Dokładnie trzydzieści lat temu, w lecie 1979 roku, pierwszy raz przyjechałem do Krakowa[1]. Polska i Wielka Brytania leżały w tym czasie na różnych planetach i przyjazd tutaj był podróżą do innego świata. Polskie doświadczenie tamtych lat – wyznaczone takimi elementami jak jałtański podział Europy, komunizm, gospodarka planowa, cenzura czy Służba Bezpieczeństwa – było całkiem odmienne od doświadczenia studenta Uniwersytetu Oksfordzkiego, którym wtedy byłem. Gdyby wówczas – w Krakowie, Oksfordzie lub gdziekolwiek indziej – ktoś powiedział, że za 30 lat Polska będzie wolnym krajem, normalną liberalną demokracją, członkiem Unii Europejskiej i NATO, najpewniej uznano by go za szaleńca i wezwano panów w białych fartuchach. Nikt – lub prawie nikt – nie wierzył, że coś takiego byłoby możliwe.
Lecz niemożliwe stało się możliwe i dziś, pierwszy raz w historii, Polska i Wielka Brytania są względem siebie równorzędnymi partnerami. Według ostatnich danych Eurostatu polska gospodarka zajmuje siódme miejsce w Unii Europejskiej. Wielka Brytania utrzymuje się na miejscu trzecim, ale wasz pościg za nami trwa i, kto wie, może pewnego dnia… W Oksfordzie spotykam tłumy znakomitych studentów z Polski. Podczas gdy 30 lat temu szanse i życiowe możliwości przeciętnego dwudziestolatka z Krakowa znacznie się różniły od szans i możliwości, które stały przed jego rówieśnikiem w Oksfordzie, dziś są już do siebie bardzo podobne. Jest to właściwie najbardziej wzruszający i niesamowity aspekt tych przemian. To właśnie wygraliśmy przez te 30 lat!
Dla Polski i Europy głównym punktem odniesienia jest dziś oczywiście rok 1989, choć już dziesięć lat wcześniej, podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, zaczęło się tu dziać coś bardzo ważnego. Jednak dla Wielkiej Brytanii rok 1989 nie był wcale szczególny. Datą przytaczaną częściej jako symbol pewnego przełomu jest rok 1979, w którym władzę nad krajem, znajdującym się wówczas w stanie ekonomicznej zapaści, przejęła Margaret Thatcher. Kryzys, w którym obecnie znajduje się mój kraj, wyznacza w pewnym sensie koniec całego, 30-letniego okresu zapoczątkowanego właśnie wtedy. Rok 1989 nie przyniósł nam poczucia odzyskania wolności. Pamiętam moją rozmowę z ówczesnym ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii Douglasem Hurdem, który, odnosząc się do wydarzeń 1989 roku, powiedział: „to jest koniec systemu, w którym przez ostatnie 40 lat żyliśmy nawet całkiem szczęśliwie”. Z brytyjskiego punktu widzenia było w tym stwierdzeniu sporo prawdy. Runął stabilny porządek z czasów zimnej wojny, w którym Wielka Brytania była związana z sojuszem państw Zachodu, mając też szczególne znaczenie strategiczne dla Stanów Zjednoczonych.
Rok tryumfu
Pierwszą rzeczą, którą chciałbym przypomnieć w kontekście roku 1989 jest to, że w żadnej chwili podczas trwania tamtych niezapomnianych wydarzeń nie mieliśmy pojęcia, co wydarzy się następnego dnia. Nie wiedzieliśmy, co przyniesie kolejny tydzień lub miesiąc, ani nawet, czy cały ten proces nie zakończy się porażką i naszymi łzami.
Kiedy 6 lutego rozpoczęły się obrady Okrągłego Stołu, nikt nie wiedział, jaki będzie ich wynik. Nawet gdy 5 kwietnia zakończono już negocjacje, najbardziej optymistyczne szacunki, które usłyszałem od członków „Solidarności”, mówiły o tym, że do wolnych wyborów może dojść w ciągu… czterech lat. Potem przyszedł czas kampanii i pamiętnych, pierwszych częściowo wolnych wyborów. Pamiętam jednak dobrze, że kiedy wieczorem 4 czerwca siedziałem z przywódcami „Solidarności”, żaden z nich nie był do końca pewien zwycięstwa. A następnego dnia, kiedy były już znane wyniki, nadal nie potrafiliśmy przewidzieć wszystkich konsekwencji tych wydarzeń. Większość ludzi uważała wtedy za niemożliwe, żeby na czele rządu mógł stanąć niekomunistyczny premier. Gdy Tadeusz Mazowiecki otrzymał taką nominację, nie wiedzieliśmy, jaką perspektywę ma przed sobą jego gabinet, a w szczególności, czy będzie w stanie zreformować gospodarkę. Wreszcie, nawet kiedy rozpoczął się program reform i terapia szokowa Leszka Balcerowicza, nie wiedzieliśmy, czy Polska zostanie kiedyś zaakceptowana jako kandydat do członkostwa w Unii Europejskiej i NATO. Przypominam sobie spotkanie z wysokimi rangą dyplomatami z Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec (w styczniu 1990), w trakcie którego powiedziałem, że logiczną konsekwencją wydarzeń w Polsce, Czechosłowacji i na Węgrzech powinno być przyjęcie tych państw do Unii Europejskiej i NATO. Zakrzyczano mnie wtedy: co to za nierealny, nieodpowiedzialny pomysł!
Jedną z najtrudniejszych rzeczy, przed którą staje historyk, jest próba uchwycenia tego, czego w określonym czasie w historii ludzie nie wiedzieli. Henri Bergson określał to mianem „ułudy retrospektywnego determinizmu”: ludziom wydaje się, że coś, co się zdarzyło, po prostu musiało się zdarzyć, że bieg historii wyznaczają linie proste. Ale to nie w ten sposób dzieje się historia. W każdym jej momencie, a już zwłaszcza w czasach rewolucji, mamy do czynienia ze wszystkimi możliwościami, włącznie z możliwością represji i niepowodzenia. Bieg historii zależy od decyzji pojedynczych osób. Jeżeli więc zaczynamy oceniać decyzje podjęte w 1989 i 1990 roku, nie powinniśmy zapominać o „ułudzie retrospektywnego determinizmu”. Pamiętajmy, że „nikt wcześniej tego nie robił”, że pewne decyzje były wtedy podejmowane po raz pierwszy.
Kolejną rzeczą, o której chciałbym powiedzieć w odniesieniu do tryumfu roku 1989, jest teza – stawiam ją po 20 latach i myślę, że zaczyna być właśnie weryfikowana – że czymś naprawdę wyjątkowym i trwałym w odniesieniu do aksamitnych rewolucji roku 1989 jest sposób, w jaki zostały one przeprowadzone. W 1989 roku wytworzył się nowy model rewolucji, który zastąpił model występujący od czasów rewolucji francuskiej w 1789 roku. Tamten, powtórzony między innymi w 1917 i 1956 roku, charakteryzowała przemoc – rewolucja z definicji oznaczała użycie przemocy. Ja zaś pamiętam ludzi, którzy w czasie aksamitnej rewolucji w Pradze całkiem serio zastanawiali się, czy to, co dzieje się na ich oczach, można w ogóle określić mianem rewolucji. Ten nowy model rewolucji był pokojowy i zakładał samoorganizowanie się społeczeństwa na masową skalę. Już polski Komitet Obrony Robotników łączył w sobie właśnie samoorganizację społeczeństwa, obywatelski opór oraz organizowanie demonstracji, które miały zmusić rządzących do podjęcia rozmów z narodem. Podczas Okrągłego Stołu, zupełnie odmiennie niż w czasie rewolucji z 1789 lub 1917 roku, doprowadzono do świadomego kompromisu; obyło się bez wieszania na ulicznych latarniach przedstawicieli dawnej władzy. Było to wielkie odkrycie roku 1989 i chciałbym w tym miejscu wspomnieć nazwisko profesora Bronisława Geremka, którego nie ma już wśród nas, a który był, być może, najważniejszym pojedynczym twórcą modelu Okrągłego Stołu.
Z perspektywy dwudziestu lat widać, że ów nowy model stał się domyślnym modelem rewolucji przynajmniej w większej części naszej planety. Mój kolega z Oksfordu, Adam Robertson, wydał książkę Civil Resistance and Power Politics, w której wymienia udokumentowane już przypadki „mniej lub bardziej aksamitnych” rewolucji: Słowacja, Chorwacja, upadek Slobodana Miloševicia w Serbii, „pomarańczowa rewolucja” na Ukrainie, „rewolucja róż” w Gruzji, Południowa Afryka. Nie wszystkie były zakończone sukcesem – wystarczy spojrzeć na Birmę – ale w wypadku tego modelu rewolucji to, „jak” się robi, stało się tak samo ważne jak to, „co” się robi. Metody, po które sięgamy w czasie przemian, w dużej mierze determinują ich sukces. Wspaniale ujął to Adam Michnik, gdy powiedział, że z historii Europy nauczyliśmy się, iż ci, którzy rozpoczynają od burzenia Bastylii, kończą, budując własną.
Kluczową sprawą dla zrozumienia natury aksamitnych rewolucji jest uświadomienie sobie, że ten model ma również swoją cenę. Kosztem nie do uniknięcia jest konieczność zawierania niełatwych kompromisów z ludźmi odrażającymi, którzy w dodatku zachowują część swoich wpływów – na przykład przenoszą je z polityki do gospodarki. Model ten cechuje również, do pewnego stopnia, brak uczucia rewolucyjnego katharsis. Dlatego uważam, że niezbędnym uzupełnieniem aksamitnych rewolucji powinna być komisja prawdy, rodzaj symbolicznej konfrontacji ze złą przeszłością. Chodzi o wyznaczenie linii podziału pomiędzy teraźniejszością a złą przeszłością, tak jak zrobiono w Republice Południowej Afryki. Jest to lekcja, którą wynieśliśmy z wydarzeń w krajach postkomunistycznych.
Tym, co odróżniało rewolucje roku 1989 od wcześniejszych, był również fakt, że choć we wszystkich krajach Europy Środkowej prym wiedli w nich intelektualiści, to same rewolucje nie zaowocowały powstaniem żadnej nowej ideologii – rzecz to dla intelektualistów raczej deprymująca. Znany historyk rewolucji francuskiej François Furet w ogóle nie zaliczył wydarzeń roku 1989 w poczet rewolucji gdyż, jego zdaniem, prawdziwa rewolucja wytwarza nową ideologię. Tymczasem mottem przemian w Europie Środkowej mogłoby być hasło: „żadnych eksperymentów, trzecich dróg, tylko już wypróbowane – liberalna demokracja i gospodarka rynkowa – oraz powrót do Europy”. Oczywiście, w rzeczywistości było nieco inaczej. W Polsce od zera budowano demokrację liberalną, wprowadzano kapitalizm bez zaplecza kapitału. Zresztą, z tego, co pamiętam, niewielu ludzi – może z wyjątkiem kilku liberałów w Gdańsku – mówiło w 1989 roku o kapitalizmie. Pojawiały się inne określenia: gospodarka rynkowa, społeczna gospodarka rynkowa, socjalistyczna gospodarka rynkowa, gospodarka mieszana. Kapitalizm nie był ideą, która organizowała cele. Być może mamy tu do czynienia z przypadkiem, kiedy o danym zjawisku zaczyna się mówić dopiero wtedy, kiedy pogrąża się w kryzysie. Aleksander Smolar powiedział, że w Polsce system zaczęto określać mianem totalitarnego dopiero pod koniec lat 80. i, jak słusznie zauważył, był to sygnał, że… ustrój właśnie przestaje być totalitarny. Nie chciałbym tu wdawać się w dyskusję na temat dzisiejszego kryzysu kapitalizmu, ale w pewnym sensie sami rozpoczęliśmy tę debatę właśnie dlatego, że znajduje się on w kryzysie.
Rok kryzysu
Są tacy, którzy twierdzą, że rok 2009 jest dla kapitalizmu tym, czym rok 1989 był dla komunizmu. To absurd. Mamy do czynienia z wyraźnym kryzysem kapitalizmu, idę jednak o zakład, że nie jest to kryzys śmiertelny. Istnieje o wiele więcej odmian kapitalizmu niż komunizmu – i to z całą pewnością jest jednym z największych walorów tego pierwszego. Mówi się o europejskim modelu kapitalizmu, ale prawda jest taka, że jeśli spojrzy się na kapitalizm w Europie, można szybko odkryć, że istnieją tu co najmniej trzy odmienne jego modele. Kryzys dotyka w tej chwili odmianę nazywaną często neoliberalną lub anglosaską, kojarzoną najczęściej ze wspomnianą wcześniej Margaret Thatcher. Wydaje się raczej nieprawdopodobne, że odmiany kapitalizmu, które przetrwają i pojawią się po kryzysie, nie będą się różnić od tych, które dominowały w latach 80. i 90. Myślę, że możemy oczekiwać powrotu do pewnych idei rozwijanych przez niemieckich filozofów połowy XX wieku, tzw. Ordnung-liberale, którzy argumentowali, że silna gospodarka rynkowa potrzebuje trwałego szkieletu prawnego narzuconego przez państwo oraz bardzo mocnych podstaw moralnych ze strony części społeczeństwa, a zwłaszcza ze strony przedstawicieli biznesu. Dopuszczam myśl, iż jedną z przyczyn obecnego kryzysu była słabość struktur prawnych, a także moralna słabość osób związanych z gospodarką. To Vaclav Klaus, zainspirowany ideami thatcheryzmu, wypowiedział słynne zdanie, że w czasie przemian ekonomicznych „szybkość jest ważniejsza od precyzji” – a przez słowo „precyzja” można rozumieć właśnie rządy prawa. Lekcją, którą możemy wynieść z doświadczeń Europy i Stanów Zjednoczonych, jest przekonanie o potrzebie wzmacniania rządów prawa oraz ważności etosu moralnego wśród elit, także tych biznesowych. Tymczasem wystarczy spojrzeć na pakiety wynagrodzeń czołowych bankierów i finansistów w londyńskim City lub Nowym Jorku: ktoś, kto na co dzień porusza się w tym świecie, opowiedział mi o podsłuchanych niedawno narzekaniach jednego z bankierów, który utyskiwał, że podczas gdy jego odpowiednik w konkurencyjnym banku zarabia pięć milionów funtów rocznie, jemu samemu zaproponowano tylko cztery miliony… Spróbujmy sobie wyobrazić rzeczywistość, w której rodzi się tego rodzaju myślenie. Stwierdzenia, że kryzys ekonomiczny jest testem na trwałość i siłę demokracji liberalnej, oraz że młode demokracje w Europie będą musiały zmierzyć się z nową falą nacjonalizmu, populizmu i ksenofobii, którą obserwujemy także na Zachodzie w trakcie kampanii do Parlamentu Europejskiego, trącą banałem. Faktem jest jednak, że obecnie w Europie dyskutuje się dużo o klasie politycznej. Określenie to, w Wielkiej Brytanii jeszcze kilka lat temu niemal nieznane, jest teraz przedmiotem długiej…