakąś swoją przynależnością, mijają go. Lecz Samarytanin dostrzega jego człowieczeństwo i okazuje się wobec niego bliźnim. To nie jest tylko zachęta do miłosierdzia. Samarytanin w tej przypowieści wychodzi poza wszelkie kategorie przyjęte w jego społeczności i poniekąd poza te w ogóle przyjęte w jego czasach. Uniezależnia świadomość człowieka od wszelkich uwarunkowań. I wiąże ją z odczuciem człowieczeństwa drugiego, które przebija się przez wszystkie bariery. To bardzo ważny tekst nie tylko dla wierzących. On jest w ogóle jakimś magistralnym tekstem dla refleksji o bezwarunkowości wspólnoty człowiek-człowiek. Natomiast jeśli chodzi o koncepcje tego, czym są prawa człowieka, można powiedzieć, że są dwie.
Jakie to koncepcje?
Pierwsza widzi prawa człowieka najszerzej. Utożsamia je z tym, co dyktuje miłość bliźniego. W tych kategoriach postrzega również przynajmniej niektóre relacje między jednostkami: jednostka powinna szanować prawa drugiej jednostki. To koncepcja „człowiek-człowiek”, ale może również dotyczyć grup, funkcjonowania społeczeństwa w swojej tkance, interakcji. To jest pewien etos, myślę, że bardzo cenny i potrzebny. Może na przykład skutecznie przeciwdziałać naruszaniu takich praw jednostek jak osobista dyskryminacja ze względów rasowych lub ze względu na orientację seksualną czy też dyskryminacja ze względu na przynależność do pewnej kultury – to wprawdzie już niby minęło, ale czy aby wszędzie i zawsze? Jeżeli chcemy zastosować kryteria, które zazwyczaj stosuje się, by badać, czy ktoś przestrzega praw człowieka właśnie na tym podstawowym poziomie relacji międzyosobowych, możemy go spytać, czy miałby coś przeciwko, gdyby jego sąsiadem został człowiek innej rasy. Albo jak zareagowałby, gdyby jego córka chciała stworzyć związek z taką osobą. Odpowiedź da nam wskazówkę co do tego, jakie są czyjeś osobiste predylekcje – a te mogą być szkodliwe, niezgodne z etosem praw człowieka, jeżeli kogoś wykluczają.
Nawet jeśli dzieje się to tylko na poziomie myśli?
Oczywiście, bo taka osoba naraża się na to, że wykształci w sobie taki rodzaj odpychania ludzi, który uczyni ją samą odpychającą. Nie możemy zajrzeć w myśli innego człowieka. On musi te myśli w jakiś sposób ujawnić – zwykle ujawnia je bardziej mówieniem niż działaniem. Czasem jednak od słowa do czynu droga nie jest daleka. Na skutek użycia pewnych słów ludzie również cierpią. Są przez nie sami uszkadzani i doznają urazów od innych, które z kolei niekorzystnie modyfikują ich własne zachowania. Świat poczynił pewien postęp w kierunku przestrzegania tego, by również słowem nie naruszać godności ludzi. Stąd ten, kto narusza godność innych, traci swoją. Zaczyna być widziany jako człowiek niepasujący. Oczywiście tutaj też trzeba uważać, by nie generować jeszcze więcej zła, reagując zbyt szybko, zbyt kategorycznie, zbyt ostro. Potrzebny jest dialog, który ludzi uspokaja – nie zaś potępienie. Ale sama wiele razy o tym pisałam, że istnieje granica tego, co mogę uprzejmie tolerować i starać się pokonać metodą dialogu. Ta granica jest w miejscu, w którym zaczyna się rasizm i antysemityzm.
A co o prawach człowieka mówi druga koncepcja?
Jest to podejście charakterystyczne między innymi dla Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, a przed nią także dla Komitetu Helsińskiego, który fundacji dał początek i wciąż zresztą istnieje. Opiera się na przekonaniu, że prawa człowieka są domeną stosunków między jednostką a władzą. I to władzą w zasadzie państwową lub upodabniającą się do państwowej. W tym rozumieniu obrońcy praw człowieka to obrońcy jednostki przed tyranią władzy. Użyłam mocnego słowa, ale w ogóle chodzi o zbyt daleko idące zakusy. Kazus tyranii jest szczególnie wyraźny, ale są i inne. Na przykład sytuacje, w których trzeba dochodzić, czy człowiek, który skarży się na naruszenie swoich praw, nie skarży się lekkomyślnie, nie domaga się rzeczy, które naruszyłyby prawa innych. Praworządność – to coś bardzo bliskiego, właściwie synonim ideału praw człowieka. Dlatego działanie Trybunału Konstytucyjnego, który bada konstytucyjność prawa i ewentualnie je koryguje, jest dla ruchu praw człowieka niezwykle ważne. Zakładamy, że konstytucja została tak napisana, że dobrze chroni prawa człowieka. Gdyby było inaczej, należałoby ją ulepszyć. W bieżącej działalności ustawodawczej trzeba po prostu pilnować, żeby była przestrzegana. Może właśnie dlatego obrońcy prawa człowieka są często prawnikami. I tak bardzo cenią sobie działalność Trybunału Konstytucyjnego.
Chrześcijaństwo i prawa człowieka
Jak doszło do związania się Pani z ruchem praw człowieka?
Byłam doradcą Komisji Robotniczej Hutników w Nowej Hucie. W początkowym okresie istnienia ruchu solidarnościowego bardzo ważne było znalezienie pewnych podstaw, możliwości odwołania się do praw obowiązujących w społeczności międzynarodowej, do czegoś, co skłaniałoby do opowiedzenia się po naszej stronie. Rozglądając się za czymś takim, ktoś z hutników zwrócił uwagę na mój minireferat opublikowany w „Znaku” na temat „Kościół a prawa człowieka”. Uznał mnie – na słabej podstawie – za kogoś, kto się na tym zna. Chociaż był to krótki, informacyjny i oparty na tłumaczeniu tekst, doczekał się pewnego zainteresowania, dlatego że był wtedy aktualny. Bo poprzez kontekst kościelny wskazywał na ruch obrony praw człowieka.
Zbyt rzadko podkreśla się, że „Solidarność” w tym ruchu znalazła szczególnie mocny oddźwięk. W tym okresie pontyfikatu Jana Pawła II Kościół rzymskokatolicki uznał, że prawa człowieka są jedne – że nie ma „katolickich praw człowieka” i jakichś innych, na przykład „laickich” lub „lewicowych”. Są po prostu prawa człowieka. I zaczął o nich mówić tym samym językiem co przedstawiciele międzynarodowego ruchu obrony praw człowieka. W wypowiedziach Jana Pawła II można znaleźć echa Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, choć Deklaracja mówi językiem nieco innym niż Kościół: na przykład w Kościele częściej mówi się o prawach osoby, a tu dochodzi już określona filozofia. Z kolei na płaszczyźnie ogólnoludzkiej częściej mówi się o prawach człowieka. Ale w praktyce człowiek ten jest widziany tak, jak Kościół widzi osobę. Jest to więc głównie różnica słownikowa, a nie merytoryczna.
W jaki sposób rozkładają się poszczególne akcenty w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, a jak w koncepcji osoby?
Katolicka koncepcja praw człowieka, nawiązująca do katolickiej nauki społecznej ma jakby bardziej wspólnotowy charakter niż koncepcja ogólnoludzka, w której broni się zwłaszcza jednostki. Uczestnicząc we wspólnym działaniu, można wybrać pewne akcenty, które dla kogoś szczególnie się liczą. My po prostu zauważamy, jak bardzo człowiekowi potrzebna jest wspólnota. Chrześcijaństwo kładzie na to akcent i wobec tego więcej o tym mówi, podczas gdy w ujęciu ogólnoludzkim więcej mówi się o prawach jednostki. Ale jedno z drugim nie jest wcale sprzeczne, ponieważ aby zaistniała wspólnota, muszą być przede wszystkim szanowane prawa jednostki. Tylko jednostka, której prawa są respektowane, ma swobodę wchodzenia we wspólnotę. Optymalna sytuacja to taka, w której ludzie mający różne dodatkowe źródła swojego „przylgnięcia” do praw człowieka współpracują w pełnej harmonii, szanując wzajemnie swoje różnice, jak przystało obrońcom praw człowieka.
Jakie zatem były Pani źródła „przylgnięcia”?
Położyłam w sobie fundament, wybierając chrześcijaństwo jako swój świat. Natomiast w praktyce okazało się, że wiedza o prawach człowieka jest po prostu potrzebna ludziom, z którymi współpracowałam w Nowej Hucie. Kolejnym etapem było zetknięcie się [EW. DATA?] z Komitetem Helsińskim, już wtedy istniejącym i prowadzącym działalność konspiracyjną w Warszawie w bliskiej łączności ze strukturami „Solidarności”. Jego współpracownicy wkrótce doszli do wniosku, że chcieliby mieć w swoim gronie osoby, które mogą się przydać do pisania tekstów. Nie był to jednak jedyny powód, dla którego zostałam doproszona do Komitetu Helsińskiego: w dotychczasowym składzie brakowało też osób postrzeganych jako bliskie Kościołowi. Wciągnęłam się w to prędko i zostałam. Nabywałam konkretną wiedzę z pogranicza prawa i etyki, nie w szkole, która potem założyliśmy, ale niczym terminator u szewca. Nigdy nie uczyłam się na pamięć dat, paragrafów i konwencji, które stanowią obecnie europejskie narzędzie ochrony praw człowieka. Dowiedziałam się natomiast fundamentalnych rzeczy: czym są prawa człowieka w ogóle oraz czym są w szczególności dla ruchu helsińskiego.
Które kwestie wydają się tu Pani szczególnie ważne? Prawa człowieka nie przypadkiem nazywane są prawami. Chodzi bowiem o to, co się należy. Groźne jest, kiedy uzależnia się posiadanie praw, zwłaszcza praw człowieka, od tego, czy ktoś spełnia obowiązki. Niestety jest to pogląd wciąż szeroko reprezentowany. To założenie, że społeczeństwo zawiera z jednostką układ o wymianie: ty będziesz robić, co do ciebie należy, a my ci przyznamy, co należy się tobie; jeśli przestaniesz robić to, co masz robić, to odejmiemy ci nie tylko te przywileje, które rzeczywiście mają charakter nagród, ale również i podstawowe prawa. Istotą praw człowieka jest asymetria w tym względzie. Jest ona konieczna, aby prawa jednostki były przestrzegane i aby można było na tym obszarze swobodnie się poruszać. To jest najważniejsza, podstawowa intuicja. Powszechność praw człowieka oznacza, że mają je wszyscy niezależnie od spełniania obowiązków….