Subskrybuj
Z wykształcenia filozof i teolog. W latach 1961–1983 była redaktorem i sekretarzem redakcji miesięcznika „Znak”. W latach 70. współtworzyła ruch hospicyjny w Polsce i pierwsze polskie hospicjum w Nowej Hucie. Przez pięć lat pomagała terminalnie chorym jako wolontariuszka. W latach...

***

Ale przecież zwykły, codzienny sens powszechnej praktyki modlitwy za umarłych musi być zakorzeniony w jakiejś krótkiej, niekoniecznie deklarowanej metafizyce. Świeckie rocznice nie są od metafizyki odcięte.

Pomyślałam, że tekst upamiętniający pożegnanie profesora Leszka Kołakowskiego powinien mieć formę komentarza do którejś z Jego wypowiedzi, krótkiej, by mogła pomieścić się w tej ulotnej rubryce. Od razu pomyślałam, że mogłoby to być jedno z 11 przykazań Profesora dla polskiego inteligenta [TP 1-2/2009]. Na przykład to jedenaste, które głosi, że ów inteligent może wyznawać dowolną wiarę lub niewiarę, byle nie przypisywał jej wartości poznawczej tego typu, co naukom przyrodniczym.

Na pierwszy rzut oka to przykazanie wydaje się proste i oczywiste. Tak sądziłam od młodości, od czasów gimnazjalnych (ok. 1947). Oficjalni misjonarze ateizmu usiłowali wtedy przekonywać młodzież, że nowoczesne nauki przyrodnicze skłaniają do odrzucenia religii. A równolegle co lepsi duszpasterze głosili, że właśnie owe nauki, ukazując doskonałość świata natury, podbudowują dowody istnienia Boga. Owszem, podobało mi się raczej ich podejście, ale efekt wspierania wiary przez podziw dla dzieł Stwórcy, miałam za efekt niejako prywatny; akt podziwu to już skok ponad to, co sama nauka może stwierdzić. Podobna sprawa z aktem zwątpienia. „Światopogląd naukowy”, tak czy inaczej pojęty, nie jest dziełem nauki, nie łączy się z nią związkiem wynikania.

Przykazanie Kołakowskiego ostrzega, by swojej opcji religijnej nie traktować tak, jak traktujemy wiedzę naukową. W obrębie współczesnego cywilizowanego świata wiedza naukowa w zasadzie łączy ludzi. Niemniej na etapie wstępnych hipotez, naruszających aktualny paradygmat, może też dzielić. W świecie nauki pewne zacietrzewienie pojawia się w punktach żywej aktywności twórczej.

Kołakowski nie walczy z tym zjawiskiem; za niegodne inteligenta uważa natomiast nie tylko zacietrzewienie religijne, lecz wszelkie upodobnianie religii do nauki (przy czym modelem nauki miałyby być nauki przyrodnicze). Błąd ten – grzech przeciw 11 przykazaniu  Profesora – pojawia się wtedy, gdy ktoś uważa swoją religię za ugruntowaną poznawczo w taki sam sposób, jak ugruntowane są teorie przyrodnicze. Czy więc zdaniem Kołakowskiego w kwestiach religijnych inteligent powinien być „irracjonalistą”? Nie sądzę, by Kołakowski to sugerował. Jego przykazanie wzywa, by rozróżniać domeny i odpowiednio do tego, w której z nich operujemy, miarkować dążenie do jednomyślności, pokusę przekonywania, dążenie do wprowadzenia innych na swoją drogę.

Taki z tego mój wniosek przy świecy ku czci profesora: w etosie inteligenckim mieści się szacunek, może wręcz podziw i fascynacja poszukiwaniami duchowymi, które się obserwuje, usiłuje opisać, zgłębić, ale nie podzielając pojawiającej się w nich afirmacji, niejako ujmując ją w cudzysłów czy nawias. Warto pamiętać, że mowa tu o inteligencji polskiej, której Kołakowski jest jednym z najwspanialszych ucieleśnień.

* * *

Czy to wszystko? Świeca spokojnie pali się dalej.

Mam przed sobą inny krótki fragment tekstu Kołakowskiego, wskazany mi przez Janka Turnaua. To refleksja o czasie i „metafizyce”, która staje się niezbędna w konfrontacji z czasem. Tu też szukam cudzysłowu, ale nie znajduję. Zamiast cudzysłowu – konstatacja, że metafizyki „innej nie będzie”. Mam wrażenie, że powtórzenie tych słów ma wykluczyć wszelką możliwość cudzysłowu. Bez cudzysłowu jako maski, bez osłony-obrony mamy się zmierzyć z przygodnością życia. Nie mam odwagi komentować tego tekstu. Przeczytajmy go teraz jako antyfonę do Psalmu 23., którym żegnaliśmy Profesora w kościele św. Marcina na Piwnej.

… Kompletna i krótka metafizyka. Innej nie będzie. Innej nie będzie.

Na czterech węgłach wspiera się ten dom, w którym, patetycznie mówiąc, duch ludzki mieszka. A te cztery są: Rozum, Bóg, Miłość, Śmierć.

Sklepieniem zaś domu jest czas, rzeczywistość najpospolitsza w świecie i najbardziej tajemnicza.

Od urodzenia świat wydaje się nam realnością najzwyklejszą i najbardziej oswojoną. (Coś było i być przestało. Coś było takie, a jest inne. Coś się stało wczoraj albo przed minutą i już nigdy, nigdy nie może wrócić). Jest zatem czas rzeczywistością najzwyklejszą, ale też najbardziej przerażającą. Cztery byty wspomniane są sposobami naszymi uporania się z tym przerażaniem.

Rozum ma nam służyć do tego, by wykrywać prawdy wieczne, oporne na czas.

Bóg albo absolut jest tym bytem, który nie zna przeszłości ani przyszłości, lecz wszystko zawiera w swoim „wiecznym teraz”.

Miłość, w intensywnym przeżyciu, także wyzbywa się przeszłości i przyszłości, jest teraźniejszością skoncentrowaną i wyłączoną.

Śmierć jest końcem tej czasowości, w której byliśmy zanurzeni w życiu naszym, i być może, jak się domyślamy, wejściem w inną czasowość, o której nic nie wiemy (prawie nic). Wszystkie zatem wsporniki naszej myśli są narzędziami, za pomocą których uwalniamy się od przerażającej rzeczywistości czasu, wszystkie zdają się temu służyć,

by czas prawdziwie oswoić.

TP 43/2004

ZNÓW POWSTANIE

Aktualność wątpliwa. Minęło. W zasadzie minęło rocznicowanie. W swoim blogu [jurodiwy-pietruchblog – archiwum] zadaje ciekawe pytanie czy też rzuca spostrzeżenie: rocznice świeckie nie są przecież czymś takim, jak święta roku kościelnego. Tak naprawdę „godzina W” w roku 2009 nic nie ma wspólnego z „Godziną W” roku 1944. Tych godzin nie łączy ta sama prawda, podczas gdy właśnie prawda łączy początek życiorysu Jezusa z Nazaretu z naszym Bożym Narodzeniem 2009. Ewangeliczny życiorys świadczy o wierze w to, kim jest Jezus; podobnie, choć nie z aż taką siłą i przejrzystością mówi o tym nasze współczesne święto Bożego Narodzenia. W świecie wiary Wielki Piątek realnie konfrontuje wierzących ze śmiercią Jezusa. Konfrontuje inaczej niż się to działo kiedyś, ale jednak tak, jak pod krzyżem w pobliżu jednej z bram Jerozolimy.

Podkreślam: tak jest w świecie wiary. To wierze zawdzięczamy rzeczywistość kontaktu z tajemnicą, którą czcimy.

Napisałam kiedyś, że Jan Paweł II w szczególny sposób sam przeżywał i dlatego bardzo promował obchodzenie rocznic, także świeckich, nadając im charakter w gruncie rzeczy religijny.

Odwołam się do już cytowanej tu „krótkiej metafizyki” Kołakowskiego. Jedną z jej tez jest, że dla opanowania przerażenia bezpowrotnym upływem czasu możemy się uciec do idei Boga-Absolutu nieuwięzionego w czasie. Człowiek, któremu wiara pozwala mieć żywy kontakt z Bogiem, może spoglądać w przeszłość z poczuciem jej trwającej obecności. Nie tylko historia święta – historia zbawienia, dzieje ludu z jego Bogiem, lecz cała historia trwa jako znana Bogu, w Nim równa teraźniejszości. Rzadko o tym myślimy, to są prawdy zawrotne, nieoswojone.

Ale przecież zwykły, codzienny sens powszechnej praktyki modlitwy za umarłych musi być zakorzeniony w jakiejś krótkiej, niekoniecznie deklarowanej metafizyce. Świeckie rocznice nie są od metafizyki odcięte.

„Rocznica” to dzień z teraźniejszości upamiętniający, a nawet uobecniający dla nas wydarzenie wydobywane z przeszłości. Możliwość uobecnienia zawdzięczamy władzy pamięci i odczuciom, które wiążą się z tym wydarzeniem do dziś. Z wydarzeniem z przeszłości wiąże żal, wdzięczność, poczucie współodpowiedzialności, uznanie, afirmacja, duma. Ale bywa, że gniew, wstyd. Zależy to od poznania, od stanu wiedzy, poziomu zniekształceń, ubytków informacji. Coś się jednak przez tę magmę przedziera.

W świetle Krótkiej Metafizyki możemy uznać, że Bóg zna pamiętane przez nas wydarzenie – ale nie tak, jak my, Jego myśli nie są naszymi myślami, On jest Panem nad naszą teraźniejszością i nad przeszłością, jak nad jedną krainą. Horyzont Boga – określenie nieadekwatne! – obejmuje też przyszłość, którą dopiero będziemy kształtować, która dla Niego jest już, ale jeszcze nie ma jej ani w nas, ani dla nas.

Usiłując wydobywać z przeszłości wydarzenia znaczące, aby poświęcić im jakiś fragment teraźniejszości, w istocie uprawiamy grę z czasem – z własnym życiem jako strumieniem czasu, z życiem tych, których przywołujemy. Myślę, że ta gra powinna być bezinteresowna. Przeszłość nie powinna być używana jako narzędzie. Zabrania tego szacunek dla ludzi, tych co żyli przed nami i dla nas samych przedtem, przed tym, co teraźniejsze.

Termin „polityka historyczna” ma wiele znaczeń. Niestety dla mnie pierwsze skojarzenie to tromtadracja, efekciarstwo, biało-czerwony PR. Oczywiście – nie do przyjęcia. Głębiej, to próby „zarządzania pamięcią”, może „gospodarowania pamięcią”. A przecież pamięć jest domeną osobistą. Pamięć buduje się od wewnątrz, chociaż karmi się nie tylko wydarzeniem jako przeżytym kiedyś, lecz i tym, co dociera do wnętrza później, uzupełnieniami danych i propozycjami interpretacji.

Człowiek powinien poruszać się po świecie, który dostarcza jego pamięci różnorodnych bodźców. „Ministerstwo prawdy” ani „ministerstwo historii” nie powinno tym światem „zarządzać”. Niech lepiej pielęgnuje 95 kwiatów, unikając hodowania szaleju.

 

REWIZJA ŻYCIA

Wciąż jest rok 1975. Kolejna „rozmowa przy ogniu”. Czuję, że te rozważania zachowały aktualność. Czy się mylę sądząc, że mogą się komuś jeszcze przydać? Obecny odcinek jest w zasadzie przedostatni. Wyobraźmy sobie jesienne ognisko, przy którym grupa przyjaciół dzieli się myślami. Pewnego rodzaju kontynuacją są „samorekolekcje” w moim „Myślenniku”.

1. Ewangelia coś nam daje: wizje dobra, obietnicę, że będziemy uczestniczyć w Zwycięstwie Jezusa. Ale to nie wszystko: dar jest także zadaniem. Przykazania nie są istotą Dobrej Nowiny, stanowią raczej jej konsekwencję, a nie główną treść. Ale są, obowiązują. W moim stosunku do przykazań wyraża się mój stosunek do Boga. Ewangelia jest przecież także Prawem – prawem Chrystusa. Kiedy patrzę na Ewangelię jako na Prawo określające moje obowiązki, ogarnia mnie lęk. To Prawo wyznacza mi ton za wysoki… Czy naprawdę mój projekt życia ma zakładać aż to – rzeczy tak trudne, jak miłowanie nieprzyjaciół? Czy to jest realne? To znaczy, czy ja mogę zakładać, że kiedykolwiek dojdę do tego, by rzeczywiście żyć według Ewangelii? Ale z drugiej strony nie odpowiada mi wcale sytuacja, w której Prawo Chrystusa byłoby traktowane jako odległy ideał, jako coś dla świętych, lecz nie dla mnie. Podobnie jest…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Po 1 września. Groza codzienności