Subskrybuj
Poeta, publicysta. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Znakiem”. Nakładem Wydawnictwa Znak właśnie ukazała się jego książka „Tischner. Biografia”, a w 2019 r. „Dziennik końca świata”. Wydał też m.in. tom miniesejów „Sto lat. Książka życzeń”...

Milczący nauczyciel

Pojawienie się dziecka z upośledzeniem umysłowym jest zawsze wyzwaniem dla rodziny. Radość miesza się z buntem, miłość z rozczarowaniem. Większość rodziców musi odbyć swego rodzaju żałobę po „stracie” zdrowego dziecka. Niektóre małżeństwa z tego powodu rozpadają się: mężczyzna nie jest w stanie zaakceptować„zdeformowanego” syna, kobieta czuje się zraniona, „niepełnowartościowa”, podświadomie szuka winy w partnerze...

W sierpniu 1986 roku katolicki duchowny i intelektualista, autor wielu poczytnych książek, wykładowca kilku prestiżowych uczelni, Henry J. M. Nouwen zdecydował się zamieszkać we wspólnocie Arki w Toronto, noszącej nazwę „Daybreak” („Świt”). Miał wówczas 54 lata, ustaloną pozycję w świecie akademickim, traktowany był jako autorytet w sprawach duchowości. Wspólnota poprosiła go jednak, żeby przez kilka godzin dziennie zajmował się Adamem, głęboko upośledzonym 25-letnim mężczyzną, który nie mówił, z rzadka wyrazem twarzy sygnalizował, co czuje, wymagał pomocy we wszystkich codziennych czynnościach – rozbieraniu, ubieraniu, chodzeniu, jedzeniu, myciu i korzystaniu z ubikacji – a na dodatek miewał ataki epilepsji.

Pisał Nouwen:

Na początku bałem się przebywać z Adamem. Był tak delikatny, że bez przerwy martwiłem się, czy nie robię czegoś nie tak. Stopniowo jednak poznałem i pokochałem tego nieznajomego. Kiedy go kąpałem, myłem mu zęby, czesałem, podawałem śniadanie i mówiłem do niego tak, jakby mógł mnie całkowicie rozumieć, moje obawy stopniowo mijały, zastępowane przez uczucia czułości i troski. Zaczynałem nawet tęsknić za nim, gdy nie było mnie przez kilka dni. Kiedy wracałem, cieszyłem się, po prostu siedząc z nim, głaszcząc go po twarzy lub bawiąc się jego palcami. Tak oto nieznajomy stał się przyjacielem.

Czas spędzony z Adamem i fakt, że był on zupełnie zdany na innych, sprawiły, że Nouwen zaczął na nowo rozmyślać nad tym, czego nauczył się podczas studiów teologicznych. Poczuł, że musi raz jeszcze postawić sobie kilku zasadniczych pytań: kim jest Bóg i w jaki sposób objawia się w Adamie, co decyduje o naszym człowieczeństwie, jaką rolę w naszym życiu (i wierze) odgrywa ciało, czym jest przyjaźń, wspólnota, prawdziwy rozwój duchowy, i tak dalej. W obecności Adama zaczął powoli ogołacać swój umysł, porządkować świat swoich emocji, pozbywać się mądrości budowanej „za biurkiem” na rzecz mądrości wypływającej z relacji. W pewnym momencie uświadomił sobie, że sposób bycia Adama – radykalna bezbronność – był także sposobem bycia Jezusa. „Adam był najmniej kontrolującym, a zarazem najbardziej zależnym przewodnikiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem. Wyraźnie wzywał nas do uwierzenia, że współczucie, a nie współzawodnictwo, jest drogą do wypełnienia naszego ludzkiego powołania”.

Pewnego dnia odwiedził Nouwena w „Daybreak” zaprzyjaźniony duchowny. Kiedy dowiedział się, jakie są jego obowiązki w Arce, i kiedy poznał Adama, bardzo się zdenerwował. „To po to opuściłeś uniwersytet?! Zostaw to zajęcie tym, którzy mają do niego przygotowanie. Naprawdę, możesz zrobić lepszy użytek z własnego czasu”. Nouwen czuł się zakłopotany, a przyjaciel zasypywał go kolejnymi wątpliwościami. Po co zajmować się ludźmi głęboko upośledzonymi, gdy tylu pełnosprawnych żyje w skrajnym ubóstwie? Czy nie lepiej poświęcić czas i siły na rozwiązywanie wielkich problemów, przed jakimi stoi ludzkość? „Nie odpowiedziałem na pytania mojego przyjaciela”, wspominał później Nouwen. „Nie spierałem się ani nie podejmowałem dyskusji z jego >>argumentami<<. Szybko zdałem sobie sprawę, że on nie widzi tego Adama, którego ja widzę”.

Myślę, że wielu z nas nosi w sobie wątpliwości podobne do tych, jakie wyraził przyjaciel Nouwena. Kto wie, czy nie ogarnęłyby one samego Nouwena, gdyby zamiast cichego i bezbronnego Adama spotkał w Arce uciążliwego gadułę lub kogoś cierpiącego nie tylko z powodu niepełnosprawności, ale też na przykład ciężkiej psychozy. Świat osób z upośledzeniem umysłowym – a piszę to jako ktoś, kto ma wielu takich przyjaciół, ale nie żyje z nimi na co dzień pod jednym dachem – jest światem bardzo pięknym, inspirującym i przemieniającym, ale też (i nie ma powodu, by to ukrywać) bardzo trudnym, wymagającym stałej gotowości i zmuszającym do nieustannego konfrontowania się z cudzym cierpieniem, a jednocześnie z własnymi nawykami, własną słabością i lękiem.

Jeden z podstawowych nawyków – którego źródłem jest zresztą głęboko zakorzeniony lęk – to skłonność do patrzenia na ludzi takich jak Adam przez pryzmat nieużyteczności: jako na liczbę ujemną w ekonomicznym rachunku. Jest to nawyk groźny, jeśli się pamięta, co w nazistowskich Niemczech oznaczało sformułowanie „życie niewarte życia” (lebensunwertes Leben) i jak często propaganda niemiecka lat trzydziestych przypominała, że ludzie niepełnosprawni, przewlekle lub psychicznie chorzy, przebywający na stałe w zakładach opieki, są ciężarem dla „zdrowej” części społeczeństwa. Głosząc potrzebę „śmierci z litości”, naziści odwoływali się do dość rozpowszechnionych przekonań, że dla pewnych ludzi byłoby lepiej, gdyby się nie urodzili…

Pokusa, by oceniać człowieczeństwo danej osoby wedle jakości jej życia, jest w nas bardzo silna. Podobnie zresztą jak obawa, że sami kiedyś moglibyśmy stanąć przed wyborem, czy przyjąć „życie niewarte życia”, czy też je odrzucić… We Francji od 70 do 80 procent par lub samotnych kobiet spodziewających się dziecka, dowiedziawszy się o tym, że może ono przyjść na świat z jakimś rodzajem niepełnosprawności, decyduje się na aborcję. Jednym z największych wstrząsów w moim życiu było uświadomienie sobie, że moi niepełnosprawni przyjaciele to „ludzie z wyrokiem śmierci” – wyrokiem wprawdzie nie wykonanym, ale jednak rzucającym cień na całe ich życie. W duszach wielu z nich jak ciernie tkwią wspomnienia spojrzeń pełnych litości i dezaprobaty lub słów wypowiedzianych przez osobę przypadkowo spotkaną na spacerze: „I po co  takieżyje?!”. Może właśnie z tego powodu jeden z moich przyjaciół, sympatyczny mężczyzna z zespołem Downa, nie lubi rozmawiać o śmierci i prychaniem reaguje na słowa „niepełnosprawny” i „upośledzenie”. W latach 60. w naukach społecznych pojawiło się pojęcie „upośledzającego społeczeństwa”. W ten sposób zwrócono uwagę, że o stopniu niepełnosprawności decydują nie tylko indywidualne cechy osoby, ale również to, w jaki sposób jest ona traktowana przez otoczenie. Nie wszystkie bariery, jakie napotykają ludzie z upośledzeniem umysłowym, są wynikiem ich przyrodzonych „braków”. Wiele barier ma swoje źródło w naszych wyobrażeniach na temat niepełnosprawności. Osoby z upośledzeniem żyją w takim świecie, w jakim pozwalamy im żyć, a nie w takim, do jakiego zostały „wyposażone”. Muszą zmagać się z mitami na własny temat, jak choćby mit „złego pochodzenia” (przekonanie, że osoby niepełnosprawne intelektualnie rodzą się w rodzinach patologicznych)…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Niepełnosprawni umysłowo uczą mądrości