Subskrybuj

Małe podróże

Wyjazdy do babci do Mirkowic to pierwsze podróże, które odcisnęły w mej jeszcze nie do końca rozwiniętej korze mózgowej ślad bieżnika, tak dzisiaj zamazany. Do Mirkowic było siedem kilometrów, prawie cały czas pod górę, bo jechało się w stronę Gór Świętokrzyskich.

To „pod górę” pamiętam bardzo dobrze z czasów, kiedy zdarzało mi się posuwać tam rowerem. A nie licząc dziecinnego „Bobo”, pierwszy rower był to czarny „Ural” mojego brata, kobylasta maszyna o wiele dla mnie za duża, na której najpierw jeździłem „pod ramę”, czyli w idealnej do zniekształcenia kręgosłupa i zwyrodnienia stawów biodrowych pozycji z nogą przełożoną właśnie pod ramą. Potem dosiadałem „Urala” już normalnie, górą, ale wciąż nie sięgałem siodełka, więc jeździłem cały czas stojąc na pedałach i boleśnie dostając ramą po jajcach, kiedy stopa omsknęła się z pedału. Jednak z tą pozycją znakomicie sobie radziłem za pomocą wyobraźni: wystarczyło wyobrażać sobie, że jest się samotnym uciekinierem z peletonu Wyścigu Pokoju, a już sposób jazdy na stojaka znajdował należyte uzasadnienie. Ale zanim potrafiłem dotrzeć do Mirkowic rowerem, jeździłem tam z rodzicami: początkowo na motorze lub ciężarówką, potem pekaesem, emkaesem i, jakże by inaczej, „okazją”. Na motorze marki „Pannonia” Ojciec woził mnie na baku przed sobą. Były to fajne podróże, podczas których doznawałem stanów euforycznych, zapewne głównie za sprawą szybkości, ale nie można wykluczyć, że wlew paliwa, który miałem pod nosem, nie był całkowicie szczelny. Z podróży ciężarówką – chyba był to „Star 25” – pamiętam tylko jedno wrażenie, krótkie jak błysk i też związane z szybkością. Wracaliśmy z Mirkowic, a więc z górki, i spojrzałem na licznik, który pokazywał prędkość 50 km/godz. i pomyślałem sobie: „Ależ my pędzimy!”. I proszę się nie śmiać, bo było to ładnych parę lat przed publikacją w „Płomyczku” wierszyka, który z niewiadomych powodów znam do dziś na pamięć, a w którym napisane było m. in.: „Sześćdziesiątką na liczniku fiacik sobie mknie, piąte koło w bagażniku strasznie nudzi się”. Adam Bartosz, ten od Cyganów, zamieścił w książce Jakuba Czupryńskiego „Autostop polski” wspomnienie swoich podróży, a w nim następujący fragment: „Kiedy opuściłem Ziemie Odzyskane i przeprowadziłem się do Tarnowa zdziwiło mnie pewne zjawisko: »jeżdżenie łokazją«. Kierowcy chcieli ode mnie pieniądze, a ja nie wiedziałem, o co im chodzi. Okazało się, że w Małopolsce zwyczajowo wielu ludzi jeździło »na łebka« i dawało kierowcom zawsze parę złotych”. Zgadza się. Kawałek w górę od Małopolski zwyczaj ten był równie powszechny i nie dziwił nikogo. Dla mojego Ojca „łebki” były regularnym źródłem dodatkowych dochodów. Ceny były oczywiście umowne, ale dość ściśle określone. Jak się jechało okazją do Mirkowic, to wiadomo było, że jakiś datek trzeba kierowcy zostawić, ale w żadnym razie nie tyle, ile zapłaciłoby się za bilet w autobusie – po prostu obie strony musiały na tym zarobić, to logiczne. Jazdy okazją były zawsze ciekawsze, niż telepanie się zatłoczonym autobusem z zatrzymywaniem się na licznych przystankach. Z podróży autobusem dobrze wspominam tylko oczekiwanie na niego na przystanku w Mirkowicach, gdzie było pole, na którym zawsze rosło coś ciekawego, na ogół porzeczki. Zupełnie innymi wyjazdami były prawdziwe wycieczki turystyczne. Też ledwie je pamiętam i mogę o nich opowiedzieć tylko wyrywkowo. Może powinienem zrobić to wierszem, bo pamiętam nawet nie tyle epizody, ile obrazy, a te ludzkim językiem opowiedzieć trudniej. Pamiętam atmosferę wesołego autobusu i nastrój rodziców zupełnie inny od codziennego. Pamiętam nazwy odwiedzanych miast, choć nie pamiętam samych miast. Baranów, Sandomierz, Nisko, Ulanów, Oblęgorek, Kazimierz, Puławy, Łańcut, Leżajsk, Zakopane… Zresztą w takim Nisku nie musieliśmy się nawet zatrzymywać, mogłem je zapamiętać tylko dzięki niepowtarzalności nazwy i częstotliwości powtarzania jej na trasie. „To co, panie Mieciu, pojedziemy na Nisko i w Nisku odbijemy na Leżajsk?” Tak właśnie mogło być. Wycieczki zakładowe były w tych zamierzchłych czasach powszechną rozrywką mas pracujących. Jeździło się zazwyczaj całymi rodzinami. Pracownicy mogli się przy tej okazji zintegrować i należycie docenić nieznane im dotąd strony osobowości koleżanek i kolegów, czemu służyły zewnętrzne okoliczności oraz wódka pchająca wszystkich do brawurowych czynów od wewnątrz. Ponadto wspomniany pan Miecio był to mój Ojciec, kierowca PKS-u, który czasem zabierał mnie dla towarzystwa w podróże dla niego służbowe. Jeździłem więc całkiem sporo, przynajmniej w porównaniu z moimi rówieśnikami z okolicy. Konfucjańska sentencja mówiąca, że Droga sama w sobie jest celem, sprawdzała się w moim wypadku co do joty. Najmocniej wryły mi się w pamięć niekończące się jazdy autobusem. Zawsze trwało to bardzo długo i zawsze było przyjemne. Niewygód nie pamiętam. Lubiłem, kiedy dorośli mościli się na swoich miejscach i dla niektórych trzeba było rozkładać dodatkowe siedzenia bez oparć w przejściu prowadzącym przez środek nieśmiertelnego jelcza. Lubiłem pić drżącą ręką herbatę nalewaną z termosu. Uwielbiałem klęczeć na ostatnim siedzeniu tyłem do kierunku jazdy i machać rączką kierowcą jadącym za nami. Często zdarzało się, że…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Po 1 września. Groza codzienności