AGNIESZKA ATAŁAP
Z powodów osobistych od czternastu lat siłuję się z losem, próbując zrozumieć świat osób niepełnosprawnych umysłowo, zwłaszcza tych upośledzonych głęboko, z zaburzeniami komunikacji, a więc najtrudniejszych w kontaktach. Jedyną odpowiedzią, jaką znajduję, jest ciągłe potwierdzenie, że ten świat jest dla mnie, dla nas, ludzi z normą intelektualną, niedostępny. Nasza wrażliwość, wiedza, życzliwość, miłość nawet, doświadczenia, silna wola i ciężka praca nie są narzędziami wystarczającymi do poznania tego świata, nawet jeśli osoba niepełnosprawna wykazuje wolę komunikowania się i nawet jeśli jest w stanie to robić w jakimś zakresie, a jej reakcje emocjonalne i społeczne są dla nas czytelne. Współczesna psychologia i filozofia idą nawet dalej, podając w wątpliwość możliwość wzajemnego poznania w ogóle, czego wyrazem jest założenie subiektywności poznania, a zatem poznanie tylko i wyłącznie przez pryzmat nas samych. Nawet w wypadku osób o podobnych nam warunkach rozwoju i z podobnych środowisk dotykamy zaledwie wątków, które jakoś tam są nam bliskie, wspólne, które próbujemy wprawdzie opisać i przyswoić, jednak obraz, jaki uzyskujemy, jest zaledwie subiektywną interpretacją, z konieczności odwołującą się do symboli i znaków uniwersalnych, czyli do niedoskonałego języka, który jako zunifikowany nie jest w stanie wyrazić tego, co najbardziej prywatne, indywidualne, nasze i na zawsze ukryte.
Zwłaszcza że pewna część tego, co ukryte, pozostanie tajemnicą także dla nas samych.
Tajemnicę tę w jakiejś części pomagają nam odkryć przed nami samymi osoby niepełnosprawne umysłowo. Jako mama dziecka niepełnosprawnego umysłowo w stopniu głębokim, z zaburzeniami komunikacji, po czternastu latach zmagań, po przejściu zapewne wszystkich etapów dojrzewania do niełatwego rodzicielstwa wiem, że mój syn ciągle uczy mnie samodyscypliny i hardości, pomaga mi porządkować hierarchię wartości i organizować się w trudnych chwilach.
Jednak niezwykłą wartością dodaną, która może być wartością nie tylko dla rodzica osoby niepełnosprawnej umysłowo, jest odkrywanie siebie samego, a poprzez siebie – jakiejś prawdy o życiu w ogóle. Z mojej perspektywy jednak jest to o wiele ostrzejsze ze względu na konieczność codziennego identyfikowania się z niepełnosprawnością, która stała się częścią mnie i mojego życia. Doświadczenie i cierpienie z tego wynikające, które na drodze od kompletnej dezintegracji w zderzeniu z objawieniem trudnej prawdy aż do nowej wewnętrznej integracji, którą ktoś nazwał konstruktywną akceptacją, było nieraz moim udziałem (czas przeszły jest tu wciąż być może nieuprawniony), obnażyło małostkowość, egoizm, powierzchowność mojego dotychczasowego świata, współgrającego przecież z hedonistyczną, ekspansywną, pędzącą współczesnością, rozprawiło się z moim wyobrażeniem szczęścia, sprowokowało w końcu do pogłębionej, bolesnej nawet refleksji religijnej i światopoglądowej, zmuszając ostatecznie do porzucenia pytania o sens życia i cierpienia. W pewnym momencie okazało się czarno na białym, że jestem prochem marnym, który nagle paradoksalnie odnalazł w tym wszystkim poczucie godności i który dostrzegł, że największymi wartościami są być może te pozornie najmniejsze, jak oddech, cisza, bliskość czy świt.
Mnie zapewne łatwiej takie prawdy odkrywać i ciągle potwierdzać, gdyż przeglądam się tym lustrze na co dzień. Ale osób niepełnosprawnych umysłowo nie brak wokół nas. Nie nauczą świata tolerancji, zrozumienia dla cierpienia, słabości, inności, brzydoty czy dziwaczności, nie nauczą świata empatii. Ale zawsze będą lustrem, w którym każdy, kto ich spotka na swojej drodze, będzie musiał się przejrzeć. Także dlatego że o wiele łatwiej, niż się powszechnie wydaje, niepełnosprawność może wkroczyć w nasze życie i odmienić wszystko.
Agnieszka Atałap, mama Szymka (14 lat) niepełnosprawnego umysłowo w stopniu głębokim i Kasi (7 lat) niepełnosprawnej umysłowo w stopniu bliskim dolnym rejestrom normy.
STANISŁAW KRAJEWSKI
Moje spotkanie z Danielem, który ma zespół Downa, jest jednym z najważniejszych wydarzeń w moim życiu. Właściwie to nie tyle spotkanie, ile życie. Moje życie i jego. Daniel jest moim synem.
Wśród wielu nauk, które zawdzięczam Danielowi, są lekcje akceptacji, pokory, lekcja „intelekt to nie wszystko”, lekcje niewinności, ufności, miłości.
Lekcja akceptacji. Narodzenie Daniela było ciosem. Gdy dowiedziałem się o jego upośledzeniu, w holu szpitala, przez telefon, usiadłem na ławce, czując, że nie mogę ruszyć się z miejsca. Wiedziałem, że nie ruszę się, póki nie zdołam zaakceptować nowej sytuacji. Od tego momentu moje życie miało wyglądać inaczej i musiałem zrozumieć, że to jest nie abstrakcyjny problem, ale moje życie. Musiałem przeformułować wewnętrzne nastawienie do życia: otrzymałem niespodziewanie nowe, ciężkie buty i odtąd miałem chodzić tylko w nich. Musiałem się z tym pogodzić, by móc kontynuować wszystkie dotychczasowe zajęcia. Ten proces wstępnej akceptacji dokonał się w szpitalnym holu. Potem były kolejne jego etapy, ale zawsze wiedziałem, że mam te ciężkie buty. To początkowe przestawienie nie trwało długo – może dwadzieścia minut. (Nie mam pojęcia, dlaczego akurat mnie udało się tak szybko uporać z tym problemem).
Lekcja pokory. Zanim Daniel się urodził, miałem mocne, choć nigdy niewerbalizowane poczucie, że ludzie upośledzeni, a zwłaszcza ludzie upośledzeni umysłowo, nie należą do mojego świata. Gdy spotykałem kogoś takiego na ulicy, odwracałem głowę. Oczywiście nigdy bym nie powiedział nic przeciwko nim ani z pogardą. Czułem jednak – uświadomiłem to sobie naprawdę dopiero po narodzinach Daniela – że moje życie upływa wśród ludzi normalnych i mogę frunąć, ignorując tych biedaków, którzy są dotknięci upośledzeniem, oraz ich przygwożdżonych nieszczęściem bliskich. Nagle wszystko uległo zmianie. Ja stałem się – nieodwołalnie, na zawsze – częścią owego gorszego świata. Poczułem, że moja pycha została ukarana. To uczucie, że jestem karany za dawniejszą nieczułość, pojawiało się i nadal pojawia. Wiem, że jest to kara zasłużona. (Dla wyjaśnienia: nie mówię, że Daniel jest karą, a tym bardziej że został zamierzony jako kara, ale tylko to, że tak to odczuwam i że było za co mnie karać).
Lekcja „intelekt to nie wszystko”. Obracałem się w środowisku intelektualistów. Tak jest zresztą nadal. Rodzice byli naukowcami, ja jestem naukowcem. Intelekt był dla mnie tak wysoką wartością, że często wiele innych wartości usuwał w cień. Nie wyobrażałem sobie, że w stosunkach z ludźmi, a co dopiero z bliskimi, pojawi się zupełnie inna hierarchia wartości. Tymczasem wychowywanie Daniela pozwala mi zrozumieć, jak trudno może być komuś pojąć abstrakcje – nawet tak elementarne jak to, że następują po sobie kolejne epoki – a zarazem jak mało to wpływa na zasadniczą ocenę wartości człowieka. Daniel nieraz mnie przygnębia niemożnością zrozumienia prostych spraw, ale wiem, że jest to kwestia drugorzędna. Oczywiście nadal bardzo wysoko cenię intelekt i osiągnięcia intelektualne, ale moja hierarchia ocen jest szersza, pełniejsza, bardziej ludzka. (Dodam, że Daniel jest bardzo rozwinięty emocjonalnie, w gruncie rzeczy bardziej dojrzały niż prawie wszyscy ludzie – mówię o dorosłych – których znam).
Lekcja niewinności. Daniel podchodzi do życia wprost, w sposób otwarty, naiwnie. Dobro i zło traktuje dosłownie. U innych ludzi nieraz mnie to denerwuje, u Daniela nigdy. Jego niewinność jest rozbrajająca, bo jest wyrazem czystego serca. Zakłada, że wszyscy są dobrzy, choć niby wie – z opowiadań, z seriali kryminalnych – że bywają „źli ludzie”. Boimy się, że ktoś może go wykorzystać, oszukać, skrzywdzić. Ale jednocześnie z podziwem patrzę, jak Daniel potrafi uruchomić to, co w ludziach najlepsze: zakłada, że ktoś jest dobry, a to powoduje, że ta osoba okazuje dobroć. Dla mnie taka czystość nastawienia, taka ufność nie są możliwe: zbyt wiele widzę ukrytych motywów, negatywnych uczuć, majaczących na horyzoncie rozczarowań. Jednak w głębi duszy wiem, że to Daniel ma rację. Świat byłby lepszy, gdyby wszyscy byli w stanie odnosić się do innych tak jak Daniel. (Dodam, że nie jest on już dzieckiem, ma dowód osobisty).
Lekcja ufności. Ufność do ludzi nie wyczerpuje zasobów ufności obecnych w Danielu. Daniel przejawia ufność metafizyczną. Jest to postawa w jakimś sensie religijna. Przejawia się też w naszym rodzinnym życiu religijnym. Daniel uczestniczy na przykład w świętach żydowskich z entuzjazmem, który może inspirować. Tak niewiele rozumie z teologii, historii, tekstów religijnych. A jednak uczestniczy naprawdę. Gdy powiada: „Jak ja kocham Torę”, każe mi się zastanowić nad moją religijnością. Gdy kilka lat temu miał w synagodze bar micwę, wypowiadał błogosławieństwa z taką mocą, że wiele osób poczuło dreszcz. Dzięki Danielowi widzę, jak relatywną wartość mają dogmaty, wiedza, rygor. Ważniejsza jest ufność, która jest wiarą. Przyoblekają się w konkret – w mojego syna! – chasydzkie opowieści o prostaczku, który nie umiał czytać, więc recytował alfabet, by Bóg sam złożył modlitwy. (Dodam, że oczywiście nie proponuję porzucenia studiowania tradycji, bo to pozostaje w centrum judaizmu i jest ważne dla mojej religijności).
Lekcja miłości. Kocham mego syna Daniela. Każdy, kto ma dzieci, dokładnie wie, o czym mówię. Zarazem w odniesieniu do Daniela odczuwam coś jeszcze. Naddatek. Nie wiem, skąd się on bierze. Może chodzi o brak samodzielności, o zależność od rodziców, która trwa nawet po przekroczeniu wieku dziecięcego, może o to, że Daniel nie dorasta, w sensie społecznym, że nie stara się zdobyć niezależności poprzez przeciwstawianie się ojcu – co jest procesem bolesnym, ale normalnym, który znam z relacji z moim wspaniałym skądinąd starszym synem Gabrielem. Jakiekolwiek są powody, wrażenie naddatku uczuć musi być częste, bo czasopismo środowiska rodzin osób z zespołem Downa nazywa się „Bardziej kochani”. Tak, Daniel uczy mnie bardziej kochać. (Muszę dodać, że nikomu nie życzę tych wszystkich lekcji. Są też niewesołe aspekty naszej sytuacji, o których nie wspomniałem. Bo z powodu Daniela moje życie stało się trudniejsze. Ale czy gorsze? Żadną miarą!)
Stanisław Krajewski, filozof i matematyk, współprzewodniczący Polskiej rady Chrześcijan i Żydow
JAN MŁYNARCZYKZ osobami niepełnosprawnymi intelektualnie, przez czterdzieści kilka lat mego życia, nie miałem właściwie kontaktu. Był jakiś wujek w dalszej rodzinie trochę „niedorozwinięty”, ale jako dziecko starałem się go unikać. Obawiałem się jego zbytniej wylewności. Obok mojej szkoły podstawowej mieszkał chłopiec (we wspomnieniach rozpoznaję w nim zespół Downa), którego zapamiętałem, gdyż nazywał się Adam Mickiewicz. Pamiętam, że jako 10-, może 12-latek czułem pewien niesmak, że rodzice dali mu imię naszego wielkiego wieszcza. Krępowało mnie, gdy koledzy zachęcali Adasia, by opowiadał, jak mama robi ciasto. To była jego ulubiona kwestia. Charakterystyczne brzmienie tego opowiadania zapamiętałem na całe życie i dziś odnajduję je w opowieściach mojej córki i jej szkolnych kolegów. Nasza córka Malwina pojawiła się w naszej rodzinie dość nagle, za sprawą „Ekspresu reporterów” w TVP2. Jej niepełnosprawność, która była przyczyną odrzucenia Malwinki przez rodzinę, miała jakąś magnetyczną moc przyciągania. Tak że przypadkowa dość informacja o porzuconym dziecku w ciągu kilku zaledwie dni obudziła w nas nieodparte pragnienie bycia z nią. Pokochaliśmy Malwinkę. Adoptowanie jej zburzyło większość naszych wcześniejszych planów. Niepełnosprawność, choć u małego dziecka z zespołem Downa jeszcze niezbyt rzeczywista, wyzwoliła w nas siły do podjęcia się z radością rehabilitacji. Sił tych, mimo poważnych trudności z dwójką starszych dzieci, starczyło na ładnych parę lat intensywnych ćwiczeń. Weszliśmy w inny świat. Okazało się nagle, że wielu naszych bliższych i dalszych znajomych robi coś na rzecz osób niepełnosprawnych. Są nauczycielami w szkole specjalnej, pracują w warsztatach terapii zajęciowej czy są wolontariuszami. Właściwie wiedzieliśmy to wcześniej, ale teraz fakt ten nabrał znaczenia. Znaleźliśmy się w przyjaznym i kompetentnym środowisku. Środowiska ludzi związanych z osobami intelektualnie niepełnosprawnymi, ich rodziców, przyjaciół, terapeutów przenikają się z innymi. W pracy, szkole, kościele na osiedlu – ale problemy są w większości odmienne. Inne radości, inne sukcesy. Dziecko z wrodzoną niepełnosprawnością jest w zasadzie „skazane na sukces”. Każdy postęp, każda nowa umiejętność przekracza oczekiwania otoczenia i jest powodem wielkiej radości dziecka, rodziców i nauczycieli. Niezwykle ważne jest, żeby dziecko intelektualnie niepełnosprawne trafiło do dobrej szkoły. Pewnie ważniejsze niż w przypadku dziecka wybitnie zdolnego. Gdy Malwinka osiągnęła wiek szkolny, z drżeniem serca udaliśmy się do poradni psychologiczno-pedagogicznej, która miała określić stopień jej intelektualnego upośledzenia. Jakież było zdziwienie personelu poradni, gdy nie ukrywałem mojej radości z przekazanego mi „wyroku”: „Niestety, to nie jest upośledzenie w stopniu lekkim, lecz umiarkowanym”. Tak, cieszyłem się, bo to orzeczenie otwierało Malwince drzwi do wspaniałej szkoły: Zespołu Szkół nr 26 im. ks. Józefa Tischnera w Toruniu. Do Zespołu należą trzy szkoły specjalne: podstawowa, gimnazjum oraz szkoła przysposabiająca do pracy. Szkoła przyjmuje uczniów z upośledzeniem umiarkowanym, znacznym i głębokim. Dlatego tak ucieszyłem się z zakwalifikowania córki. Z jak wielką radością ona do tej szkoły chodzi! Trudno się temu dziwić, gdy poznaje się nauczycieli. Mimo trudnej sytuacji lokalowej zespół oddanych i kompetentnych pedagogów tworzy wyjątkowe warunki do nieustannego rozwoju każdego dziecka w jego indywidualnym tempie. Wszystko to w rodzinnej, pełnej miłości atmosferze. Tam naprawdę warto posiedzieć na korytarzu, żeby odzyskać wiarę w człowieka. Szkoła podstawowa i gimnazjum mają już swoją wieloletnią historię. Natomiast trzecia ze szkół zespołu – przysposabiająca do pracy – „wypuściła” w 2006 roku pierwszych absolwentów po trzech latach nauki. Poprosiłem dyrekcję szkoły, aby jednego z absolwentów skierowała do pracy w mojej firmie. Gdy pierwszy raz odwiedziłem szkołę przysposabiającą do pracy, odniosłem wrażenie, że żaden ze spotkanych tam młodych mężczyzn nie jest w stanie przystosować się do rygorów panujących w przedsiębiorstwie. Tym bardziej jednak chciałem spróbować. Jako zapalony eksperymentator byłem niezmiernie ciekaw wyniku. Założyłem sobie, że pojawienie się niepełnosprawnego intelektualnie pracownika powinno przynieść owoce przynajmniej w dwóch ważnych dla firmy aspektach. Po pierwsze, zmusi firmę do uporządkowania procedur w taki sposób, aby można było dla nowego pracownika wydzielić te, z którymi będzie w stanie sobie poradzić. W małej firmie, w której wszyscy robią wszystko, takie uporządkowanie może być bardzo korzystne, ale i bardzo trudne do przeprowadzenia. Po drugie, obecność osoby niepełnosprawnej powinna niejako samoczynnie poprawić relacje pomiędzy pracownikami w firmie. Głównie z powodu pojawienia się wyraźnego układu odniesienia dla dotychczasowych problemów w komunikacji między nimi. Były to założenia teoretyczne, które pragnąłem sprawdzić w praktyce. Łukasz pojawił się w firmie w czerwcu 2006 roku w towarzystwie swego nauczyciela. Był 25-letnim absolwentem szkoły przysposabiającej do pracy, upośledzonym w stopniu znacznym i jednocześnie, co wyjątkowe u osoby z zespołem Downa, silnym i fizycznie sprawnym. Łukasz nie opanował sztuki czytania i pisania, mówienie też nie przychodzi mu z łatwością. Rozumienie jego wypowiedzi wymaga od rozmówcy sporego wysiłku. Zatrudniając niepełnosprawnego pracownika, nie korzystałem z żadnych dotacji związanych z tworzeniem tzw. miejsca pracy. Kontakt z urzędnikami, którzy o tym decydują, oraz wypełnianie stosów dokumentów kosztowałoby mnie więcej niż wartość ewentualnej dotacji. Łukasz został zatrudniony tak jak każda osoba posiadająca dowód osobisty. Podpisaliśmy umowę, zapoznał się z zasadami pracy i wynagradzania. Inspektor BHP przeszkolił nowego pracownika bardzo starannie, przygotowawszy wcześniej do szkolenia specjalny program i pomoce. Wynagrodzenie Łukasz otrzymuje jak każdy pracownik przelewem na konto bankowe. Od strony administracyjnej jego etat różni się jedynie nieco krótszym czasem pracy. Od kilku miesięcy korzystam też z refinansowania przez PFRON składki ZUS. U podłoża mojej decyzji o zatrudnieniu Łukasza była oczywiście pomoc skierowana ku środowisku osób niepełnosprawnych intelektualnie. Chciałem stworzyć pozytywny przykład, zachęcający innych przedsiębiorców do zatrudniania takich osób. Jednak dodatkowo pragnąłem podzielić się z innymi moim osobistym odkryciem bogactwa przeżyć, jakie daje kontakt z osobą niepełnosprawną. Obawiałem się, jak ułożą się relacje pracowników firmy (głównie młodych mężczyzn) z nowym kolegą. A właściwie niepokoiłem się o to, że będę musiał poświęcić w początkowym okresie dużo czasu na pomoc w kontaktach Łukasza z innymi pracownikami. Moja pomoc okazała się w praktyce zupełnie niepotrzebna. Myślę nawet, że byłaby szkodliwa. Dzisiaj, gdy minęło już półtora roku od zatrudnienia niepełnosprawnego intelektualnie pracownika, mogę spróbować ocenić, w jakim stopniu udało mi się zrealizować wcześniejsze założenia. Niestety, wpływ zatrudnienia Łukasza na organizację pracy był minimalny. Nasz nowy pracownik po prostu szybko dostosował się do panującego bałaganu i istniejącej rutyny. Jego obecność nie wymusiła zmian. W wykonywaniu czynności, które mu na samym początku przydzielono, dość szybko się wyspecjalizował i stał się niezbędnym ogniwem dotychczas istniejącego procesu technologicznego. Firma nasza zajmuje się przede wszystkim naprawą określonych części samochodowych. Otrzymane do naprawy podzespoły trzeba najpierw rozebrać i przygotować do umycia w specjalnym urządzeniu. To właśnie ten demontaż jest domeną Łukasza. Inne zadania, które od czasu do czasu otrzymuje do wykonania, są jedynie odskocznią, rozrywką w żmudnym wykonywaniu pracy. Nie byłoby rozsądne kłaść na barki niepełnosprawnego pracownika odpowiedzialności za jakość gotowych produktów czy usług opuszczających warsztat, mimo że wielu prac wykończeniowych Łukasz mógłby się nauczyć. Ale demontaż? W tym się naprawdę można wyżyć. Nie tylko w naszej działalności jest to dziedzina, która pracownikom niepełnosprawnym sprawia dużo satysfakcji. Łukasz w rozbieraniu przegubów równobieżnych jest naprawdę dobry. I ważne jest, że o tym wie. Wie, że jest potrzebny. Gdy się gdzieś zawieruszy, koledzy szukają go, jeśli jest kolejna praca do wykonania. Skierowane do klienta zdanie: „Zaraz przyjdzie kolega, rozbierze to i oszacujemy uszkodzenie”, jest prawdziwą pochwałą jego pracy. Kolega zresztą zjawia się po chwili, w kombinezonie umorusanym jak należy, chwyta wyjętą z auta część imponująco umorusanymi dłońmi, zamienia kilka słów z kierownikiem działu w języku niezrozumiałym dla obserwatora i wychodzi. Wielokrotnie widziałem zdumienie na twarzach klientów, nikt z nich jednak nigdy nie uczynił na temat Łukasza żadnej uwagi. Jego obecność stała się dla osób odwiedzających firmę w krótkim czasie naturalna, a dodać należy, że zespół Downa jest u naszego kolegi wyjątkowo rozpoznawalny. To prawda, że czasami Łukasz bywa irytujący, szczególnie gdy nachodzi go ochota do żartów w najmniej odpowiednim momencie, na przykład gdy trzeba szybko wykonać pilną pracę. Ale kto z nas nie ma wad? Jeżeliby w firmie nie było miejsca dla Łukasza, to dlaczego miałoby być miejsce dla Mateusza, który ciągle się zwalnia, bo ma chore dziecko, czy Przemka, którego terapię w ośrodku leczenia uzależnień cierpliwie znosimy. Nie, w procesie wykonywania pracy w naszej firmie Łukasz nie sprawia problemów większych niż inni pracownicy. Realizacja drugiego z moich wcześniejszych założeń – poprawa relacji między pracownikami w firmie – przebiega pomyślnie, choć też inaczej, niż się spodziewałem. Zdarzały się oczywiście pewne perturbacje, ale wynikały one głównie z niezrozumienia przez nowych kolegów Łukasza innego sposobu odbierania i przekazywania emocji. Tego jednak po kilku próbach szybko się nauczyli. Oto przykłady: Nasz nowy pracownik przybiegł do swego opiekuna (bardzo szybko nawiązał dobry kontakt ze swym bezpośrednim przełożonym) z żądaniem natychmiastowego wezwania policji, od której oczekiwał zakucia w kajdany tokarza o imieniu Krzysztof. Ponieważ szef Łukasza miał problem ze zrozumieniem jego emocjonalnych wypowiedzi przyszedł do mnie po pomoc. Okazało się, że ciekaw nowych miejsc nowicjusz zbliżył się, mimo zakazu, do pracującej maszyny i wspomniany Krzysztof dość gwałtownym ruchem go od niej odsunął. Taki gest Łukasz odebrał jako skierowaną w swoją stronę agresję i nie na żarty się przestraszył. Nie próbowałem ingerować w relacje moich pracowników, a już w szczególności przeprowadzać wspólnych przesłuchań. Uważam, że obaj w zaistniałej sytuacji zareagowali prawidłowo. Łukasz tego dnia nie był już w stanie pracować, a z relacji jego mamy wiem, że i w domu nie mógł sobie znaleźć miejsca. Następnego dnia, wchodząc do hali maszyn, zastałem Łukasza w objęciach Krzysztofa poklepującego młodszego kolegę po plecach swym wytatuowanym ramieniem. Gdy podszedłem bliżej, usłyszałem cichy i nieśmiały głos tokarza: „Ja też cię bardzo lubię, Łukasz”. Do dziś panowie okazują sobie co dzień wiele sympatii. Krzysztof od tamtego czasu zrobił się dużo milszy i chyba lepiej mu się układa w rodzinie. Innemu z pracowników, Marcinowi, życie kompletnie się nie układa, opuściła go żona, stracił prawo jazdy, a do tego w pracy upośledzony kolega od dwóch dni wykrzykuje w jego kierunku określenia „debil” i „idiota”. Znosił to Marcin cierpliwie przez wspomniane dwa dni, ale gdy nie minęło, poprosił mnie…