Subskrybuj
Dr hab., adiunkt na Wydziale Polonistyki UJ, historyk literatury, krytyk literacki i filmowy, wydał m.in. Świat poezji Stanisława Barańczaka (1995) oraz podręczniki do nauki języka polskiego w liceum Opowieść o człowieku.

Jak domek z kart

Gdy się skończyła wojna, my, młodzi, zrozumieliśmy jedno: miało być inaczej. Ale dlaczego miało być inaczej? Bo nam rodzice mówili, że będzie inaczej. Większość z nas, w tym ja, przestało mieć rodziców, bo nasi ojcowie w większości zginęli, mojego ojca, kapitana Jakuba Wajdę, zamordowano z rozkazu Stalina w Charkowie wiosną 1940 roku, więc zostaliśmy sami. Ta samotność dosyć szybko stała się jednak dla nas szkołą. Szkołą życia.

Krzysztof Biedrzycki: W Pana twórczości II wojna światowa jest bodaj czy nie najważniejszym tematem. Pomimo upływu dziesiątków lat wraca Pan do niej. Nawet w najnowszych filmach, w Katyniu wprost, w Tataraku przez odwołanie do niezagojonej rany spowodowanej przez śmierć wojenną. Dlaczego tamte czasy wciąż pozostają dla Pana tak ważne?

Andrzej Wajda: Właściwie wojna oddaliła się ode mnie. Jeśli jednak do niej wracam, to głównie dlatego że obserwuję, jak fabrykuje się nowa historia Polski. Nie mogę się z tym pogodzić. Rozumiem, że słaba Polska, która ledwie stoi na nogach, nie może sobie pozwolić na to, żeby powiedzieć pełną prawdę o przeszłości, w tym o dwudziestoleciu międzywojennym. Ale Polska, która jest już w Unii Europejskiej, która się zjednoczyła z Europą tak dalece, jak to obecnie obserwujemy, nie powinna odczuwać strachu mówienia o tym, co było bolesne. A powiedzmy otwarcie: przedwojenna Polska to był domek z kart, który rozpadł się w ciągu kilku dni. Ja wtedy miałem 13 lat i to było najważniejsze doświadczenie mojego życia. Zobaczyłem wtedy, że wszystko, o czym nam mówiono, jest nieprawdą. Nieprawdą była armia, w której służył mój ojciec, rozbita i pozbawiona jakiegokolwiek taktycznego planu. Upadł autorytet marszałka Śmigłego-Rydza, prezydenta. Prezydent Mościcki pierwszego czy drugiego dnia wojny wyciągnął swój szwajcarski paszport, wsiadł, w co tam miał, i uciekł. Prezydent Rzeczypospolitej, którego portret wisiał w naszej szkolnej klasie pomiędzy krzyżem a portretem marszałka Śmigłego. Marszałek uciekł do Rumunii. Dlaczego do Rumunii? Polska tak nieudolnie prowadziła swoją politykę zagraniczną, że jedynie na króla rumuńskiego można było liczyć, bo innych królów już nie mieliśmy po swojej stronie. Każda armia ma dwa plany, jeden ofensywny, a drugi defensywny, bo bierze pod uwagę, że może też znaleźć się w takiej sytuacji. Marszałek może mówić, że „nie oddamy ani guzika”, ale przecież jego sztab i jego generałowie rozumieją, co się może zdarzyć. Nie było żadnej oceny przeciwnika, żadnej. 17 września wbili nam bolszewicy nóż w plecy, ale to też można było przewidzieć. Nie było szans, żeby Polska się obroniła, ale nie było powodu, żeby ta klęska wyglądała tak haniebnie! Zwłaszcza w oczach trzynastoletniego chłopca.

Dla Pana pokolenia to był właściwie koniec waszego świata?

Tamtego świata na pewno. Obraz odchodzącego na wojnę Ojca pozostał na zawsze w moich oczach, gdyż potwierdzał rycerską tradycję, kiedy Matka, całując Go na pożegnanie, w kieszeni munduru na sercu umieściła ryngraf z wizerunkiem Częstochowskiej Madonny.

Czwartego czy piątego dnia wojny, jakoś tak zaraz na początku, pod nasz dom podjechała konna podwoda i okazało się, że my jako rodzina oficerska mamy nakaz uciekać z Radomia. No i uciekaliśmy tą podwodą zaprzężoną w dwa konie do Puław i potem jeszcze do wsi Parchatka, która się znajduje w pół drogi do Kazimierza. Naszą podwodę konwojował żołnierz, gdy kolejny raz samolot niemiecki zaczął ostrzeliwać drogę, a ludzie uciekali w popłochu, nasz żołnierz się zdenerwował, zdjął swój pięciostrzałowy karabin z ramienia i zaczął strzelać do samolotu. I to jest dla mnie obraz 1939 roku! Obraz totalnej bezradności.

Nie mówię, jakie było bohaterstwo, ilu wspaniałych ludzi zginęło, o bitwach, które stoczono pomimo wszystko. Ja mówię, że obraz, który zobaczyłem, był dokładnie zgodny z planem naszego największego wroga, hitlerowskich Niemiec: stworzyć totalną panikę. Gdzie szli ci ludzie? Gdzie uciekali? Gdzie był wróg? Czy byli jacyś przyjaciele? Zostaliśmy sami.

Do tego obrazu dołącza się następny. Po kilku tygodniach, kiedy już armia niemiecka wkroczyła do Polski, matka zorientowała się, że nie ma co już dalej siedzieć w tych wzgórzach nad Wisłą i postanowiła wracać do Radomia. Ledwie wyjechaliśmy na drogę prowadzącą przez Kazimierz i Puławy, zobaczyłem niemiecką armię, pierwszy raz na własne oczy. Powiem, że ten obraz, który zobaczył trzynastoletni chłopiec, mogę porównać tylko do… Gwiezdnych wojen Lucasa, to była jakaś fantastyka. Piechota siedziała po czterech w rzędzie na ciężarówkach, po bokach sunęły motocykle, które ją ochraniały, dowództwo jechało w specjalnych samochodach, radiostacja z nimi. A przecież wychowałem się, urodziłem się w koszarach. Trzeciego maja defilada w Suwałkach, gdzie mieszkałem, była większa niż w Warszawie. Widziałem cięcie szablą i robienie lancą. Tak w mojej wyobraźni wyglądało wojsko. Oczywiście widać też było próby unowocześnienia tej armii. Gdy przenieśliśmy się do Radomia, pojawił się pluton łączności. Miałem wielkie szczęście znać Adama Mauersbergera. Powiedział kiedyś do mnie, jakby czytał w moich myślach – „Panie Andrzeju, niech pan nie wierzy, że w 1939 roku nie było łączności w polskiej armii, łączności nie było w głowie Rydza-Śmigłego”. Organizacja tej armii była organizacją z poprzedniej epoki. A ta część wojska, o której mówię, przypominała raczej armię napoleońską, którą po latach pokazałem w moich filmach.

Ryngraf może ochroniłby Ojca przed kulami, ale nie przed zdradą, dlatego po 17 września znalazł się z innymi oficerami w sowieckiej niewoli, ostatnia wiadomość, jaka do nas dotarła późną jesienią, mówiła, że znajduje się w obozie w Starobielsku. Ja, trzynastolatek, znalazłem się w takiej sytuacji: nie mam ojca, a cała przeszłość, która mnie ukształtowała, zniknęła jak cień. Zniknęło to wszystko, co mówili nam dorośli, co chcieli nam, dzieciom, wpoić i co przecież wpoili, bo gdyby nie wpoili, to nie przeżywałbym tego w tak intensywny sposób, nie obserwowałbym tych obrazów tak krytycznie. Od tego momentu trzeba było się posługiwać własnym rozumem. Bo nie miałem już nikogo, kto by był dla mnie autorytetem. Oczywiście w wieku 15 lat złożyłem przysięgę i stałem się żołnierzem AK, ale tam nie było ani miejsca, ani czasu na takie rozważania.

Czy dlatego tamta Polska tak rzadko pojawia się w Pana filmach?

Przedwiośnie byłoby takim filmem. W 1960 roku pierwszy scenariusz z Przedwiośnia napisał dla mnie Antoni Słonimski. Ale od roku 1960 do 1989, za PRL-u, ja tego filmu zrobić nie mogłem przy konsekwentnym sprzeciwie cenzury. A potem, gdy chciałem wrócić do tego tematu, Telewizja oddała go już komuś innemu. Okres międzywojenny odszedł ode mnie raz na zawsze. A co zostało? Niestety śmierć Narutowicza, Bereza Kartuska, zamach majowy, rządy pułkowników. To oni doprowadzili do katastrofy, którą oglądałem na własne oczy w te dni ucieczki we wrześniu 1939 roku. Dlatego nie odczuwałem jakiejkolwiek tęsknoty za czasami przedwojennymi. Mógłby ktoś powiedzieć, że to mogło mnie pchnąć w objęcia lewicy. Nie, lewica była mi głęboko obca, w moim domu, oficerskim domu, nigdy się o tym nie mówiło, to nie miało żadnego znaczenia. Nie miałem w tamtym kręgu znajomych. To w ogóle nie był mój problem. Niedawno obejrzałem wystawę na Zamku Królewskim w Warszawie poświęconą Dwudziestoleciu, którą przygotowało Muzeum Historii Polski. Co mnie uderzyło? Fałszywe, wyprodukowane przed wojną hasła nagle ożywają. Ożywia je skrajna prawica, która nie ma żadnej legitymacji, bo to przecież ona przegrała w 1939 roku. To oni zamordowali Narutowicza, to oni wsadzili do Berezy Kartuskiej Witosa, to oni doprowadzili do tego, że sejm zaroił się od mundurów. Mówi się, że to byłe epoka zbudowania Gdyni, Centralnego Okręgu Przemysłowego, naszych samolotów, naszych pilotów, RWD, itd. Tak, ale to były działania poszczególnych ludzi. W naszym kraju ludzie pełni inicjatywy byli zawsze. A gdy się pojawiły bardziej sprzyjające okoliczności, wykorzystywali je. Dlatego po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku rozwinęła się oświata, uniwersytety, sztuka. Natomiast rezultat tego, co zależało od polityki, zwłaszcza polityki zagranicznej i od zewnętrznej sytuacji, zobaczyłem na własne oczy w 1939 roku. To się rozpadło jak domek z kart, jak to nazwał Zegadłowicz w swojej sztuce granej po wojnie. Gdy wojna się skończyła, byliśmy bardzo młodzi. Miałem 19 lat. Wydawało się nam, że wszystko jest przed nami. Ale przed nami był Związek Radziecki i towarzysz Stalin. Tak, tylko że to nie myśmy wybrali ten ustrój, nie my odpowiadaliśmy za tę powojenną Polskę. My, młodzi ludzie, byliśmy wtedy świadkami kolejnej klęski, którą było powstanie warszawskie. Ono definitywnie dobiło przedwojenną Polskę. Jeśli po powstaniu cokolwiek jeszcze zostało z tamtego przedwojennego świata, to tylko gdzieś głęboko w naszej świadomości. Patrzenie na powstanie warszawskie jako na akt duchowy, że gdyby nie śmierć naszych chłopców i naszych dziewczyn, to przez te wszystkie ciemne lata komuny i stalinizmu nie przechowalibyśmy najcenniejszych wartości patriotycznych, jest czymś niemądrym. Ja patrzę na powstanie warszawskie niestety z perspektywy zwycięstw Stalina: stanął na drugim brzegu Wisły i patrzył, jak Hitler morduje największą armię podziemną w Europie, Armię Krajową, wiadomo było, że po powstaniu warszawskim ona już się nie podniesie. Po drugie: oczekiwanie, że powstanie stworzy miejsce dla rządu londyńskiego, który pojawi się w Warszawie i uniemożliwi Stalinowi jakiekolwiek dalsze ruchy, było przecież fikcją. Stalin z rządem londyńskim zerwał przy okazji zbrodni katyńskiej. Z kolei zburzona Warszawa dla rządu komunistycznego stwarzała ogromną propagandową szansę, możliwość odbudowy. Kto żyw, i kto mógł, wrócił do Warszawy i rzucił się do odbudowy miasta, to było wtedy prawdziwym niekłamanym patriotyzmem. Tylko że dookoła była wieś. Strasznie biedna wieś. Przyjechali więc biedni chłopi, zajęli się budowaniem stolicy. A jak zostali murarzami, poczuli swoją klasową siłę. Wtedy propaganda oznajmiła, kto zburzył Warszawę – rząd londyński, a odbudował – rząd warszawski. To był następny prezent Stalina dla nowej władzy Polsce. Stalin osiągnął jeszcze jeden sukces. Przestała istnieć stara Warszawa, a z nią jej dawna ludność. A Warszawę zaludnili murarze, ci wszyscy, którzy byli potrzebni przy odbudowie. To oni zaludnili stolicę. Równocześnie tworzyła się nowa władza. Normalnie tworzyłaby się też z ludzi tam mieszkających, z przedwojennych urzędników. Ale nie było ich. Władzę obejmowali ci, którzy przeprowadzili się do nowych domów. To oni zaczęli pracować w ministerstwach PRL-u i rządzić Polską Ludową. Opowiem zabawną anegdotę. W latach siedemdziesiątych przeprowadziliśmy się z Krystyną Zachwatowicz na Żoliborz i remontowaliśmy nasz dom. Znaleźliśmy jakiegoś murarza,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Po 1 września. Groza codzienności