Wstęp
Jeszcze nie tak dawno byliśmy przyzwyczajeni do standardowego zestawu argumentów dotyczących miejsca nauk humanistycznych w edukacji[1]. Ludzie o przekonaniach utylitarystycznych zwykle traktowali humanistykę dość chłodno: nieufnie podchodzili do idei poświęcania zbyt dużej ilości czasu na dziedziny wiedzy, które nie mają przełożenia na karierę i przyszłe źródło utrzymania. Prawo, polityka, ekonomia, nauki ścisłe, technologia – to były praktyczne kierunki studiów; odrobina literatury, historii czy filozofii mogła wprawdzie wprowadzić do życia miłe urozmaicenie, w zbyt dużej dawce byłaby jednak słabostką. Standardowa obrona nauk humanistycznych brzmiała z kolei, że wykształcenie humanistyczne przynosi różnego rodzaju pożytki, z których wzbogacenie czasu wolnego poprzez literaturę i sztukę jest akurat najmniej istotne. Argumenty największej wagi głosiły, że nauki humanistyczne pozwalają nam spojrzeć z dystansu na samych siebie, sprawiają, że jesteśmy bardziej oświeconymi obywatelami i w sposób bardziej pogłębiony myślimy o istotnych kwestiach. Społeczeństwo ludzi wykształconych nie tylko do uprawiania konkretnego zawodu, lecz do pełnego, inteligentnego uczestnictwa we współczesnej demokracji byłoby znacznie lepsze i szczęśliwsze od dzisiejszego – tak brzmiał argument – a owa użyteczność społeczna edukacji humanistycznej kompensowałaby to, że nie daje ona bezpośrednio narzędzi do zarobkowania.
Te dwa przeciwstawne zdania padały po wielokroć i choć teoretycznie każdy człowiek mógł wygłaszać jeden bądź drugi pogląd, ich stereotypowy rozkład był częścią naszej codzienności. Przedstawiciele świata biznesu z większym prawdopodobieństwem przyjmowali ów pierwszy punkt widzenia, zaś wykładowcy nauk humanistycznych byli – naturalnie – obrońcami drugiego. Słyszeliśmy zatem, jak ludzie, którzy zarabiają na życie uczeniem trudnych, lecz wyjątkowych dzieł – takich jak Boska komedia, Faust czy Iliada – z żarem przekonują o tym, jak Dante, Goethe czy Homer do głębi rozumieją los człowieka i jak istotne stawiają pytania. Abstrahując od tego, że niewątpliwie argumenty te były w jakiejś mierze interesowne, tego rodzaju logika wystarczała, by nawet większość biznesmenów przekonać, że nauki humanistyczne powinny znajdować się w programie nauczania ich dzieci. Przecież wymienieni pisarze to twórcy takiej klasy, że – przyznawano to jednogłośnie – wybijają się ponad pozostałych; ich myśl jest tak oryginalna, że prawie nikt, kto się z nią zetknął, nie potrafił się oprzeć jej urokowi.
Teraz niekiedy wypacza się ten stosunek do wielkich pisarzy i myślicieli, określając go pogardliwie mianem biernego, bezkrytycznego zachłystywania się „prawdami odwiecznymi”. Trudno sobie wyobrazić coś bardziej błędnego: pisarze ci przedstawiali raczej odwieczne dylematy i problemy niż dogmaty, a choć u Szekspira, Dantego, Platona czy Hume’a można znaleźć pewne doktryny czy pouczenia, rozwój myśli i ujmowanie zagadnień z różnych stron zawsze było w ich dziełach znacznie bardziej wyraziste, niż można by było wnioskować z tak karykaturalnego postawienia sprawy. Kanon klasycznych dzieł literackich i filozoficznych tradycji Zachodu nie jest zbiorem idei, w które należy ślepo wierzyć, lecz wyjątkową kolekcją fascynujących zmagań z różnorodnymi problemami. Na poczesnym miejscu zawsze znajduje się konflikt i konkurencja między ideami i wizjami jednego pisarza i innych, często widać też ich znaczny samokrytycyzm.
Gdybyśmy mogli wsiąść do wehikułu czasu i przenieść się w przeszłość, kiedy obowiązywał ten klasyczny zestaw argumentów za i przeciw naukom humanistycznym w edukacji, zapewne nie znaleźlibyśmy nikogo, kto byłby skłonny uwierzyć, że w krótkim czasie uczestnicy dyskusji zamienią się stronami: ci, którzy uprzednio orędowali za Dantem, Goethem i Homerem i przeciwko nadmiernie zawężającym postawom utylitarystycznym, teraz będą opowiadać się za tymi właśnie postawami i przeciw wielkimi pisarzom, ci zaś, którzy uprzednio pozostawali wobec literatury sceptyczni, będą najgłośniej lobbować na jej rzecz. Niemniej tak właśnie się stało: profesorowie literatury opowiadają się teraz przeciwko tradycji Zachodu w filozofii i literaturze, a w tej swojej nowej roli posuwają się nawet dalej od swoich poprzedników. Nie twierdzą bowiem tylko, że studiowanie Szekspira i Platona to strata czasu, który powinien być spożytkowany na poważniejsze zajęcia, lecz że może być wręcz szkodliwe. Kultura wysoka pełna jest zgubnych idei i wpływów – nawet w dramatach Szekspira pojawiają się postawy reakcjonistyczne, szowinistyczny imperializm, rasizm, seksizm, homofobia. A ponieważ kultura wysoka ucieleśnia te postawy, to – jak argumentują – odgrywa znaczącą rolę w umacnianiu ich w opinii publicznej, a zatem stanowi narzędzie, za pomocą którego osoby uprzywilejowane społecznie, rasowo i seksualnie utrzymują się przy władzy. Kultura wysoka to część sterowanego przez elity rządzące aparatu kontroli społecznej. Dlatego więc byliśmy w błędzie – według tego nowego poglądu – uważając, że studiowanie wielkich dzieł kultury Zachodu otwiera nam umysły i uczy myśleć krytycznie. Jest bowiem dokładnie odwrotnie: te dzieła zamykają nam umysły, każą nam akceptować bez zastrzeżeń ideologię reakcyjną i sprawiają, że bezkrytycznie przyjmujemy idee uprzywilejowanej grupy białych Europejczyków z klasy wyższej. W rezultacie byli profesorowie i obrońcy wielkich dzieł zachodniej myśli i literatury teraz nimi gardzą, obronę tych dzieł pozostawiając ludziom, którzy nie są wykładowcami literatury i filozofii.
Gdy spotykamy się dziś z postulatem, by polityka zyskała bardziej poczesne miejsce w świecie akademickim, naturalne byłoby przypuszczenie, że wysuwają go profesorowie i studenci nauk politycznych, być może chcąc zwiększyć wagę swojej dziedziny nauki. A jednak to nie oni stawiają tego rodzaju żądania, lecz, o dziwo, humaniści, a w szczególności wykładowcy literatury. To oni dążą do tego, by wszystko koncentrowało się wokół polityki, nie zaś naukowcy, którzy się w tej dziedzinie specjalizują. Nasuwa się pytanie, jak profesorowie literatury mogą twierdzić, że wiedzą więcej o polityce niż specjaliści od nauk politycznych? Ale profesorowie literatury są dziś ekspertami od wszystkiego. Autorytatywnie wypowiadają się w swoich publikacjach na tematy socjologiczne, takie jak rasizm i stosunki międzyrasowe; na tematy polityczne i historyczne, takie jak imperializm i socjalizm; tematy z dziedziny psychologii, takie jak seks, zarówno hetero-, jak i homoseksualny; oraz na tematy z dziedziny kryminologii, takie jak gwałt, pornografia i pedofilia. Niektórzy nawet ferują kategoryczne sądy na temat ekonomii. I jasne jest, że we wszystkich tych przypadkach nie tylko nie czują się niepewnie z powodu braku profesjonalnego przygotowania i zbyt wąskiej wiedzy; uważają, że owe braki rekompensuje z nawiązką świetny model teoretyczny, którym się w swoich dociekaniach posługują.
Zważywszy na to, jak wiele ostatnio się zmieniło, nie dziwi fakt, że zmiany zaszły także w sposobie nauczania literatury. Są one w istocie najbardziej widoczną oznaką całościowej zmiany w życiu uniwersyteckim. W stosunkowo krótkim czasie zmieniła się akademicka krytyka literacka. Wiele osób za główny cel krytyki literackiej uznaje dziś aktywizm społeczny, w dodatku w bardzo konkretnym wydaniu: kwestią pierwszorzędną we wszystkich tekstach literackich jest kwestia ucisku ze względu na rasę, gender i klasę. Zwolennicy tej teorii samą koncepcję kanonu wielkich dzieł uważają za ideę elitarystyczną, kwestionują nawet to, czy powinno się utrzymać rozróżnienie na literaturę i inne rodzaje pisemnej wypowiedzi; przecież to również jest przykład elitaryzmu.
Nowy pogląd tych osób na ludzką motywację zapewne wprawi w zdumienie każdego, kto pamięta, jak humaniści mówili onegdaj: według nich najbardziej podstawowym czynnikiem ludzkiej motywacji jest bowiem władza. W tym ponurym poglądzie na ludzkość jeden jedyny czynnik odsuwa na bok i podważa całą gamę innych motywacji, które kiedyś uważaliśmy za tak ważne: miłość, lojalność, spełnienie, ambicję, sukces, przyjaźń, ciekawość intelektualną itd.
Humaniści byli kiedyś beztroskimi roztrzepańcami, którzy, dzięki częstej styczności z bardzo szczególnymi, niepowtarzalnymi sytuacjami, w jakich może znaleźć się człowiek – jak choćby sytuacje znane z Hamleta czy Zbrodni i kary – generalnie nie lubili abstrakcyjnych uogólnień. Teraz jednak, po raz pierwszy, większość wydaje się akceptować fakt, że jedynym, niezbędnym narzędziem krytyka powinna być konkretna teoria. Ale jaka teoria? Zanim literaturoznawstwo poddało się temu nowemu nastrojowi, mniejszościowa grupa krytyków – do których i ja się zaliczałem – usiłowała przekonać pozostałych, że krytycy powinni zdobyć się na refleksję o ogólnej teorii swojej dziedziny, czyli rozważać w kategoriach ogólnych, co decyduje o dobrej praktyce krytycznej. Sukces teorii, którego teraz jesteśmy świadkami, dokonał się w zupełnie innym duchu. Zatriumfowała nie większa otwartość na refleksję ogólną, lecz zawężenie perspektywy do sztywnej recepty, według której krytyka musi mieć pewien określony charakter, cechować się specyficzną treścią i problematyką. To nie jest otwarcie na refleksję teoretyczną, tylko zamknięcie się na nią.
Kolejną różnicę między przeszłością a teraźniejszością widać w jakości publikacji dzisiejszych krytyków. Jak przystało na ludzi, którzy poświęcili życie zawodowe studiom nad wybitnymi przykładami użycia języka, krytycy (czy bardziej ogólnie, humaniści) szczycili się tym, że potrafią posługiwać się językiem. Również w tej dziedzinie nowa fala spowodowała zdumiewającą zmianę: ludzie, którzy piszą o literaturze, posługują się dziś prozą naszpikowaną niezrozumiałym żargonem.
Te nowe postawy i idee szerzyły się tak prędko, że nie doszło jeszcze do dyskusji o nich i analizy na pełną skalę, a już zostały szeroko zaakceptowane; jak się wydaje, zabrakło fazy pośredniej, w której ich intelektualną moc można by poddać próbie na wolnym rynku idei. Zupełnie nagle stały się powszechnie akceptowanym dogmatem i wiele czynników złożyło się na to, by sprzeciw wobec nich wydał się niebezpieczny. To nie jest po prostu kwestia szybkiego przejścia na nową wiarę największych nazwisk w naukach humanistycznych czy kontroli nad takimi instytucjami jak amerykańska Modern Language Association, która teraz zdecydowanie wyznaje nową ortodoksję. Odszczepieńców – szczególnie młodych ludzi, którzy usiłują zdobyć pierwszą pracę w trudnych czasach – najbardziej przeraża to, że ta ortodoksja jest dziwaczną, lecz wielce skuteczną mieszaniną dwóch prądów, które się nawzajem wspierają i neutralizują to, co w wypadku każdego z nich z osobna stanowiłoby poważną słabość.
Jednym z nich jest odwołanie do moralności: dzięki temu, że nowy model krytyki zajmuje się rasą, genderem i klasą, sprawia wrażenie słusznej sprawy, której żaden porządny człowiek nie chciałby się sprzeciwiać. Drugim jest nieprzenikniony język zapożyczony w dużej mierze od wyrafinowanych paryskich intelektualistów. Aby zrozumieć, dlaczego jest to kombinacja wyjątkowo skuteczna, wystarczy przyjrzeć się słabości każdego z tych elementów z osobna. Kazania umoralniające łatwo mogą sprawiać wrażenie obłudnych i nadmiernie uproszczonych, dlatego też literacka inteligencja zazwyczaj gardziła moralnością obowiązującą we współczesnych sobie czasach. Z drugiej strony, gdy zainteresowania intelektualistów stają się zbyt wyszukane, łatwo uznać, że nie mają oni kontaktu ze światem rzeczywistym. Połączenie krytyki rasowo-genderowo-klasowej z językiem dekonstrukcji rozwiązuje oba problemy naraz. Upolityczniona krytyka nadaje dekonstrukcji pozór moralnej powagi, a dekonstrukcja sprawia, że sztywno moralistyczne stanowisko wydaje się awangardowe i wyrafinowane.
Rezultatem jest mocno ugruntowana instytucjonalnie ortodoksja uzbrojona w groźny podwójny oręż, propagowana przez tak zwaną polityczną poprawność; odszczepieńcy mogą oczekiwać nie tylko krytyki, która zawsze przypada w udziale tym, którzy myślą inaczej, lecz również napiętnowania zarówno jako moralnych wyrzutków, jak i intelektualnych ignorantów. Odbywa się to jednak w oparciu o pogląd, który ustalił się zdecydowanie zbyt szybko, bez uprzedniego gruntownego przemyślenia, bo zdobył sobie uznanie nie dzięki intelektualnej sile, lecz na prawie uderzenia wysokiej fali, która wyrosła nagle nad nami. Nadszedł czas, żebyśmy się cofnęli i zrobili to, co trzeba było zrobić na początku: skrupulatnie zbadać, ile to stanowisko naprawdę jest warte i czy jest dość solidne, by zasługiwać na dominującą pozycję, którą obecnie zajmuje.
Czy winna jest teoria?
Wiele osób wini teorię za obecną niemoc literaturoznawstwa. Na rzecz tego poglądu przemawiają też dane empiryczne: dominująca obecnie krytyka rasowo-genderowo-klasowa jest zazwyczaj naszpikowana żargonem teoretycznym, a sami krytycy wydają się mniej zainteresowani rozważaniami nad tym, co dzieła literackie mają nam do powiedzenia, niż przykładaniem do nich konkretnej teorii. Ale błędem byłoby wysnucie wniosku, że w takim razie źródło problemu stanowi teoria. Problemem nie jest teoria, tylko zła teoria.
Teoria jest nieunikniona, i to z powodów bardziej istotnych niż popularny obecnie pogląd, że nawet w najbardziej niewinnych wypowiedziach kryje się jakaś ciemna ideologia. Zwięźle ujmują sedno sprawy dwa aforyzmy Goethego: „Teoretyzujemy za każdym razem, kiedy uważnie patrzymy na świat” i „Wszystko, co jest oparte na faktach, już jest teorią”[2]. Zrozumieć dany przypadek to znaczy umieścić go w kontekście innych. Kant twierdzi to samo, tyle że u niego ruch odbywa się w obie strony: „Myśli bez treści naocznej są puste, dane naoczne bez pojęć – ślepe”[3]. Ogół zawiera się w szczególe, lecz również szczegół zawiera się w ogóle.
Obecna teoria z kolei jest w dużej mierze ulicą jednokierunkową, prowadzi tylko od ogółu do szczegółu: teoria zaleca postawy polityczne i społeczne jako podstawę działania krytyki i istoty literatury, nie może jednak zezwolić na sprzężenie zwrotne ze strony literatury, ponieważ wykazałoby ono, że literatura jest czymś więcej, niż ta teoria gotowa jest przyznać.
Propagowana dziś idea tego, czym teoria jest i jakie ma zadanie, jest zbyt wąska jeszcze pod innym względem. W każdej teorii można wyróżnić dwa nurty, asertywny i analityczny. W nurcie asertywnym proponuje się nowe ogólne poglądy na dane aspekty krytyki literackiej czy literatury: propaguje się konkretną teorię. W nurcie analitycznym zaś bierze się idee pod lupę i analizuje. Te dwa nurty nigdy nie są zupełnie rozłączne: z analizy mogą wywodzić się nowe sugestie dla praktyki krytycznej, zaś jednym z owoców praktyki krytycznej może być lepsza analiza. W okresach, kiedy wiele osób odczuwało potrzebę reorientacji krytyki literackiej, publikacje z dziedziny teorii stawały się zwykle bardziej asertywne i normatywne, kiedy jednak początkowy pęd do zmiany słabł, następował zazwyczaj powrót do nurtu analitycznego. Na przykład w okresie drugiej wojny światowej teorię utożsamiano z postulatami nowej krytyki[4]; obecnie utożsamia się ją z orędowaniem na rzecz zmiany społecznej. Lecz ta nawracająca tendencja do utożsamiania teorii z programem konkretnej grupy jest niefortunna, ponieważ to nie asercja jest głównym nurtem teorii, tylko analiza. Teoria jest wartościowa dzięki jakości i głębi dokonywanej w jej ramach analizy; zaangażowanie, do którego analiza ta może prowadzić, jest kwestią drugorzędną. W ujęciu teoretyków rasowo-genderowo-klasowych jednak nurt asertywny dominuje: ich zdaniem teoria sprowadza się do tego, by znać prawidłowe odpowiedzi i je stosować, nie zaś dążyć do pogłębionej analizy stawianych kwestii.
Jednym ze skutków tego ograniczenia jest to, że gdy teoretycy z innych dziedzin przyglądają się obecnemu stanowi teorii literatury, nie są zachwyceni. Filozof Guy Sircello sugeruje (wprawdzie głównie na podstawie jednego, średnio uargumentowanego, lecz bynajmniej nie zupełnie nietypowego przykładu), że teoria literatury zawiera więcej poezji niż teorii, ponieważ generuje idee bez uprzedniej analizy i bez argumentów koniecznych do ich dowiedzenia i wyjaśnienia[5]. W kwestii analitycznej niekompetencji popularnej obecnie teorii literatury ma sporo racji, ale jego ocena poezji brzmi znacznie mniej wiarygodnie. Pozostaje jednak wniosek, że niedociągnięcia obecnej teorii nie powinny stanowić podstawy definicji istoty czy zakresu teorii w ogóle.
Obecna koncentracja na politycznie pożądanych wynikach spowodowała również zerwanie z przeszłością badań teoretycznoliterackich oraz zapoznanie wielu wciąż wartościowych prac. Teoria literatury to całość zgromadzonej przez lata wiedzy i analiz[6]. To owoc przemyśleń nad rozmaitymi zagadnieniami, które rodzą się podczas studiowania literatury, takich jak między innymi natura i funkcja literatury i jej związki z innymi aspektami kultury, cele i procedury krytyki literackiej, związek autora i kontekstu historycznego ze znaczeniem dzieła literackiego, prawomocność krytycznego wartościowania literatury, natura gatunków literackich itp. W rozwoju teorii literatury wyróżnić można z grubsza trzy fazy. W pierwszej fazie ogólne refleksje nad naturą literatury i krytyki literackiej były przeważnie produktami ubocznymi działalności literackiej, często pochodziły z manifestów poszczególnych autorów czy grup literackich lub też współczesnych komentarzy do nich. Na przykład Herderowska teoria relatywizmu kulturowego wyrosła z niemieckiego ruchu Sturm und Drang.
Kolejny etap rozwoju nastąpił, gdy na początku dwudziestego wieku teoria literatury zaczęła być bardziej samoświadoma i niezależna od powstającej równolegle twórczości oryginalnej. Pierwszymi zorganizowanymi grupami teoretyków, dla których stworzenie ram pojęciowych dla rozumienia literatury stało się celem samym w sobie, byli rosyjscy formaliści i językoznawcza szkoła praska. Owo bardziej systematyczne podejście do teorii rozszerzyło się na Niemcy, gdzie w latach dwudziestych nastąpił wysyp prac teoretycznych, zainspirowanych przykładem Oskara Walzela; na Anglię, gdzie pionierem nowej dziedziny był I.A. Richards; a następnie do Stanów Zjednoczonych, gdzie wpływy wywierali byli członkowie pionierskich grup wschodnioeuropejskich, tacy Roman Jakobson czy René Wellek. Gdy w 1949 roku opublikowana została Teoria literatury René Welleka i Austina Warrena, jasne było, że analiza kwestii teoretycznych jest już mocno rozbudowana. Mimo to teoria literatury pozostała dziedziną niewzbudzającą wielkiego zainteresowania, a większość krytyków nadal wykazywało obojętność czy nawet lekką wrogość wobec tego, co postrzegali jako abstrakcyjne teoretyzowanie.
Trzecia faza nastąpiła w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, kiedy ta pogrążona w stagnacji dziedzina dostała zastrzyk energii w postaci wpływu francuskich filozofów, takich jak Derrida i Foucault. Przejście z fazy drugiej do trzeciej przyniosło i zyski, i straty. Po raz pierwszy zaakceptowano teorię krytycznoliteracką jako nieodłączną część wiedzy i poglądów każdego krytyka – czego nie udało się osiągnąć teoretykom poprzedniej fazy – lecz przeciwwagą dla tego zysku była utrata głębi analitycznej, gdyż teoria stała się modna. Ponieważ Francja była wcześniej na polu badań literaturoznawczych najbardziej konserwatywna wśród dużych państw europejskich i początkowo właściwie wcale nie brała udziału w rozwoju teorii, który dokonał się w dwudziestym wieku, ów wpływ Francuzów nie był jednoznacznym dobrodziejstwem. Ich wejście do gry niewątpliwie oznaczało przypływ energii, lecz myśl francuska nie opierała się na analizach dokonanych już wcześniej w innych częściach świata. Ten fakt, w połączeniu z wprowadzeniem nowego słownictwa, przyczynił się do zerwania więzi z przeszłością. Na przykład importowana z Francji idea „śmierci autora” była prymitywna w porównaniu z rezultatami debaty dotyczącej błędu intencji (intentional fallacy), która już przetoczyła się w Ameryce[7]. Jak zaraz się przekonamy, gdy porównuje się obecne podejście do większości zagadnień teoretycznych z podejściem z wcześniejszego okresu, widać stałe pogarszanie się jakości analizy.
Teoria krytyki literackiej zawsze z łatwością wkraczała w szeroki zakres zagadnień poruszanych przez inne dyscypliny. Na przykład pytania o obiektywizm wiedzy krytycznej czy prawomocność wartościowania lokują teorię literatury w dziedzinie, którą zazwyczaj zajmują się filozofowie; kwestie stylu i znaczenia – w teorii językoznawczej; zagadnienia ludzkiego zachowania (zarówno autorów, jak i postaci fikcyjnych) – w psychologii; a przedstawiane w literaturze sytuacje społeczne – w obszarze zainteresowań nauk politycznych i socjologii. Na podstawie prac teoretyków niektórych z tych dziedzin (przede wszystkim Freuda i Marksa) powstały poszczególne szkoły krytyczne. Teoretycy literatury znajdują w pokrewnych dziedzinach wiele użytecznych idei, lecz aby się nimi dobrze posługiwać, muszą opanować ich znaczenie w pierwotnym kontekście. Ponieważ zaś opanowanie drugiej dziedziny na odpowiednio wysokim poziomie zdarza się rzadko, krytycy literaccy od zawsze mają skłonność do amatorskiego nadużywania zapożyczonych pojęć.
Popularna obecnie teoria w coraz większej mierze bazowała na ideach importowanych z innych dziedzin nauki, co doprowadziło do drastycznego wzrostu poziomu niespójności, który jest następstwem niepełnego zrozumienia omawianych idei. Na przykład wśród krytyków zapanowała moda na idee Ferdinanda de Saussure’a o języku, ponieważ odwoływał się do nich Derrida, lecz (jak wykazałem w innej publikacji)[8] i on sam, i inni dekonstrukcjoniści katastrofalnie te idee wypaczyli, w niemałej mierze dlatego, że bardzo niewiele wiedzieli o ich kontekście w historii myśli językoznawczej.
Przyjrzyjmy się teraz wkładowi teoretyków rasowo-genderowo-klasowych w cztery główne zagadnienia teorii krytyki literackiej na tle całego kontekstu debaty i analizy, którego dostarczyła druga faza rozwoju teorii literatury. Po pierwsze, weźmy kontekst historyczny i jego znaczenie dla dzieła literackiego – kwestię bodaj największej wagi, która dzieli krytyków literackich i teoretyków literatury na przeciwstawne obozy. Czterdzieści lat temu odbyła się wielka debata teoretyczna między tymi, którzy twierdzili, że dzieła literackie są wytworem konkretnej sytuacji historycznej, odnoszą się przede wszystkim do problemów tej właśnie sytuacji i należy to uwzględniać w ich interpretacji, a ich przeciwnikami, według których przemijająca problematyka miejsca i czasu tworzenia dzieła narzucałaby zbyt rygorystyczne odczytanie znaczenia dzieła i nie wyjaśniałaby żywego zainteresowania czytelników, którzy do tego kontekstu już nie należą. Według tego drugiego poglądu skutkiem próby czasu jest przetrwanie tylko niektórych dzieł z danej epoki, po tym jak namiętności tej epoki odejdą w zapomnienie. Pisarze, którzy pomyślnie przechodzą tę próbę, stworzyli dzieła na tyle istotne, że mają one znaczenie nie tylko dla czasów im współczesnych, lecz również dla społeczeństwa rozumianego szerzej jako wspólnota trwająca w czasie.
Historyczna krytyka literacka wyrasta z Herderowskiego relatywizmu kulturowego, który głosi, że literaturę powinno się mierzyć nie ideami normatywnymi, takimi jak te zawarte w Poetyce Arystotelesa, lecz według standardów jej własnego czasu i kultury. Ta idea szybko przerodziła się w ortodoksję historii literatury dziewiętnastego i początku dwudziestego wieku. Aż wreszcie pojawił się poważny problem: na jakiej postawie można ocenić, które elementy tła kulturowego i historycznego są istotne? Wskutek braku standardu określającego, co jest istotne, historyczna krytyka literacka łatwo osunęła się w trywialność, ponieważ bez tego rodzaju miary wszystkie fakty z życia pisarza i jego epoki były równie istotne. Właśnie ten brak ostrości spowodował reakcję przeciwko krytyce historycznej, znaną jako nowa krytyka.
Jaki wkład wnieśli do tej dyskusji teoretycy rasowo-genderowo-klasowi? W istocie zajęli pierwsze z prezentowanych stanowisk – stanowisko historyczne – po czym dodali do niego trzy elementy: po pierwsze, wiarę w ducha czasów, który ściśle określa, co może być w danej epoce pomyślane czy wyobrażone; po drugie, założenie, że polityka to najważniejsza treść wszelkiej literatury; po trzecie wreszcie, założenie, że podstawowym tematem polityki jest ucisk poprzez imperializm, nierówność ekonomiczną i nierówny podział władzy. Ta zbitka stanowisk i założeń nosi miano nowego historyzmu.
Jedyną pozytywną uwagą, jaką możemy tutaj poczynić, jest to, że nowy historyzm nie cierpi na brak ostrości kryteriów. Założenie drugie i trzecie dostarczają wyraźnego standardu istotności, którego tak dotkliwie brakowało staremu historyzmowi. Niestety, to wyjście rodzi więcej problemów niż rozwiązuje; te dwa założenia drastycznie redukują treść zarówno literatury, jak i polityki. Lekarstwo na to, co od dawna stanowiło problem, jest zatem gorsze niż sama choroba.
Wkład teoretyków rasowo-genderowo-klasowych w szerszą kwestię, jaką jest historyzm jako stanowisko teoretyczne, nie jest bardziej obiecujący. W wypadku kwestii tak szeroko analizowanej jak ta wyrazisty wkład mógłby polegać na przedstawieniu nowych argumentów na rzecz historyzmu lub też na nowych sposobach obalania dawnych obiekcji. Tu nie ma mowy ani o jednym, ani o drugim. Uznany przywódca nowego historyzmu, Stephen Greenblatt, odsuwa na bok problemy historyzmu, twierdząc, że jedyną dlań alternatywą jest wiara „w koncepcję sztuki jako skierowanej do bezczasowej, bezkulturowej, uniwersalnej istoty ludzkiej” bądź też „w autoreferencyjność literatury”[9]. Są to nie tylko mocno przerysowane karykatury kwestii podnoszonych przez historyzm, lecz na dodatek idee pozbawione oryginalności; to odwołanie się do najniższego poziomu, jaki osiągnęła dawna debata. Aby wkład do debaty można było uznać za istotny, musiałby on dotyczyć najmocniejszych argumentów przeciwko historyzmowi, a nie najsłabszych.
Najtrudniejsze zagadnienie historyzmu wiąże się z jakością pisarstwa: skoro dzieła wszystkich pisarzy jedynie odzwierciedlają problemy swoich czasów i do nich się odnoszą, to na jakiej podstawie można powiedzieć, że tylko niektóre dzieła są ważne i wartościowe? Zamiast zmierzyć się z logiką tej trudnej kwestii, teoretycy rasowo-genderowo-klasowi zwykle jej unikają, sugerując, że wynika ona wyłącznie z odczuwanej przez niektórych krytyków psychologicznej potrzeby nurzania się w kulcie herosów. Kiedy na przykład Paul Cantor podniósł tę kwestię w krytyce jednej z prac Stephena Greenblatta, Greenblatt odparł, że jeżeli chodzi o podziw dla dokonań Szekspira, „lepiej służy mu historyczne zrozumienie niż hierofantyczne o altitudo”[10]. Z punktu widzenia analizy teoretycznej to w ogóle nie jest odpowiedź. Greenblatt sprawia wrażenie, że nie rozumie problemu, nie może zatem nic wnieść do jego analizy. Opinie o jakości pisarstwa i myśli Szekspira reprezentują zgoła inny sposób reakcji na jego sztukę, a nie wyłącznie brak dążenia do historycznego zrozumienia. Historyczne zrozumienie może dotyczyć w równej mierze Szekspira, co ulotek politycznych; różnicę między nimi może wskazać tylko osąd jakościowy.
Założenie, że duch czasu przenika wszystkie zjawiska danej epoki, jest dla nowego historyzmu ważne, ponieważ stanowi mechanizm, za pomocą którego cały klimat założeń rasowo-genderowo-klasowych wywiera swój potężny efekt. To zaś z kolei dostarcza dowodów na poparcie tezy, że kwestie te są centralne dla całej literatury[11]. Problem w tym, że ów wszystko przenikający duch czasu stanowi element teorii zdyskredytowanej kilkadziesiąt lat temu; nowy historyzm znów zdaje się nie znać miażdżących argumentów, które położyły jej kres.
Twórcą owej teorii był niemiecki filozof Wilhelm Dilthey. W Niemczech jego teoria znana była dość powszechnie w pierwszej połowie dwudziestego wieku jako Geistesgeschichte, co tłumaczy się jako „historia ducha epoki”[12]. Teoria Diltheya przeżyła szczyt popularności w Niemczech w okresie międzywojennym. Po drugiej wojnie światowej nawet Niemcy, którzy konsekwentnie trwali przy historyzmie, zrozumieli, że teoria ta przykrawała różnorodne zjawiska składające się na epokę do sztucznej, nierealistycznej jednakowości. Poza tym potrzeba podporządkowania całej epoki jednej idei doprowadziła do idei tak ogólnikowych, że można je było odnosić do wszystkiego. Niemcy więc w dużej mierze teorię Diltheya zarzucili. Ten rozdział w historii teorii literatury nie jest tajemnicą; jego historię można znaleźć na przykład w klasycznej Teorii literatury Welleka i Warrena. A mimo to przedstawiciele nowego historyzmu propagowali tę starą i dawno odrzuconą teorię, najwyraźniej nieświadomi, że jest ona ślepą uliczką, w którą już kiedyś zabrnęliśmy.
Do kwestii historyzmu więc nowy historyzm nie wnosi nowej analizy teoretycznej, lecz jedynie dogmatyczne założenia na poparcie mało prawdopodobnej tezy, zgodnie z którą, jak ujął to Edward Pechter, dzieła literackie są „generowane przez politykę historycznie odległego okresu i na ten okres ukierunkowane”[13]. Anachroniczność dokonywania oceny szesnastowiecznej Europy za pomocą współczesnych, pooświeceniowych standardów, oznacza, że nowy historyzm nawet w dziedzinie historii zdradza elementarny brak kompetencji.
Jedną z najszerzej opisanych kwestii teoretycznych jest kwestia biografii i intencji autora; o jakim wkładzie teoretyków rasowo-genderowo-klasowych możemy mówić w tym wypadku? Błąd intencji, klasyczny artykuł Williama K. Wimsatta i Monroe’a Beardsleya, należy do najbardziej cenionych publikacji w tej dziedzinie[14]. Wimsatt i Beardsley twierdzili, że intencja autora nie jest ani badaczowi dostępna, ani też pożądana jako standard, według którego należy interpretować i oceniać tekst literacki. Na poparcie tego wniosku podawali dwa główne argumenty. Po pierwsze, autorzy niekoniecznie są najlepszymi sędziami własnej pracy; przeciwwagę dla bliskości autora i tekstu może stanowić szersza perspektywa krytyka. Po drugie, tekst komunikuje znaczenie za pomocą konwencji języka, a te konwencje są z natury publiczne, nie osobiste. Tekst znaczy to, co mówi, nie zaś to, co autor po jego napisaniu uważa, że chciał powiedzieć, ale być może nie powiedział.
Debatę tę wywołał nawyk wykorzystywania krótkich wypowiedzi autorów jako klucza do tekstów literackich, jaki wyrobili sobie krytycy orientacji biograficznej, zapominając, że najpełniejszy, najwyraźniejszy i najistotniejszy dowód intencji autora to język samego tekstu. Dyskusja, którą zapoczątkowało opublikowanie artykułu Wimsatta i Beardsleya, stanowiła najszerzej zakrojone poszukiwania teoretyczne, jakie podjęto w całej historii teorii krytyki literackiej.
Sednem teorii jest w tym wypadku wyjątkowy status tekstów literackich. Zwykłe użycie języka nie ma ustalonej granicy, można zatem poszukiwać rozszerzenia czy wyjaśnienia danej sekwencji wyrazów, badając to, co ją poprzedza i po niej następuje. Skoro jednak teksty literackie mają ustalone granice (na przykład pierwszą i ostatnią stronę w powieści), to rodzi się pytanie, czy krytyk może do tej zamkniętej całości dodawać tekst zaczerpnięty z innych wypowiedzi autora? Logika zwolenników intencjonalizmu wymaga jednej odpowiedzi, antyintencjonalistów – drugiej.
Po tak produktywnej debacie teoretycy rasowo-genderowo-klasowi znów przynoszą zawód, którego przyczyna jest jasna. Zamiast zanurzyć się w logice tej kwestii i pociągnąć spór dalej, zadowalają się byle odpryskiem, który można wykorzystać na poparcie ich programu. Powierzchowność tego podejścia do zagadnienia intencji można zilustrować przykładem dwóch feministek, które wykorzystują dwa różne odpryski tej debaty do ataku na męską hegemonię, co skutkuje tym, że sytuują się po przeciwnych stronach problemu teoretycznego. Jedna twierdzi, że rozpatrywanie tekstu w kontekście intencji jego autora oznacza przychylenie się do patriarchalnej koncepcji władzy, feministki zaś powinny stawiać opór owej „arbitralności hegemonii patriarchalnej” poprzez kwestionowanie „autorytetu autorów, innymi słowy, władzy ojcowskiej”. Druga z kolei uważa, że ignorowanie autora oznacza ignorowanie genderu, zaś sprzeciw wobec „trywializacji będącej dziełem krytyków płci męskiej, pogarda lub pomijanie autora (…) to jeden z pierwszych kroków rodzącego się buntu krytyczek feministycznych przeciwko krytycznoliterackiemu establishmentowi”[15]. W obu wypadkach teoria wykorzystana jest w sposób oportunistyczny i powierzchowny; żadna z krytyczek nie ma realnej styczności z kwestiami poruszanymi w istniejących już rozbudowanych argumentacjach i analizach.
Najpowszechniejszym wątkiem teorii rasowo-genderowo-klasowej w odniesieniu do intencji autora jest atak na koncepcję, że intencja autora stanowi środek do obiektywnego wyjaśnienia tekstu, do prawdy o nim. Do tego sprowadza się dramatycznie brzmiąca fraza „śmierć autora”. Kiedy jednak przyjrzeć się tej kwestii bliżej, nie ma ona nic wspólnego z klasyczną debatą na temat intencji, ponieważ jej główna idea nie oznacza przejścia od jednego rodzaju istotnych dowodów na znaczenie tekstu do dowodów innego rodzaju. Przeciwnie, stanowi element argumentacji przeciwko ważności jakichkolwiek dowodów dla wyjaśniania znaczenia tekstu[16]. Naukowcy uprawiający teorię rasowo-genderowo-klasową niczego więc nie wnoszą do debaty między intencjonalistami i antyintencjonalistami, lecz raczej zajmują radykalne, bezkompromisowe stanowisko w innej kwestii teoretycznej, mianowicie kwestii prawdy czy obiektywizmu wiedzy. Przyjrzyjmy się więc ich wkładowi w zgłębianie tej właśnie kwestii.
Tutaj stanowisko teoretyków rasowo-genderowo-klasowych da się ująć prosto: twierdzą oni, że obiektywizm i prawda to naiwne iluzje wyznawców tradycyjnej nauki i, w szerszym sensie, tradycji Zachodu, oni zaś poddali je demistyfikacji. Ich zdaniem nie ma faktów nieobciążonych wartościowaniem, ponieważ cała wiedza jest konstruktem społecznym[17].
Dziwną cechą tego stanowiska jest to, że jest diametralnie przeciwstawne do tego, co obie grupy, i dawni teoretycy, i nowi, tak naprawdę zrobili: po pierwsze, jak już wspomniałem, przedstawiciele teorii rasowo-genderowo-klasowej są sztywno przywiązani do swojej prawdy dotyczącej rzeczywistości seksizmu, rasizmu i ucisku; po drugie, przedstawiciele nauki tradycyjnej – zarówno filozofowie, jak i krytycy – często bywali sceptyczni wobec prawdy i obiektywizmu. W istocie jednym ze stale powracających pytań stawianych w teorii krytycznoliterackiej jest pytanie o to, czy krytyka dostarcza takiej wiedzy, jaką wynosimy z innych dziedzin nauki. W filozofii także dociekanie natury prawdy ma długą historię. W obu wypadkach badania dawno już osiągnęły poziom wyrafinowania, który daleko wykracza poza wyznawany przez teoretyków rasowo-genderowo-klasowych prosty dogmat o odrzuceniu obiektywizmu.
Najbardziej niezmienną opinią dotyczącą obiektywizmu w krytyce literackiej jest zdanie Harry’ego Levina, że krytyka literacka nie jest nauką ścisłą[18]. Niemniej od czasu do czasu grupy krytyków i teoretyków próbują nadać krytyce literackiej status działalności bardziej systematycznej. Raz górą było jedno z tych dwóch podstawowych stanowisk, raz drugie. Poglądy krytyków rasowo-genderowo-klasowych stanowią najnowszą fazę tego cyklu, lecz nie są oni bynajmniej pionierami, jeżeli chodzi o potępianie obiektywizmu, powtarzają jedynie niegdysiejsze poglądy większości.
Ortodoksja dziewiętnastego wieku stanowiła syntezę tych dwóch stanowisk: historia literatury i biografia dostarczają autentycznej wiedzy, lecz krytyka literacka, w znaczeniu krytycznego pisania o znaczeniu i wpływie tekstu literackiego, jest z natury impresjonistyczna, subiektywna. Właśnie ten fundamentalny sceptycyzm wobec obiektywizmu w krytyce literackiej kazał historykom literatury trzymać się kurczowo obiektywizmu faktów biograficznych i historycznych. Na przełomie wieków ta synteza zaczęła się rozpadać i w jej miejsce pojawiły się dwie różne tendencje. W Niemczech krytycy zaczęli podważać jedną połowę owej syntezy, mianowicie założenie o quasi-naukowym obiektywizmie historii literatury. W reakcji na niedopuszczający żadnej elastyczności klimat pozytywistyczny Wilhelm Dilthey twierdził, że historia literatury różni się od nauki, ponieważ do uchwycenia ducha czasów konieczne są empatia i wyobraźnia. W innych krajach podważano zaś drugą połowę dawnej syntezy – koncepcję, że krytyka literacka jest nieuleczalnie subiektywna. Jednym z głównych założeń nowej…