Subskrybuj
Powstańcy warszawscy

Uwagi o Powstaniu Warszawskim

Czytając liczne, lepsze i gorsze relacje o Powstaniu, stwierdzam, że wiele jego realiów jest przemilczanych, pomijanych i skazywanych na zapomnienie. Podam jeden tylko przykład: jak dotąd nie napotkałem w literaturze żadnej relacji o zapachach Powstania, a przecież pachniało ono, i to silnie.

Muszę zacząć od wytłumaczenia, dlaczego w ogóle te „uwagi” piszę. Nie jestem z wykształcenia historykiem. Wprawdzie w wieku lat siedemnastu brałem udział w Powstaniu Warszawskim, ale fakt ten ma dla pisania o tym wydarzeniu znaczenie zarówno pozytywne, jak i negatywne. Pozytywne – bo bezpośrednio poznałem jedyny w swoim rodzaju klimat Powstania i jego realia, często nieznane lub niezrozumiałe dla ludzi, którzy ich sami nie przeżyli. Negatywne – bo poznając mały fragment tej olbrzymiej bitwy, mogę/muszę mieć skłonność do uogólniania własnych doświadczeń. A przecież każda dzielnica i każdy oddział miał swoją historię i charakter, odmienne od historii i charakterów innych dzielnic i oddziałów.

Decyduję się na pisanie głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, po okresie szkalowania Powstania nastał czas, w którym zaznaczają się dwie tendencje. Jedna to jego idealizacja, wzmocniona przez reakcję na czas oficjalnej nagonki. Druga to reakcja na tę reakcję: potępianie działalności AK w ogóle, a Powstania w szczególności. Obie te tendencje w różny sposób fałszują rzeczywistość. Pierwsza jest sympatyczna, ale – moim zdaniem – groźniejsza. Grozi mianowicie tym, że zamiast prawdziwej, rzetelnej wiedzy o Powstaniu w całej jego złożoności, wytworzymy nieprawdziwy mit. Ani przez chwilę nie kwestionuję niezliczonych czynów prawdziwie bohaterskich wielu żołnierzy i cywilów. Ale widząc blaski, nie zamykajmy oczu na cienie, fakty nieodpowiedzialności, głupoty, tchórzostwa czy zwyczajnych przestępstw.

Po drugie, czytając liczne, lepsze i gorsze relacje o Powstaniu, stwierdzam, że wiele jego realiów jest przemilczanych, pomijanych i skazywanych na zapomnienie. Za lat kilkanaście nie będzie już żyjących świadków Powstania i to, co do tego czasu nie zostanie o nim napisane, zniknie z ludzkiej pamięci. Podam jeden tylko przykład: jak dotąd, nie napotkałem w literaturze żadnej relacji o zapachach Powstania, a przecież pachniało ono, i to silnie. Takich pominięć jest mnóstwo.

Nie mam ambicji przedstawienia pełnej charakterystyki Powstania. Te „uwagi” nie są jego historią ani analizą. Są tylko uwagami dotyczącymi niektórych kwestii, niedopowiedzianych w znanej mi literaturze powstańczej. Oczywiście, nie uniknąłem przy tym pisania także o sprawach znanych.

Żołnierze Powstania

l. Pochodzenie.

W Powstaniu walczyli ludzie bardzo różni. Obok uczniów, studentów, rzemieślników, robotników, inteligentów, także – choć w mniejszej liczbie – ludzie z marginesu. Obok osób ze stażem konspiracyjnym – ochotnicy, którzy dotychczas z walką podziemną nie mieli do czynienia. Była tu reprezentowana cała ludność Warszawy. Łączyło ich jedno: chęć walki.

Monopolu na udział w Powstaniu nie mieli, wbrew pozorom, warszawiacy. Wspominając kolegów z oddziału, stwierdzam, że znaczna ich część pochodziła spoza tego miasta. W czasie wojny osiedliło się tu przecież mnóstwo uchodźców. Nie jest chyba możliwe ustalenie procentu przybyszów spoza Warszawy w oddziałach powstańczych, ale niewątpliwie było ich wielu. Ponadto w Powstaniu brali udział także cudzoziemcy.

2. Wiek.

W niektórych publikacjach dotyczących poszczególnych oddziałów podane są spisy żołnierzy, niekiedy z datami ich urodzenia. Spisy te – robione nieraz kilkadziesiąt lat później, bez dostatecznej dokumentacji – nie mogą nie mieć braków i nie zawierać omyłek, jednak ich twórcom należy się uznanie i wdzięczność.

Z procentowego zestawienia udziału różnych grup wiekowych w sześciu oddziałach powstańczych wynika, że najwięcej żołnierzy było w wieku od 16 do 24 lat, przy czym najliczniejsze były roczniki: 1923–1925. To zrozumiałe, gdyż roczniki te były w roku 1939 za młode, aby podlegać mobilizacji. Uderzające są różnice w rozkładzie wieku w poszczególnych oddziałach. Na przykład w kadrowym dywizjonie Jeleń, utworzonym w konspiracji jako kontynuacja Siódmego Pułku Ułanów Lubelskich, było wielu przedwojennych żołnierzy tego pułku i oficerów, tym samym procent ludzi w wieku ponad 30 lat był wysoki. Z kolei w batalionach Parasol i Zośka, budowanych systematycznie w czasie konspiracji i złożonych głównie z harcerzy, procent żołnierzy w wieku 16–24 lat był największy (Parasol – 80,8%, Zośka – 89,9%), a starszych niż 30 lat – najmniejszy (Parasol – 5,7%, Zośka – 3%).

Osobny problem stanowili najmłodsi (11–15 lat), którzy uciekali z domu i pętali się na linii frontu. Przeganiani, wracali jak bumerangi. Dowódcy poszczególnych oddziałów przyjmowali ich, bo chłopak słuchający rozkazów był bezpieczniejszy od tego, który biegał samowolnie. Chłopcy ci byli zwykle łącznikami. Ładny pomniczek Małego Powstańca nie ma nic wspólnego z powstańczą rzeczywistością, gdyż żaden mikrus nie miał broni – chyba że pożyczoną na chwilę do fotografii albo pistolecik, piątkę, który trudno nazwać bronią. Powstańcy po trzydziestce to prawie wyłącznie oficerowie lub podoficerowie.

3. Stan fizyczny.

Po pięciu latach okupacyjnej nędzy stan zdrowia warszawiaków był przeważnie zły. Przy przyjmowaniu ochotników do Armii Krajowej nie było badań lekarskich; stosowano tu dużą tolerancję. Przykładem jest utworzenie oddziału głuchoniemych, który skutecznie walczył w śródmieściu.

4. Płeć.

Liczba kobiet w oddziałach powstańczych była duża. W sześciu oddziałach – Parasol, Zośka, Jeleń, Gozdawa, Miłosz, Chrobry II – było ich od 11 do 22%. W czasie Powstania liczba ta rosła, gdyż ochotników – mężczyzn, jeśli nie mieli broni, na ogół nie przyjmowano do oddziału, a kobiety przyjmowano. Dziewczęta były sanitariuszkami i łączniczkami, także kucharkami. Istniały również kobiece oddziały minerskie. Pod koniec Powstania, kiedy liczba żołnierzy-mężczyzn zmalała, a ilość posiadanej broni wzrosła, tworzono niekiedy kobiece oddziały strzeleckie, przeznaczone głównie do służby wartowniczej.

Faktem nieuwzględnionym w znanej mi literaturze powstańczej jest brak menstruacji u wielu (wszystkich?) kobiet w Warszawie przez cały okres Powstania[1]. W kwestii uprawiania przez powstańców seksu ograniczę się do kilku uwag. Świadomość, że każdego dnia, każdej godziny i minuty można rozstać się z życiem, ułatwiała zbliżenia. Tak samo mogła działać, zwłaszcza u kobiet, egzaltacja wywołana prawdziwym lub domniemanym bohaterstwem partnera i prawdopodobieństwem jego rychłej śmierci. Domeną kontaktów płciowych nie była jednak linia frontu – raczej kwatery na tyłach. Przy tym każdy oddział miał swój styl, ustalony po części przez dowództwo: albo w stronę wstrzemięźliwości, albo w stronę użycia.

5. Przekonania polityczne.

Około 90% powstańczego wojska stanowiła Armia Krajowa. Na pozostałe 10% składały się formacje prokomunistyczne (Armia Ludowa, Polska Armia Ludowa, Korpus Bezpieczeństwa), Narodowe Siły Zbrojne i inni: Syndykaliści, Milicja PPS–WRN oraz Państwowy Korpus Bezpieczeństwa. W AK żadnej propagandy politycznej praktycznie nie uprawiano, służyli tu ludzie najróżniejszych przekonań. Natomiast w AL szkolenie polityczne było bardzo intensywne.

O wstąpieniu do danej organizacji w wypadku ludzi dojrzałych decydowały przekonania polityczne (skrajni nacjonaliści szli do NSZ, a komuniści do AL), ale u młodych chłopców często decydował przypadek. Chłopak dostawał się do organizacji dzięki znajomym: do NSZ, jeśli ów znajomy był na przykład oenerowcem, a do AL, jeśli był komunistą. Oczywiście, najczęściej wstępowano do Armii Krajowej, bo była ona największa.

Przygotowanie

Dobry i skuteczny żołnierz powinien: chcieć się bić (morale), umieć się bić (przeszkolenie), być odpowiednio uzbrojony i zaopatrzony, być dobrze dowodzony.

1. Jeśli chodzi o morale, było ono – zwłaszcza przed Powstaniem i na jego początku – bardzo dobre. Koszmar okupacji wzbudził powszechną i głęboką nienawiść do Niemców oraz chęć odwetu. Upokorzenie, jakim była klęska wrześniowa, ustąpiło po klęsce Francji i serii niemieckich zwycięstw, a osiągnięcia Polaków (Narwik, bitwa o Anglię, Tobruk, Monte Cassino i wspaniałe akcje krajowej dywersji) wzbudziły narodową dumę. Działała również tradycja powstań narodowych, a także pamięć walk (przeważnie wygranych) z sąsiadami naszego państwa po I wojnie światowej. Ten stan rzeczy nie tylko umożliwił, ale wręcz wymusił utworzenie w konspiracji ogromnej i żądnej walki armii podziemnej. W audycjach radiowych i telewizyjnych, poświęconych Powstaniu z okazji jego rocznic, parokrotnie słyszałem zdumiewające pytanie, zadawane byłym powstańcom przez dziennikarzy: dlaczego zdecydowali się na udział w Powstaniu? 1 sierpnia 1944 roku taka kwestia w ogóle nie istniała. Byliśmy żołnierzami AK, złożyliśmy przysięgę, a teraz otrzymaliśmy rozkaz. Jeśli był jakiś wybór, to tylko jeden: być żołnierzem czy dezerterem? Biadamy, że najlepsi poszli na śmierć, ale gdyby na nią nie poszli, nie byliby najlepsi.

2. Bardziej złożona była kwestia wyszkolenia. Większość powstańców to młodzi ludzie ze stażem w oddziałach konspiracyjnych. Nauczyli się trochę musztry, mieli na ogół okazję do rozebrania i złożenia broni krótkiej, pistoletu maszynowego, ręcznego karabinu maszynowego. Wkuwali na pamięć przedwojenne regulaminy wojskowe. W niektórych oddziałach przeprowadzano też ćwiczenia terenowe i strzeleckie. Chyba wszystkim wbito w głowę zasadę podstawową: rozkaz musi być wykonany. Wśród tej niewiele umiejącej masy żołnierskiej byli też ludzie z pewnym doświadczeniem bojowym: uczestnicy kampanii wrześniowej z przedwojennym przeszkoleniem wojskowym, a także ludzie z doświadczeniem partyzanckim lub dywersyjnym. Prawdziwe przeszkolenie bojowe przeszli powstańcy dopiero w walce i koszty tego przeszkolenia były duże.

3. Uzbrojenie i zaopatrzenie powstańców było cały czas złe, a na początku Powstania – wręcz katastrofalne. 1 sierpnia w Warszawie (nie licząc Kampinosu) AK miała do dyspozycji 26 cekaemów, 122 erkaemy, 602 pistolety maszynowe i 1925 karabinów. Było też około czterech tysięcy sztuk broni krótkiej oraz znaczna liczba granatów, głównie własnej produkcji, i butelek z benzyną. (Rzeczywista ilość broni była większa, gdyż części oddziały nie podawały do ewidencji, dotyczyło to jednak prawie wyłącznie broni krótkiej). Wartość broni maszynowej była ograniczona przez niedostatek amunicji. Broń krótka mogła być użyta w walce tylko w wyjątkowych sytuacjach (akcje policyjne). Granaty, bardzo skuteczne na małą odległość, były jedyną bronią wielu powstańców, miały jednak tę wadę, że po użyciu pozostawiały powstańca bezbronnym. Zaś butelki z benzyną to broń wyłącznie na czołgi.

1 sierpnia większość powstańców była więc bezbronna. W pierwszych dniach Powstania uzbrojonym żołnierzom towarzyszyli żołnierze bez broni, czekający (z dobrze uzasadnioną nadzieją) na śmierć lub zranienie posiadacza broni i (z nadzieją mniej uzasadnioną) na jej odziedziczenie.

Z początku, dość często, jedyną oznakę odróżniającą powstańca od cywila stanowiła biało-czerwona opaska. Nieliczni powstańcy nosili przechowane przedwojenne mundury. Pospolite były ubrania sportowe. Niektórzy okazali się tak bezmyślni, że poszli do Powstania w białych kurtkach, dobrze widocznych także w nocy i niewróżących, podobnie jak niegdyś ułanom siwe konie, długiego życia. W ciągu kilku pierwszych dni powstańcy na Woli ubrali się w zdobyte w magazynach niemieckie panterki. Niektórzy zdołali się także zaopatrzyć w hełmy – najczęściej niemieckie, ale także strażackie i wszelkie inne. Jako obuwie przeważały półbuty i sandały, które zdzierały się szybko na gruzach stolicy. Byli i tacy, którzy zadawali szyku w oficerkach, niepraktycznych w warunkach powstańczych.

O ile wiem, nie przygotowano żadnych zapasów jedzenia. Materiały sanitarne były przygotowane, na pewno jednak w niewystarczającej ilości. Później służba medyczna dokonywała cudów.

4. Dowodzenie w Powstaniu to sprawa bardzo trudna i złożona. Dobór starszych oficerów był w znacznej mierze dziełem przypadku. W ciągu pięciu lat konspiracji wpadki powodowały automatyczne awanse pozostałych na wolności oficerów. Jeśli w siłach zbrojnych na zachodzie stanowiska dowódcze obejmowali oficerowie sprawdzeni w kampanii wrześniowej, a także w okresie przedwojennym, to w kraju takiej selekcji prawie nie było. Wszyscy powstańczy dowódcy mieli jedną cechę wspólną: szczęście, że dożyli czasu Powstania. Jak pisze Adam Borkiewicz, byli to ludzie zmęczeni psychicznie latami ukrywania się, stresu, ciągłego zagrożenia[2]. Dowodzenie całością było, według wszystkich fachowców, złe. Różnie oceniano dowodzenie poszczególnymi dzielnicami i większymi zgrupowaniami. Wszystkim dowódcom zarzucano błędy, a wszystkie wielkie akcje zaczepne okazały się nieudane. Sukcesy ograniczały się do obrony oraz średnich (angażujących batalion lub kompanię) i małych akcji zaczepnych. Różnej jakości byli również oficerowie liniowi: podporucznicy, porucznicy, kapitanowie, dowodzący plutonami, kompaniami i batalionami. Niektórzy okazali duże zdolności dowódcze. Wysoką klasę reprezentowali oficerowie „cichociemni”.

Godzina W

Przedmiotem tych uwag nie jest historia Powstania. Jednakże dzień 1 sierpnia był dla powstańczego wojska wydarzeniem tak ważnym, że nie sposób go pominąć. W jego opisie oparłem się głównie na znakomitej książce pułkownika Borkiewicza[3].

Powstanie było źle przygotowane. Monter to niewątpliwie oficer bardzo dzielny i odważny, gorący patriota i przyzwoity człowiek. To bardzo dużo dla żołnierza, ale za mało dla dowódcy Powstania. Jego decyzje w końcu lipca wskazują na zdenerwowanie i brak opanowania. Rozkaz wybuchu Powstania został wydany bez zasięgnięcia informacji od oficera kierującego wywiadem. Zmiana (w ostatniej chwili) zadań poszczególnych oddziałów, połączona ze zmianą miejsca ich koncentracji, spowodowała bałagan. Zbyt krótki czas dany na mobilizację zwiększył ów bałagan i zmniejszył o połowę liczbę żołnierzy i broni w miejscach koncentracji. Przesunięcie godziny W z nocy na popołudnie przekreśliło też szansę zaskoczenia Niemców. Niepojętym błędem było pozostawienie im łączności telefonicznej, której zniszczenie wydawało się stosunkowo łatwe. Źle przygotowano łączność własną. Nie przedsięwzięto żadnych działań w celu opóźnienia przybycia niemieckich posiłków (np. wysadzanie mostów i torów, minowanie dróg wokół Warszawy). Wreszcie, przy katastrofalnym niedostatku broni i amunicji, zaatakowano wszystkie obiekty obsadzone przez Niemców na terenie Warszawy. Przyjęcie zasady atakowania wszystkiego zawsze niedostatecznymi siłami przesądziło wynik (na ok. 90 atakowanych obiektów zdobyto lub zajęto 15). A rozkaz Montera, by wywieszać flagi na budynkach zajętych przez powstańców, umożliwił niemieckim samolotom celne bombardowanie.

Bitwa była przegrana. Wszyscy wyżsi dowódcy, z wyjątkiem Montera, zdawali sobie z tego sprawę. I chociaż nie mogli się ze sobą porozumieć, ich reakcja była jednomyślna: należy wycofać oddziały do lasu i tam je zreorganizować i dozbroić. Pozostanie w mieście oznacza nieuniknione zniszczenie powstańczego wojska. I tak podpułkownik Grzymała wyszedł z Ochoty, podpułkownik Żywiciel z Żoliborza, podpułkownik Przegonia z Mokotowa, podpułkownik Radosław usiłował bez powodzenia wyjść z Woli, a podpułkownik Paweł ze Starego Miasta. Te decyzje, militarnie słuszne, były o tyle przerażające, że pozostawiały ludność cywilną na pastwę Niemców, nastawionych na jej mordowanie. (Polscy dowódcy nie znali rozkazu Himmlera mordowania wszystkich mieszkańców Warszawy; rzeź Woli miała się dopiero zacząć). Jednak Warszawa nie została przez powstańców opuszczona. Radosław i Paweł nie zdołali jej opuścić, a Żywiciel i część oddziałów z Ochoty i Mokotowa z podpułkownikiem Grzymałą na jedynie słuszny w tym przypadku rozkaz Montera wrócili do miasta.

Fakt, że Powstanie nie zakończyło się w ciągu pierwszych dwóch–trzech dni sierpnia, lecz miało trwać dwa miesiące, jest wynikiem dwóch czynników: zachowania się niemieckiego dowódcy, generała Stahela, i postawy ludności cywilnej i wojska powstańczego. Niemcy mieli dobre rozpoznanie sił powstańczych. Jak zwykle, wszystko wiedzieli i nic nie rozumieli. Atak na ich pozycje, mimo że odparty, sprawił, iż siły powstańcze wydały im się znacznie poważniejsze, niż przypuszczali. Zamiast 2 sierpnia atakować i zmiażdżyć zdezorganizowanych i osłabionych powstańców, zachowali się biernie, wzywając pomocy z zewnątrz. Absurdalne ryzykanctwo Montera zostało zrównoważone przez absurdalną ostrożność Stahela.

Oddziały powstańcze użyte do ataków 1 sierpnia poniosły ogromne straty, a ci, którzy to przeżyli, znaleźli się w szoku absolutnej klęski. Wszyscy powstańcy uświadomili też sobie przerażający brak broni i amunicji. Jednakże ich morale nie załamało się. Chcieli walczyć. Ogromne znaczenie miał entuzjazm znacznej części ludności cywilnej, zapał, z jakim budowano barykady, pomagano powstańcom, okazywano im najwyższe uznanie. Powstańcy wiedzieli, że są uważani za bohaterów, i to zobowiązywało. Do tego dochodził nieuleczalny polski optymizm. Pierwszy tydzień obfitował w sukcesy (np. zdobycie poczty na placu Napoleona, elektrowni na Powiślu, Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych na Starówce, Gęsiówki w getcie). To dodawało optymizmu.

Życie codzienne

W czasie Powstania miejski krajobraz zmieniał się z dnia na dzień. Kamienice niszczone artylerią i bombardowaniem lotniczym paliły się, rozsypywały, zamieniały w gruzy. Ulice – stopniowo zasypywane gruzem, tłuczonym szkłem i odłamkami pocisków – były poprzecinane barykadami i rowami, wykopanymi dla przechodzenia przez odcinki będące pod ostrzałem. Dzielnice silniej bombardowane zamieniały się w rumowiska, nieraz trudno było odróżnić, gdzie stały domy, a gdzie były chodniki i jezdnia. Niebo było słoneczne i zadymione w dzień, a w nocy czerwone od łun. Było ciepło; na początku września zrobiło się chłodniej, zwłaszcza w nocy. Wszędzie dominował ostry zapach przepalonej cegły. Tam, gdzie strzelano z karabinów i peemów, występował charakterystyczny zapach spalonego prochu. Sale operacyjne przenikał zapach krwi, a sale szpitalne – smród ropy. W miarę upływu powstańczych dni do zapachu przepalonej cegły dołączał mdły, słodki zaduch ciał gnijących w płytkich grobach i zawalonych domach.

Jak wiadomo, głównym zajęciem żołnierza na wojnie jest czekanie, a głównym uczuciem – nuda. Z tym, że czas czekania i nudy przerywają pełne bardzo intensywnych przeżyć okresy walki. Mogą one trwać całe dnie i tygodnie. Większość powstańców nie miała broni i czekała na tyłach. Część oddziałów na zmianę walczyła i odpoczywała. Niektórzy walczyli prawie ciągle.

Jeśli chodzi o wysiłki fizyczne powstańców, to – poza gaszeniem pożarów i wydobywaniem ludzi z zawalonych domów, zresztą wspólnie z cywilami – nie były one, moim zdaniem, nadmiernie ciężkie. Prawdziwie ciężkie były przejścia kanałami, czego zaznało parę tysięcy powstańców. Porównując wysiłek fizyczny powstańców i partyzantów leśnych, ci ostatni przez same marsze z obciążeniem pokonywali trudy bez porównania większe. Przyznanie wszystkim powstańcom kilkadziesiąt lat po wojnie Krzyża Partyzanckiego było – moim zdaniem – pomyłką. Zupełnie inne wymogi musiał bowiem spełniać partyzant, a inne powstaniec. Dolegliwość ciężką do wytrzymania stanowił często brak snu. Wyżywienie było bardzo rozmaite w różnych dzielnicach i oddziałach. Na ogół żołnierze mieli co jeść, także mięso – najpierw wieprzowe i wołowe, potem końskie, w końcu psie i kocie. Duża część ludności cywilnej głodowała, podobnie jak pacjenci niektórych szpitali. Z wodą zaczęły się kłopoty, kiedy wodociągi przestały działać i czerpano ją z wykopanych studni. Trudności z wodą pogorszyły stan higieny. Improwizowane wychodki odstraszały – i ekskrementy były wszędzie. W wielu oddziałach w wyniku braku higieny i obfitości much szerzyła się biegunka. Żołnierze, zwłaszcza na linii frontu,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Po 1 września. Groza codzienności