Subskrybuj
Tłumaczka literatury niemieckojęzycznej, eseistka, autorka m.in. książek Rubryka pod różą (2007), Jak być artystą. Na przykładzie Thomasa Manna (2011), Dziwna rzecz – pisanie (2012).

Mrówki, koniki polne, wiewiórki

W spiżarniach chroni się również czystej wody marzycielstwo, bo jak inaczej nazwać tę rozbrajającą, na niczym przecież nie ugruntowaną wiarę w przyszłość – że w ogóle nastąpi, że warto o niej myśleć i jakoś brać ją pod uwagę.

„Kobiety tych okolic osądzało się nie na podstawie tego, co mogły pokazać w opiętych sweterkach, lecz po tym, czym się mogły pochlubić na półkach spiżarni. Mężowie otwierali na oścież drzwi tych skarbców i wyzywali zuchwale na pojedynek: kto ma więcej?” – pisze Betty MacDonald w przepysznej opowieści o farmerskim życiu w stanie Washington w latach 20. ubiegłego wieku. Wcale się nie dziwimy. Chwalenie się swoją zamożnością na pewno nie jest najładniejszą cechą ludzkiej natury, ale duma ze zgromadzonych zapasów to jednak trochę co innego. Spiżarnia – w swojej wersji klasycznej – ma pewne właściwości, które wynoszą ją ponad zwykły stos złota, portfel akcji albo superbrykę.

W słojach, beczułkach i wędzonych połciach osadziła się nasza własna praca i przemyślność. Trzeba było czegoś nazbierać, coś wyhodować albo upolować, odpowiednio przyrządzić, obmyślić najlepszy sposób konserwacji – a wszystko wieńczy ostatni gest umieszczenia produktu na właściwym miejscu w spiżarni, obok innych – jak w muzeum.

Spiżarnia jest płodem ducha przezornego. Wiadomo, że może być gorzej: przyjdzie zima, przyjdzie siedem lat chudych i wtedy zapasy będą jak znalazł. Niekiedy w grę wchodzi duch, który po prostu nie znosi marnotrawstwa: wprawdzie niepodobna skonsumować wszystkiego, co się akurat nadarza, ale nie można też pozwolić, by nadwyżki się zmarnowały, więc ocalajmy, co się da, na pewno kiedyś znów nabierzemy apetytu. Oba duchy można by posądzać o skłonności małodusznie praktyczne i przyziemne oraz odrobinę nimi gardzić. Betty MacDonald, która nie lubiła domowych przetworów, pisze:

Robienie zapasów na zimę to zboczenie umysłowe, jak każda forma paskarstwa. Najpierw sadzi się za dużo w ogrodzie, potem traci się niezliczone godziny, uprawiając to w piekącym słońcu, a potem kupuje się szybkowar i wszystko konserwuje, żeby się nic nie zmarnowało.

Takie uwagi nasuwają się konikom polnym na widok mrówek. Tymczasem w spiżarniach chroni się również czystej wody marzycielstwo, bo jak inaczej nazwać tę rozbrajającą, na niczym przecież nie ugruntowaną wiarę w przyszłość – że w ogóle nastąpi, że warto o niej myśleć i jakoś brać ją pod uwagę. Maria Ossowska zauważa, że w trosce o zachowanie rzeczy materialnych przejawia się także patetyczny „głód trwałości (…), głód w tylu innych dziedzinach tak tragicznie nieraz nie zaspokojony”.

W polskiej kulturze dziewiętnastowiecznej, zwłaszcza po powstaniu styczniowym, od zwykłej spiżarni albo spichrza niedaleko już było do wirtualnej skarbnicy, w której gromadziły się idee, aspiracje i wysiłki, w realnej przestrzeni historycznej skazane na porażkę. Mowa o tym na przykład w dialogu z Księżniczki Zofii Urbanowskiej:

„– (…) Co za straszna rzecz pomyśleć, że czyjeś życie zostało zmarnowane!

– Zmarnowane? Nie, pani, poszło do skarbnicy, gdzie od dawna zbiera się fundusz narodowy, fundusz, z którego wszyscy czerpią zapomogę. Nic nie ginie na świecie”.

Berentowi w 1906 roku ta skarbnica już podejrzanie trąciła grobową kryptą. Idee, które się tylko przechowuje – a nie wystawia na próbę nowych wyzwań i problemów ­– zdolne są, owszem, przetrwać, ale w martwej postaci i po jakimś czasie dla nikogo nie będą pomocą, przeciwnie, mogą się okazać się „niewidocznym jadem”. Idea bowiem „przede wszystkim potrzebuje światła”.

W tym samym mniej więcej czasie i również w duchu ponietzscheańskim w Davos Naphta objaśnia Castorpowi zasady „hermetyki”, tj. alchemicznej przemiany materii, która osiąga dzięki temu coraz wyższą i szlachetniejszą postać. Symbolem tej przemiany jest grób, co w Czarodziejskiej górze ma swoje znaczenie, ale Castorp ochoczo podchwytuje słowo „hermetyka” i wyjeżdża z opowieścią o gospodyni z domu w Hamburgu, zapełniającej spiżarnię słojami Wecka, które mogą stać latami, a po otwarciu zawartość jest „zupełnie świeża i nietknięta zębem czasu”, ponieważ była „hermetycznie przed nim zamknięta” – i trzeba będzie całej powieści, by przedstawić zawiłe związki między trwaniem a zmianą w czasie.

Tak to bywa z symbolami i metaforami – ledwie coś oświetlą i unaocznią, to zaraz skomplikują.

Fantastyczna spiżarnia opisana jest w Pachnidle. Przebywając w górskiej…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Po 1 września. Groza codzienności