Mija dwadzieścia lat od chwili, w której upadł mur berliński, a Pan, jako świadek zmian w Europie Środkowej, rozpoczął pisanie swojej „historii na gorąco”. Czy teraz, gdy tamta „history of the present” staje się powoli zwykłą „history of the past”, nie odczuwa Pan potrzeby przedstawienia tego wszystkiego jeszcze raz, tym razem w formie zbliżonej do tradycyjnych dzieł historyków – takich, które po prostu podsumowują pewien okres dziejów?
Zajmuję się czymś, co nazwałem „historią teraźniejszości”. Uważam za ważne, że jestem świadkiem wydarzeń i jednocześnie myślę o nich jako historyk. Od czasów Tukidydesa aż do XVIII wieku w historiografii dominował pogląd, zgodnie z którym obecny na miejscu wydarzeń „wie lepiej”. Nawet dziś w odniesieniu do dziennikarzy mówi się, że piszą „pierwszy szkic historii”. Moim zdaniem, takie sformułowanie nie docenia potencjalnych możliwości naocznego świadka. To właśnie głównie ze świadectw i innych źródeł bezpośrednich spisujemy przecież dzieje.
Co się natomiast „wie lepiej” po dwudziestu latach? Po pierwsze, czasem zostają ujawnione nowe dokumenty, po drugie – znane są już następstwa wydarzeń z przeszłości. Ten moment, w którym zyskujemy perspektywę czasową, która pozwala na docenienie konsekwencji opisał niemiecki historyk z XIX wieku Leopold von Ranke. W wypadku roku 1989 uważam, że nowych źródeł jest stosunkowo niewiele i że nie przyniosły one większych rewelacji. Konsekwencje są natomiast ciekawe – choć na ostateczne podsumowanie wciąż jest jeszcze trochę za wcześnie, bo teraz, w 2009 roku, znajdujemy się w przełomowym momencie kryzysu kapitalizmu, demokracji liberalnej oraz integracji europejskiej. A przecież były to trzy najważniejsze cele, które narody Europy Środkowej wyznaczyły sobie po 1989 roku!
Na pewno więc nie zabiorę się za ponowne opisywanie tej samej historii, chociaż… ostatnio wracam do przemian sprzed 20 lat dużo czasu poświęcając na pracę porównawczą na temat różnych rewolucji, nie tylko w Europie, ale i, między innymi, w Birmie, Afryce Południowej oraz Chile.
1989 – domyślny model rewolucji
Czy wszystko zaczęło się od Europy Środkowej?
Nie przesadzajmy. Pierwszeństwo mają Hindusi – w historii nowożytnej pionierem rewolucyjnych zmian opartych na kompromisie był Mahatma Gandhi. Po nim przyszedł Martin Luther King i dopiero potem europejska „Jesień Ludów”. Ale, rzeczywiście, to w Polsce i w innych krajach bloku radzieckiego pierwszy raz naprawdę wszystko się udało – dziś możemy wręcz stwierdzić, że wymyślono tu nowy model rewolucji, odmienny od jakobińskiego i bolszewickiego. To zupełna nowość w historii. A nowość w historii – to prawdziwa rzadkość…
Przemocy nie da się wykluczyć z ludzkiego życia i historii, także współcześnie. Twierdzę jednak, że już nie tylko w Europie, ale i w innych rejonach świata funkcjonuje na stałe „domyślny” model rewolucji, czyli taki, po który sięga się w pierwszej kolejności. Wymyślono go w Europie Środkowej. Można się go nauczyć nawet przez Internet – widziałem to na własne oczy obserwując w Kijowie w 2004 roku studentów z niewielkiego ruchu PORA, którzy przy pomocy sieci zdobywali wiedzę, jak wprowadzać demokrację. Niestety, zastosowanie owego modelu nie oznacza pewności, że zmiany się powiodą. Czasem rewolucje bez przemocy, tak jak na przykład w Birmie dwa lata temu, kończą się fiaskiem.
Wydaje się wręcz, że coraz bardziej zwraca się uwagę na sposób, w jaki przeprowadzana jest rewolucja, niż na szanse jej ostatecznego powodzenia.
W dodatku, w różnych wymiarach – przede wszystkim moralnych. Mówimy: „nie zabiję”. Niedawno, w czasie amerykańskiej dyskusji na temat dopuszczalności tortur podczas przesłuchiwania podejrzanych o terroryzm Barack Obama przywołał słowa Winstona Churchilla z czasów wojny: „my nie torturujemy”. „Zło dobrem zwyciężaj”, mówił Jan Paweł II, nawet gdyby na początku miałoby to być mniej skuteczne. Podobnie jest z metodami przeprowadzania rewolucji.
Drugi wymiar nazywam wymiarem strategiczno-pragmatycznym. Jak jest lepiej w ostatecznym rozrachunku: budować demokrację metodą kompromisu, nawet jeśli się wie, że zazwyczaj potrzeba na to więcej czasu – czy zaczynać od przemocy i brutalnych rozrachunków z poprzednim reżimem? Stajemy tu przed problemem kosztów rewolucji, które trzeba uwzględnić gdy później przychodzi do oceny przemian. Kosztem zmian bez przemocy jest między innymi brak powszechnego poczucia zwycięstwa i owego katharsis, charakterystycznego dla dawnych rewolucji. Rewolucja francuska była rodzajem, przepraszam za określenie, politycznego orgazmu – krwawa, zaowocowała prawdziwym katharsis.
W jaki sposób z brakiem takiej oczyszczającej świadomości radzili sobie przez ostatnie 20 lat Polacy i inne narody Europy Środkowej?
Źle. Problem z przeszłością występował prawie wszędzie. Tadeusz Mazowiecki, używając metafory „grubej kreski”, zdecydował się, bez rozliczenia z przeszłością, pójść do przodu ze wszystkimi. Coś takiego udało się do pewnego stopnia w pofrankowskiej Hiszpanii – ale nie w Polsce, w której, w dwadzieścia lat po rewolucji mamy w dalszym ciągu do czynienia z przeszłością – czy to w sprawie teczek, Lecha Wałęsy, czy IPN… Dla teoretyka rewolucji powstaje więc pytanie, w jaki sposób postępować, jeśli nie można podążyć skuteczną drogą hiszpańską?
Moja teza jest taka, iż najlepszym sposobem na przeszłość jest powołanie Komisji Prawdy – tak jak uczyniono w Niemczech i Afryce Południowej. Nie jest to lustracja ani procesy sądowe – a więc też nie rozliczenie w sensie administracyjnym lub prawnym. Komisja pozwala jednak na naukowe i psychologiczne zmierzenie się z historią najnowszą. Ma przynajmniej dwie zalety: po pierwsze, poznajemy fakty. Na przykład, czy Wojciech Jaruzelski jest odpowiedzialny za stan wojenny. Po drugie, jest to symboliczna kreska – możemy nawet powiedzieć, że „gruba” – oddzielająca przeszłość od przyszłości. Symbolicznie rozpoczynamy Trzecią Rzeczypospolitą i nie ma już wtedy potrzeby, by mówić o Czwartej. A hasło IV RP było właśnie reakcją na brak katharsis po 1989 roku, na brak poczucia realnej zmiany wśród społeczeństwa.
Czy rok 2009 jest rzeczywiście ważnym momentem w historii ostatnich dwudziestu lat? Pytam o to, bo dla wielu ludzi w Polsce może być nieco zastanawiające, że zestawia Pan ze sobą te dwie daty: 1989 – rok trwałego w skutkach tryumfu politycznego i 2009 – rok kryzysu ekonomicznego, który, jak chce wielu, być może po prostu zdarza się raz na jakiś czas…
Oczywiście, w pewnym sensie nie ma porównania między tymi dwiema datami: o ile 1989 był końcem komunizmu w Europie, to 2009 nie jest końcem kapitalizmu – co najwyżej pewnych jego odmian. Nie jest jednak tylko zwykłą rocznicą, lecz czasem bardzo poważnego kryzysu, który dotyczy procesów globalizacji, ale również zmian w światowym układzie sił – to może być, na przykład, początek końca ery Stanów Zjednoczonych.
Kryzys zmusza nas do poważnej refleksji. W haśle „powrotu do Europy”, owej wizji normalności z 1989 roku, było coś z tez Fukuyamy: że nie ma „trzeciej drogi”, ideologii alternatywnej wobec demokratycznego kapitalizmu. Tymczasem mamy teraz do czynienia z jego wyraźnym kryzysem. Wypracowaliśmy już metody przemian demokratycznych, o których mówiłem wcześniej – nie trzeba ich zmieniać, bo się sprawdziły. Musimy jednak zastanowić się nad ostatecznymi efektami tych zmian, nad nową wizją normalności.
Na razie kryzys dotyka Polski z pewnym opóźnieniem. Nie miejmy jednak złudzeń: w Europie Środkowej mamy przed sobą bardzo trudne dwa, trzy lata. Dlatego tak ważne będzie, by „trzymać kurs”, mieć kolejne strategiczne cele – dla Polski jednym z nich może być, na przykład, członkostwo w strefie euro. Chodzi o pewne fundamentalne zasady gospodarowania i planowania we własnym kraju. Wyzwaniem będzie też walka z tendencjami ksenofobicznymi i skrajnie nacjonalistycznymi. Te zjawiska widzimy zresztą również u nas, w Wielkiej Brytanii, oraz w Hiszpanii czy Belgii. W pewnym sensie wciąż jesteśmy w trakcie walki o Europę…
Na naszym kontynencie powstają nawet nowe państwa: w ubiegłym roku najpierw niepodległość ogłosiło Kosowo, potem doszło do wojny w Gruzji i ustanowienia, nieuznawanych przez świat, a popieranych przez Rosję krajów: Abchazji i Południowej Osetii. Oba te wydarzenia rodzą pytania o zasady, które powinny rządzić prawem międzynarodowym – na przykład, czy…