Subskrybuj
Z wykształcenia filozof i teolog. W latach 1961–1983 była redaktorem i sekretarzem redakcji miesięcznika „Znak”. W latach 70. współtworzyła ruch hospicyjny w Polsce i pierwsze polskie hospicjum w Nowej Hucie. Przez pięć lat pomagała terminalnie chorym jako wolontariuszka. W latach...

***

Czas niemały, a dla mnie – pięć lat pisania o różnych godzinach swego rodzaju blogu na ekranie „Znaku”. Pierwszy odcinek był właśnie o majowym rozszerzeniu Unii.

Dla mnie pięć lat to raczej niewiele. Jakaś jedna piętnasta życia! A przecież tak krótka była też II wojna światowa – ale dla mnie długa: prawie połowa przemierzonej drogi, ta ważniejsza, już bardziej po dorosłemu świadoma. Świat przedwojenny ledwie pamiętany, bo przeczyło mu całe nowe doświadczenie pięciu lat wojny.

Myślę o tych, co urodzili się albo zaczęli chodzić do szkoły na krótko przed 1 maja 2004. Dla nich te pięć lat to wszystko; kształt Polski w Europie jest oczywistością. Świat wokół zwyczajnie jest europejski. Życzę im, aby doświadczyli wielości i różnorodności światów człowieka – w porę dla siebie i z radością, a więc by zmiany horyzontu, które muszą nadejść, obracały się na dobro.

Oczywistością europejską – tak bardzo oczywistą, że przestajemy ją dostrzegać – jest rozwiązywanie konfliktów między państwami unijnymi drogą negocjacji,  a nie użycia siły. Nie wyobrażamy już sobie wojen między tą grupą sąsiadów – ani trzydziestoletnich, ani pięcioletnich! Pierwszym zadaniem jest, by nie ulec nawrotom żadnego z możliwych nacjonalizmów. A drugie podobne jest temu: trzymać w ryzach nieunikniony europocentryzm; Europa nie może liczyć na to, że jako całość przetrwa, będąc czymś na wzór osiedla strzeżonego, odgrodzona parkanami od konkurentów, od partnerów, od innych.

Integracja świata? 1 maja myślę o niej nieśmiało, z troską, ze świadomością, że na razie nie potrafimy jej sobie wyobrazić.

Pięć lat różnych godzin to jeszcze mało.

Wokół czuwania

Posyłać

Gdy się zdarzy czuwać przy kimś ciężko chorym lub umierającym, trzeba uważać, by nie dać się pochłonąć obserwowaniu ekranu monitora. Można rozumieć, co oznaczają chwiejne krzywe, lub nie pojmować, co wyraża ich ruch – ale tajemnica dzieje się gdzie indziej. Raczej staram się współczuć z całym ciałem, z jego niemożnością  trwania dalej jako to żywe ciało, z bólem i ustawaniem procesów, które czynią je tym człowiekiem – gdy powiem „ciałem tego człowieka”, to będzie oznaczało rozstanie, bo ciało tego człowieka to nie on, tylko jego zwłoki, to, co opuścił, jego najbardziej intymna własność, teraz zostawiona, porzucona, zamieniająca się w przedmiot, bo ten człowiek zgasł. Towarzyszę mu w gaśnięciu czy może w stawaniu się innym światłem. Wierzyć to zanurzać się w ciemność, prosząc, by tego gasnącego odnalazła i wzięła do siebie jasność, której ja nie widzę, do której  nie przenikam.

Czy naprawdę mam takie myśli? Chciałabym. Staram się, ale poddaję się pokusie patrzenia na monitor. Śmierć jest tym, czym jest w tych myślach. Ale kojarzę ją też z pustym ekranem, choć wiem, że nie ukazuje on wiernie momentu, w którym wszystko już się stało, że gaśnięcie trwa dłużej. Jeszcze wciąż trwa, gdy już ustaje walka o życie widoczna dla towarzyszących ludzi, a potem jeszcze dla czujników, które ją śledzą bez naszej niecierpliwości. Bo wobec tej walki trudno nie być niecierpliwym. Chcemy zatrzymać odchodzącego. I kto wie, może przez to przedłużamy bolesną walkę. Doktor Kownacki z Nowej Huty powiedział kiedyś swoim wolontariuszom hospicyjnym: „Od pewnego momentu trzeba ich posyłać”. Co to znaczy? Nie próbuję wyjaśnić, ale wiem, że to coś rzeczywistego. Dotykam ręki gestem pożegnania, a nie zatrzymywania.

*

Dzień śmierci Jana Pawła II: o tym dniu raz po raz ktoś opowiada, podkreślając siłę wspomnienia, jego rolę w dalszym życiu. Też już o tym pisałam – że byłam w tym czasie na „służbie medialnej”, po kolei w różnych telewizyjnych studiach. Wtedy właśnie w drugim programie TVP. Stałam, usiłując być gotowa do mającego się rozpocząć nagrania, gdy ekran kontrolny zbladł, poszarzał i zgasł. Od tej chwili taka blada poświata jest dla mnie symbolem śmierci.

Właściwe wsparcie

Raz po raz przekonuję się, jak bardzo potrzebują wsparcia osoby, które chcą towarzyszyć swoim bliskim w terminalnej fazie choroby. Nie jestem pewna, czy rzeczywiście tak zwana pomoc psychologiczna jest dość dostępna, a także czy to tej pomocy ludzie wyglądają – czy tylko tej, właśnie tej.

Wprowadzenie w sztukę opieki hospicyjnej to coś innego, zadanie bardziej interdyscyplinarne, jak interdyscyplinarna musi być każda dobra opieka. W pracy pielęgniarskiej jest dużo medycyny, ale też dużo opieki. Pewnie nie zawsze, nie wszyscy tak swoje zadanie pojmują, ale do tradycji hospicyjnej należy też troska o to, by bliscy dali radę, by towarzyszenie było możliwe, by unikać wstrząsów, dezorientacji, egocentrycznego skupienia uwagi na sobie, na własnych przeżyciach. Zadanie dla psychologa? Owszem. Ale najwięcej powinien zrobić lekarz i pielęgniarka. Oni mogą sprawić, by nie było zbyt strasznie i by bliscy nie czuli się bardziej bezradni, niż z natury rzeczy muszą.

Skuteczne współczucie

Może tak to podsumuję: trzeba nauczyć prostych czynności opiekuńczych, usługiwania choremu, aby odczuwane współczucie mogło być skuteczne, by było przynoszeniem ulgi. Ale warto też nabyć wiary w to, że współczucie jest jakoś skuteczne także wtedy, gdy nic nie zostało do zrobienia, niczego pożytecznego nie umiem, muszę to zostawić innym. Albo jest tak, że nikt nic więcej nie zdziała. Może łatwiej jest tym, którzy czuwanie świadomie wypełniają modlitwą, osobom nawykłym do różańca, psalmów, litanii. Za tymi czy innymi modlitwami jest coś, co nie wymaga rozwiniętej wiary, raczej przeświadczenia, które umożliwia Anonimowym Alkoholikom wykonywanie dwunastu kroków: jest Coś czy Ktoś, Siła, której moje istnienie nie jest obojętne. A może nawet to nie jest konieczne – można, nie pytając o nic, kierować ku odchodzącemu strumień bezsłownej życzliwości, wyrażać ją dotknięciem, szeptaniem czegoś, co nie musi mieć sensu.

 Duszpasterstwo

Nie tylko pomoc psychologa. Na przykład dla bardzo wielu obecność duszpasterza przy umierającym mogłaby wiele znaczyć. Gdyby również oni towarzyszyli znanym sobie wiernym…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Śmierć i medycyna