Wiedza o całym rozmiarze katastrofy miała stać się w oczekiwaniu ofiary podstawą edukacji i odnowy narodu niemieckiego. Rozmijanie się oczekiwań Polski z postawą zdecydowanej większości społeczeństwa niemieckiego i jej strategią kultury pamięci uniemożliwiało wzajemne zrozumienie, stało się źródłem nieufności, a w konsekwencji prowadzić musiało do konfliktów, obecnych do dziś w relacjach obu narodów.
Pamięć drugiej wojny, która w swym ludobójczym i rasistowskim charakterze wykraczała poza dotychczasowe wyobrażenia konfliktów zbrojnych, stanowiła dla narodu i państwa niemieckiego największe w dziejach wyzwanie. Jak po bezprzykładnej klęsce i w obliczu oskarżenia świata o zbrodnie ludobójstwa wskrzesić poczucie własnej wartości i stworzyć nową rzeczywistość? Toteż demokratyczna kultura nowych Niemiec rodziła się na bazie milczenia. Odsuwanie winy, jej przyswajanie, lata wielkiego milczenia i namiętnych sporów, oskarżania się i politycznych skandali, amnestii i amnezji, fałszowania historii i wyznawania prawdy, wszystko to stanowiło rozciągnięty w czasie proces. W ciągu 70 lat, jakie minęły od wybuchu wojny, oraz 20 od obalenia muru berlińskiego Niemcy jako wspólnota pamięci przeszli długą drogę. Czas ten wypełniły głównie zmagania z sobą, z własną tożsamością. W pamięci tej nie ma poza Holocaustem osobnych szuflad na gromadzenie krzywd zadanych poszczególnym narodom. Dotychczasowe doświadczenie historyczne oraz nagromadzony materiał empiryczny pozwalają bowiem na potwierdzenie tezy, iż pamięć koncentruje się zawsze wokół ofiary i własnej krzywdy; bycie ofiarą pozwala bowiem na formułowanie oskarżeń i żądań wobec innych, nade wszystko aspiruje zaś, by być po stronie dobra. Niemcy nie stanowią w tym względzie wyjątku. Integrowanie wokół nowego celu, jakim była budowa nowego porządku demokratycznego i przywrócenie społeczeństwu sensu życia, wykluczało pamięć o zbrodniach dokonanych na innych narodach. Historia dogoniła jednak Niemców. Potrzeba było czasu i przeobrażeń społeczno-politycznych w Niemczech i w Europie, by rozrachunek z przeszłością stał się integralnym elementem kultury politycznej i trwałym wspornikiem kultury symbolicznej naszego zachodniego sąsiada.
W sidłach uprzedzeń i propagandy
1 września nie zaistniał w zbiorowej pamięci Niemców. Początek wojny zarejestrowany w literaturze, kulturze, mediach niemieckich po 1945 roku wiązał się z agresją na ZSRR, głównie zaś z klęską pod Stalingradem. W pamięci kulturowej utrwaliły się bowiem te wydarzenia, które odebrano jako własną krzywdę. Obrazy literackie, a szczególnie filmowe powielały wizerunek budzących powszechne współczucie jeńców niemieckich, w łachmanach, z odmrożonymi kończynami, popędzanych przez „azjatyckich barbarzyńców”. Badania nad zbiorową pamięcią wykazały niezbicie, iż jej przedmiotem staje się zawsze tylko to, co z punktu widzenia teraźniejszych interesów i aktualnych celów jest dostatecznie ważne i istotne. Kultura pamięci jest bowiem w wieloraki sposób związana z polityką. Jako przedmiot sporów społecznych jest również ważnym instrumentem i celem polityki. Polityka pamięci służy bowiem legitymizacji nowej rzeczywistości, instytucji państwowych, zbiorowych wyobrażeń oraz działań. Kreuje tożsamość i nadaje sens symbolicznemu światu znaczeń.
W niemieckiej rzeczywistości powojennej Polska nie liczyła się jako podmiot polityki budzący zainteresowanie. Partnerem we wrogości i zwycięzcą pozostawał Związek Radziecki, liczące się w układzie sił mocarstwo. Jeszcze nie zakończyła się bowiem „gorąca”, kiedy dała o sobie znać „zimna” wojna, w której wschodni sąsiad uznany został jako nowy wróg. Oba państwa niemieckie znalazły się w obozach zwycięzców, z wymierzonym przeciw sobie konfrontacyjnym ostrzem. Granica z Polską była odległa od Bonn. Toteż kraj nasz funkcjonował w polityce i publicznej pamięci RFN jako satelicki element we wrogim łańcuchu państw komunistycznych, „zaborca” niemieckiego Wschodu, winny pozbawienia kilkunastu milionów Niemców ojczyzny. „Hańba” Wersalu, dominująca w propagandzie Niemiec międzywojennych, zastąpiona została „krzywdą” Poczdamu. Nieuznawanie granicy na Odrze i Nysie, poparcie dla hałaśliwych manifestacji organizacji ziomkowskich wypełniło przestrzeń publiczną, ułatwiając tłumienie odpowiedzialności za wyrządzone wschodnim sąsiadom zło i sprzyjając odwróceniu ról sprawcy i ofiary. Politycznym zwycięzcą okazali się Niemcy. Polakom pozostała tylko moralna satysfakcja.
Całkowita izolacja Polski wynikająca z ideologicznej konfrontacji uniemożliwiała jakiekolwiek kontakty osobiste. Toteż wiedza Niemców na temat wojny i okupacji Polski stanowiła niemal wyłącznie wypadkową negatywnych stereotypów, wpływu przedwojennej literatury, propagandy, systemu edukacji i rodzinnych narracji wspomnieniowych. Hitlerowska propaganda nie byłaby tak skuteczna, gdyby nie mogła się odwołać do szerokiego repertuaru utrwalonych w zbiorowej wyobraźni uprzedzeń i mitów.
Wybuch drugiej wojny nie wywołał w społeczeństwie niemieckim powszechnego entuzjazmu, jak to miało miejsce w momencie wybuchu pierwszej wojny światowej. Akceptacja celów polityki hitlerowskiej była jednak możliwa dzięki funkcjonującemu od początku Republiki Weimarskiej przekonaniu, iż Polska jako „państwo sezonowe”, „bękart Wersalu”, twór „zakłócający pokój” w Europie, istnieje wbrew interesom niemieckim. Już 15 marca 1921 roku w „Völkischer Beobachter” Hitler przekonywał: „Kto zabiera Niemcom Górny Śląsk, zabiera 15 milionom ludzi możliwość życia. W tym wypadku pozostaje naszemu narodowi tylko jeden wybór: albo zginąć z głodu, (…) albo stawić opór”[1]. 19 września 1939 roku podczas wystąpienia w Gdańsku Führerwyjaśniał potrzebę rewizji postanowień wersalskich jako koniecznego przywrócenia pokoju w świecie. Przypadek Gdańska traktował jako „ofiarę ówczesnego szaleństwa” [Wersalu, przyp. A. W.-P.], a państwo polskie jako „produkt tego bezsensu”, powstały wbrew logice rozumu i gospodarki[2]. Wszystkie rządy Republiki Weimarskiej i administracja polityczna III Rzeszy szerzyły poczucie niesprawiedliwości dziejowej. Propaganda zadbała o to, by upowszechnić obraz Polski jako kraju niedemokratycznego, rządzonego pałką i terroryzującego mniejszość niemiecką.
Agresja 1 września 1939 roku, funkcjonująca w nazistowskiej retoryce jako „kampania 18 dni”, jawiła się jako wojna obronna, wyrównanie rachunku krzywd. Sprawnie wyreżyserowane prowokacje sprawiły, iż w końcu Polacy obok Żydów obciążeni zostali odpowiedzialnością za wybuch wojny. Bogaty asortyment argumentów mających uzasadnić wybuch wojny jako konieczność dziejową w obronie pokoju wspierały uprzedzenia powstałe w XIX wieku, głównie w kręgu elit pruskiego zaborcy. Założenia kolonizacyjne i politykę germanizacyjną Prus tłumaczyć miały przypisane ludności polskiej cechy, łatwo przemawiające do potocznej opinii. Tak więc polskie dążenia do niepodległości były „polskim bezprawiem”, obrona przed wykupem ziemi „polską podstępnością”, „zachłannością”, „fałszywością”, wzmocnioną przez „żydowską podłość”. Dla tezy o niemieckiej wyższości kulturowej i niemieckiej misji na Wschodzie znalazły się liczne naukowe argumenty wykazujące niezdolność wschodnich ludów do samodzielnej egzystencji. Trzecia Rzesza zaadaptowała stare mity, nadając im bardziej dynamiczny wymiar. Polacy awansowali z wroga narodowego do rangi wroga rasistowskiego. Żołnierze Wehrmachtu mieli podążać starym szlakiem kolonizacyjnym, niosąc azjatyckim dzikusom dobra cywilizacyjne i kulturowe.
Dawna sprzeczność między pruską racją stanu a niepodległościowymi dążeniami Polaków uzupełniona została przez nazistowską propagandę obrazem Polaków jako odwiecznego wroga stojącego na drodze do zdobycia niezbędnej przestrzeni życiowej[3]. Podczas wspomnianego przemówienia w Gdańsku 19 września 1939 roku Hitler potwierdził tylko to, co wcześniej ugruntowała literatura popularna i edukacja szkolna, a mianowicie iż pochód niemiecki na Wschód był przywróceniem naturalnego porządku, dobrodziejstwem, powrotem na stare ziemie niemieckiego osadnictwa, zagospodarowane wysiłkiem niemieckiego potu i krwi.
Znowu okazało się, że tylko ten, kto sam jest wyposażony w siły kulturotwórcze, może na trwałe utrzymać rzeczywiste osiągnięcia kultury. 50 lat dalszego polskiego panowania wystarczyłoby, by te ziemie, które Niemcy z mozołem, pilnością i mrówczą pracą wydarli barbarzyństwu, powróciły do barbarzyństwa[4].
Po zakończeniu kampanii wrześniowej dziennikarze niemieccy otrzymali podczas konferencji prasowej 24 października 1939 roku takie między innymi wskazówki:
Dla wszystkich w Niemczech, aż do ostatniej dziewki od krów, musi stać się jasne, że polskość równa się podczłowieczeństwu. (…) Nie ma powodu, aby publikować głębsze rozważania i artykuły przewodnie o braku kultury w Polsce (…). Wystarczy, jeśli taki ton będzie pobrzmiewać w sposób hasłowy i pojawiać się będzie okazjonalnie w postaci pojęć: „polska gospodarka”, „polski upadek” i podobnych. Należy to czynić tak długo, aż każdy obywatel Niemiec będzie miał zakodowane w podświadomości, że każdego Polaka – obojętnie, czy robotnika czy intelektualistę – należy traktować jak robactwo[5].
Przydatny okazał się utrwalony przez filozofię zachodnią obraz barbarzyńskiej Azji i jej ludów jako urodzonych niewolników, którymi należy rządzić knutem. Z czasem cechy przypisywane narodom azjatyckim utożsamiono ze wschodem europejskim. Wizerunek Polski – uosobienie „bezproduktywności słowiańskiej”, narodu o niskiej wartości, niezdolnego do samodzielnej egzystencji, usprawiedliwiał potrzebę niemieckiego pana[6]. Toteż Hitler na fali zwycięskiego pochodu zapewniał 6 sierpnia 1942 roku w swej kwaterze w Wilczym Szańcu: „Pochłoniemy lub usuniemy śmieszne sto milionów Słowian”[7].
Hrabianka Libussa Fritz-Krockow, która klęskę Rzeszy przeżyła w swym majątku na Pomorzu, reprezentowała szeroko upowszechniony obraz Rosjan i Polaków. Ani jedni, ani drudzy nie dorastali do jej wyobrażenia zwycięzców „z wysoko uniesioną głową, wielkich i dumnie wystrojonych, z orderami i wieńcem laurowym”. Zaskoczył ją obraz „obdartych, z bronią na postronkach”, „zalęknionym spojrzeniem rabusia…”. O ile jednak dla Rosjan i ich „zwycięskiego prawa pięści” miałaby jeszcze zrozumienie, o tyle Polaków nie mogła zaakceptować jako zwycięzców, „lecz tylko ich [Rosjan] świtę”. „Dlatego przejęcie przez nich władzy ma inną jakość. Jest w nich coś zimnego, skrytego i przebiegłego, by nie powiedzieć podstępnego – i w tym sensie coś znacznie głębiej przejmującego grozą niż brutalna przemoc”[8].
Strategie uwalniania się od winy
Napięcie między obciążeniem winą a potrzebą budowania demokracji było po wojnie tak wielkie, iż pojednanie z samym sobą przez ucieczkę od przeszłości było powszechnym zabiegiem. Intelektualiści, którzy czuli się sumieniem narodu i dawali publicznie wyraz poczuciu winy, byli mało słyszalni. Głos pisarza Ernsta Wiecherta, który 11 listopada 1945 roku mówił do młodzieży: „Musimy zrozumieć, że jesteśmy winni i potrzeba może stu lat, aby zmyć z naszych rąk winę. Niech wina pomoże nam zrozumieć, że musimy pokutować, ciężko i długo. Że nie musimy mieć szczęścia, domu i pokoju, ponieważ przez nas inni nie mają szczęścia, są bezdomni i bez pokoju”[9], ginął w powodzi codziennej krzątaniny wokół aktualnych potrzeb. Nawoływanie do pokuty w kraju, gdzie priorytetem było uwolnienie się od stygmatu klęski, musiało zawisnąć w próżni.
Trwająca sześć lat okupacja Polski, bezprzykładna polityka rabunkowa, pacyfikacje, łapanki, uliczne egzekucje, eksterminacja ludności, szczególnie inteligencji pozostały przez dziesiątki lat poza obszarem zainteresowań Niemców. Wystawa o zbrodniach Wehrmachtu, która wzbudziła wielką debatę w zjednoczonych Niemczech, obejmuje okres od napaści na Związek Radziecki, jakby agresja na Polskę była epizodem, o którym nie warto wspominać. Zresztą pojęcie okupacja (Besatzung) zarezerwowane zostało w zbiorowej pamięci Niemców dla własnego kraju, podzielonego w latach 1945–1949 na strefy okupacyjne przez zwycięskie mocarstwa.
Niewiedza sprzyjała utrwalaniu negatywnych stereotypów. Zaprezentowane w 1963 roku wyniki badań przeprowadzonych w RFN na 1300 uczniach w wieku od 13–15 lat, mających na celu ukazanie postaw wobec ośmiu narodów wschodnioeuropejskich, dały wiele do myślenia. Na czele tabeli porządkującej najbardziej negatywne skojarzenia znaleźli się Rosjanie i Polacy. Jako cechy „wyróżniające” Polaków wymieniano kolejno: „brudni”, „leniwi”, „okrutni”, „podstępni”, „podli”, „bezczelni”, „kłamcy” (Dla porównania Węgrzy uznani zostali jako „odważni”, „pełni temperamentu”, „muzykalni”). Uczniowie hamburskich szkół, którzy kilka lat później mieli porównać Francuzów, Rosjan i Polaków, potwierdzili główny ton wypowiedzi. Polaków zakwalifikowano jako „prymitywnych”, „brutalnych”, „nieobliczalnych”, „chamskich”, „zimnych”, „nieprzyjaznych”, „podstępnych”. Polska postrzegana była przez młodzież jako mały, nieznaczący sąsiad Rosji. Rosja, mimo negatywnych skojarzeń, zaistniała w świadomości Niemców jako wielkie mocarstwo, które pokonało potężną armię niemiecką. Polacy skupili zaś na sobie wszystkie tradycyjne uprzedzenia na temat „zawszonych”, „wymagających pana Słowian”.
Motywy jednoznacznie negatywnych ocen Polaków są w pierwszym rzędzie skutkiem izolacji obozu wschodniego i brakiem w pierwszych dziesięcioleciach po wojnie jakichkolwiek kontaktów z Polską. Odrzucanie Polaków, „ponieważ są ludźmi słowiańskiego rodzaju”, opisy „znęcania się nad Niemcami”, ich „prześladowania” wskazują na skuteczność dawnej i wojennej propagandy. Wiedza uczniów o Polakach wyczerpywała się często na powielaniu zasłyszanych w domu klisz: „Oni mają złodziejską naturę, żądają terenów, które nigdy do nich nie należały (oni chcą dojść aż do Elby), są brudni i leniwi (…). Ulice wiejskie w Polsce pozbawione są wszelkiego piękna i czystości, podczas gdy wówczas, kiedy należały do Niemiec, były czyste i porządne”[10].
Nieobecność w polityce pamięci Polski i innych ofiar eksterminacyjnej i rasistowskiej polityki III Rzeszy rzutowała na polityczną edukację całego pokolenia powojennego. Bogaty materiał prac szkolnych na temat polityki hitlerowskiej, przygotowanych przez badaczy na przykładzie 3042 uczniów w wieku od 10–23 lat, zebrany w latach 1976–1977, potwierdza tezę, iż trzydzieści lat po wojnie praca nad pamięcią i rozrachunek z nazistowską przeszłością pozostawał w powijakach. W wypowiedziach uczniów Hitler jawił się jako między innymi „król Holandii”, „prezydent RFN, wszystkich armii i kolonii”, „następca cesarza Wilhelma”, „szef NATO”, „przywódca niemieckiej demokracji”, „kanclerz RFN”, ten, który „pomógł po wojnie stanąć Niemcom na nogi”, „największa osobowość w historii świata”, którego „najważniejszym dziełem było prześladowanie Żydów”. Hitler „gazował Żydów i psychicznie chorych” tylko dlatego, że „chciał Niemcy uwolnić od wszelkiego brudu” i „chciał mieć czysty kraj”. „Przybył do Niemiec w 1900 roku, a w 1905 wypowiedział Amerykanom wojnę”, „chciał dobrze dla Niemiec”, a „przegrał dlatego, że w Rosji padał śnieg”[11].
Polska jako pierwsza ofiara agresji Niemiec została zauważona w rzadkich wypadkach. Nie brakowało wypowiedzi, w których wojnę datowano na okres „1939–1965” lub „1945–1949”. Dominowało przeświadczenie, iż wojna rozpoczęła się dopiero wraz z agresją na Związek Radziecki. Nie należały do odosobnionych opinie, iż „atak na Polskę został dobrze zaplanowany”, „W 1945 roku Hitler dał rozkaz ataku na Francję i Polskę”, „Chciał przywrócić wolność Niemcom, dlatego rozpoczął wojnę przeciw Polsce”. Kilkakrotnie wyrażano przekonanie, że niemiecka armia odniosła wielkie zwycięstwo nad Polską, gdyż „Polacy sądzili, iż niemieckie czołgi są z papy”, oraz żal: „Wcześniej należała do nas Polska, NRD Rosja…itd. Tylko dlatego, że Hitler był tak chciwy, straciliśmy prawie połowę”. Autorzy prac szkolnych przyznawali, iż wiedzę o najnowszej historii swego kraju wynieśli głównie z domu rodzicielskiego.
Odwrócenie roli sprawcy i ofiary stanowiło element strategii odsuwania w niepamięć niewygodnych dla nowej tożsamości faktów. Polska jawiła się jako zaborca niemieckiego Wschodu. W centrum publicznej narracji postawiono bowiem pytanie: co nam uczyniono?, nie zaś: co uczyniliśmy innym? O utrzymanie stałego napięcia zadbały agendy organizacji ziomkowskich. Przyjęcie w 1956 roku przez Stałą Konferencję Ministrów Kultury zaleceń do „Wiedzy o Wschodzie” (Ostkunde) zadecydowało na lata o kształcie edukacji na temat Polski. „Niemiecki wschód musi być Niemcom, szczególnie młodzieży, znany i przyswojony. Jego osiągnięcia trzeba zakorzenić w niemieckiej świadomości historycznej. Niemcy winni mieć stosunek do terenów utraconych jako do ojczyzny, części swego narodu”[12].
Ostkunde jako zasada nauczania obowiązująca w czasach zimnej wojny, pielęgnowała obraz niemieckiego Wschodu jako utraconego raju, wzbudzając poczucie krzywdy, której sprawcą byli i pozostają Polacy. „Wschód, dawniej kraj niemieckiej nadziei i niemieckiej pracy, która wszystkim narodom wyszła na dobre i zjednoczyła je w jednej zachodniej wspólnocie losu, został rozbity. Stał się przedpolem Azji”[13]. Rewizjonistyczna terminologia, traktowanie polskich ziem zachodnich jako obszarów pod tymczasową polską administracją, nie służyło refleksji nad losem okupowanych narodów. Nawiązywało natomiast do przedwojennej retoryki i wspierało podtrzymywanie stanu wyjątkowego, tymczasowości i prowizorium w centrum Europy. Oba państwa niemieckie, jak i cała Europa, uwikłane zostały w ideologię konfrontacyjną: politykę RFN zdominował antykomunizm, NRD – antyimperializm. Negacja realiów powojennych przez RFN, komunistyczny dogmatyzm NRD i Polski, stanowiły przeszkodę nie do pokonania w zbliżeniu skonfliktowanych narodów. W 1951 roku tylko 8% społeczeństwa zachodnioniemieckiego optowało za uznaniem granicy z Polską, 80% było przeciwnych. Dopiero w sierpniu 1969 roku 34% obywateli tego kraju uznało możliwość pojednania z Polską.
Debatę nad niemiecką odpowiedzialnością za politykę III Rzeszy utrudniała postawa funkcjonariuszy organizacji przesiedleńczych, wspierana materialnie i politycznie przez kolejne rządy partii chadeckich. Krzywda „wypędzonych z ojczyzny” przekalkulowana została na siłę głosów wyborczych. Politycy kolejnych generacji powołują się do dziś na uchwaloną 5 sierpnia 1950 roku „Kartę niemieckich wypędzonych ze stron ojczystych” jako akt pokojowej woli współżycia w Europie. Głosi ona między innymi: „Świadomi swej odpowiedzialności przed Bogiem i ludźmi, świadomi swej przynależności do narodu niemieckiego i zdając sobie sprawę ze wspólnego zadania wszystkich narodów europejskich, wybrani przedstawiciele milionów wypędzonych z ojczystych stron” postanowili złożyć uroczyste oświadczenie: „My, wypędzeni ze stron ojczystych, rezygnujemy z zemsty i odwetu (…). Zdajemy sobie sprawę z bezmiaru cierpień, jakie w szczególności ostatnie dziesięciolecie sprowadziło na ludzkość”[14]. Nikt z polityków nawiązujących przy okazji rocznic historycznych do „Karty”, uznanej powszechnie za wyraz historycznej wielkoduszności, nie spojrzał przez ponad pół wieku krytycznie na dokument, który winą za wojnę obarcza nie nazistowskie Niemcy, lecz „ostatnie dziesięciolecie” i domaga się, by „narody świata wzięły odpowiedzialność za los wypędzonych z ojczyzny jako „najbardziej dotkniętych cierpieniem tych czasów”. Nie pędzeni do gazu Żydzi, nie więźniowie obozów koncentracyjnych, ofiary ulicznych egzekucji i tortur w okupowanej Europie, lecz wypędzeni wykreowani zostali na centralną ofiarę w Europie. Nie ma wzmianki o prawach do ojczyzny i życia Żydów, Słowian, Romów. Natomiast wypędzenie Niemców potraktowane zostało jako pogwałcenie praw Bożych:
Utraciliśmy nasze strony ojczyste. A pozbawieni stron ojczystych stają się obcymi na tej ziemi. Bóg umieścił ludzi w ich stronach ojczystych. Oddzielenie przemocą ludzi od ich stron ojczystych oznacza zabicie w nich ducha. Doznaliśmy i doświadczyliśmy tego losu. Dlatego czujemy się powołani domagać się uznania i urzeczywistnienia prawa do stron ojczystych jako przez Boga ofiarowanego podstawowego prawa ludzkości.
Zabrakło w powojennej przestrzeni refleksji, z jakiej zemsty i na kim pięć lat po wojnie rezygnowali wypędzeni. Przeciw komu miałaby być ona skierowana: zwycięskim aliantom?, najbliższym sąsiadom? W jakim kierunku potoczyłyby się wydarzenia, gdyby świat nie zrezygnował z odwetu na pokonanych Niemcach?[15]
Spoglądając w głąb własnego sumienia przeciętny Niemiec czuł się z wielu względów rozgrzeszony. Rozliczne pamiętniki najwyższych dowódców Wehrmachtu, jak i opublikowane listy polowe ukazywały zarówno generalicję, jak i „małego człowieka w uniformie” jako ofiary rozkazu. Tymczasem osiemnastomilionowa armia Wehrmachtu stanowiła szeroką reprezentację wszystkich grup społecznych. W świetle zachowanej dokumentacji nie da się obronić forsowanego przez dowództwo mitu „normalnej wojny” oraz armii jako autonomicznej wspólnoty, oderwanej od nazistowskiego aparatu przemocy.
Uspokoić własne sumienie przyszło o tyle łatwo, że wolni od poczucia winy czuli się najwięksi zbrodniarze. W imię czystości i porządku, swoiście rozumianego etosu pracy i poczucia obowiązku dokonywano zbrodni ludobójstwa, traktowanej jako moralna powinność[16]. Szanowane przez świat zewnętrzny cnoty…