Bo kontemplacja gaśnie bez oporu
Z miłości do niej trzeba jej zabronić
Czesław Miłosz „Traktat poetycki”
1.
Nie zwróciłbym pewnie uwagi na to, o czym chciałbym tu opowiedzieć, gdyby nie wesela. Ich skład i konsystencja niemal zawsze przypomina pseudo bigos, do którego wrzuca się wszystko, co pod ręką, bez względu na to, czy pasuje do siebie, czy nie. Niezawodnym sposobem, dzięki któremu ma nastąpić „przeżarcie się” mniej lub bardziej przypadkowych składników, ma być wielogodzinne duszenie ich w ciasnym garnku pod ciężką przykrywą. Chyba tylko na weselach tak różni, często widzący się po raz pierwszy w życiu, ludzie są postawieni w sytuacji, w której muszą spędzić z sobą wiele godzin, nie mogąc się po prostu ignorować. Przydzielone miejsce przy stole jest jak wiadomo zobowiązaniem do podtrzymania konwersacji w najbliższym kręgu, która w pierwszej kolejności dotyczy najprostszych danych personalnych.
Kiedy podczas tych pełnych tyleż dobrej woli co kurtuazji rytuałów próbowałem odpowiedzieć na proste wydawałoby się pytanie, jaki jest mój zawód i co właściwie robię, reakcja (nie tylko ze strony tych rozmówców, których in gremium określano niegdyś w teatrach zgrabnym eufemizmem jako „mniej wyrobioną częścią publiczności”) była niemal zawsze ta sama – charakterystyczne „oooo!” lub „no proszę!” mające wyrazić niekłamane uznanie i zaraz potem uprzejmy uśmiech, jakim starano się pokryć nie do końca chyba miłe zaskoczenie i konsternację. Towarzyska próżnia, która się wokół mnie po chwili wytwarzała, nie pozostawiała złudzeń, że moi rozmówcy znacznie lepiej się czują, utrzymując względem mnie pewną nieprzekraczalną fizyczną, a więc i psychiczną odległość. Nie żeby mieli coś przeciwko mojej osobie. Po prostu ciążyłem im w jakiś odrobinę przykry sposób, uwierałem jak drobny kamyk w bucie. W pierwszej kolejności gasły niczym zdmuchnięte przez przeciąg świece przaśne dowcipy, ludzie zaczynali uważać na swoje słowa, mówić okrągłymi zdaniami, niezręcznie podejmować poważniejsze tematy, w końcu wyraźnie markotnieli i przesiadali się parę miejsc dalej, przedtem wyrzucając z siebie półgębkiem gdzieś w powietrze krótkie „przepraszam”.
Siedząc w osamotnieniu, niczym wewnątrz kręgu wypalonej trawy, dostrzegłem pewną analogię wobec sytuacji, w której się znalazłem. Przecież zdarza się, że w ten sam sposób ludzie reagują na obecność pozostającego incognito księdza, który nagle ujawnia swoją tożsamość! To samo przykre zaskoczenie, ten sam z trudem ukrywany popłoch i wreszcie ten sam usztywniony szacunek, za którym nic nie stoi, bo tak naprawdę ma stanowić alibi dla towarzysko usprawiedliwionej rezerwy.
Chyba już czas to powiedzieć: pracuję na filologii polskiej. Nauczam literatury współczesnej i piszę ten tekst, gdyż odnoszę wrażenie, że sytuacja, w jakiej znalazła się literatura, choć równie dobrze można tu powiedzieć cała humanistyka, ma wiele wspólnego z obecną kondycją katolicyzmu. To samo rzecz jasna dotyczyć musi sytuacji ludzi zajmujących się tymi dziedzinami – tak naprawdę jedziemy na jednym wózku i jest to wózek inwalidzki. Nękają nas niemal te same schorzenia i dolegliwości wywołane zachodzącymi w przyspieszonym tempie zmianami dotychczasowego modelu kultury, których prostą konsekwencją będzie wymieranie pewnych form ludzkiej umysłowości, bez których do niedawna nie można było sobie wyobrazić naszego świata. Duchownych i ludzi zajmujących się literaturą łączy nie do końca jeszcze uświadomiona wspólnota losu i przeznaczenia. O istnieniu tego ukrytego powinowactwa może świadczyć, że częściej niż na inne kierunki studiów trafiają do nas ludzie, którzy okazują się być niedoszłymi księżmi i zakonnicami. Z tego co mi wiadomo spora część naszych studentów to osoby wierzące i nierzadko związane z Kościołem poprzez duszpasterstwo akademickie, a wcześniej ruch oazowy. Tę specyfikę widać szczególnie wyraźnie na tle będących o wiele bardziej „na czasie” kierunków, takich jak marketing, bankowość, zarządzanie, ekonomia, prawo czy informatyka, gdzie zjawisko to praktycznie nie występuje. Także wśród pracowników filologii polskiej, przynajmniej tam gdzie pracuję, znaleźć można osoby, które mają za sobą epizod pobytu w seminarium duchownym lub poważnie rozważali kiedyś ten krok. Jest więc prawdopodobnie jakaś głębsza przyczyna tego, że kandydaci do życia duchownego naturalną dla niego alternatywę odnajdują za wysokim murem książek i nad nią chciałbym się tutaj zastanowić.
2.
Ogólnie rzecz biorąc, są cztery podstawowe sposoby pisania o kryzysie kultury wysokiej, cztery postawy wobec tego tematu, a więc po kolei: postawa „źle się stało”, postawa „tym gorzej dla was, że tak się stało”, postawa „nic się nie stało” i postawa „dobrze się stało”. Pierwsza z nich to lament, rozdzieranie szat, jeremiada i wróżenie nieuchronnej cywilizacyjnej katastrofy jako prostej konsekwencji odrzucenia tego, co było najwspanialsze w dziejach ludzkości. Jest to postawa niewątpliwe szlachetna w swych intencjach, lecz retorycznie bezsilna. Ton skargi na współczesne czasy, która w niej dominuje, nie wywoła w czytelniku współczucia, raczej przekorę i niechęć. Bycie „nie na czasie” nie budzi w nikim sympatii i niemal każdy skorzysta z okazji, aby utwierdzić się w swojej aktualności, dystansując się wobec tego, który za światem nie nadąża. Postawa druga to strzykanie śliną i rzucanie inwektyw z wysokich pięter intelektu na przelewającą się poniżej niezróżnicowaną ludzką masę, której wytyka się z tego bezpiecznego dystansu pustkę, głupotę, konsumpcjonizm i infantylizm. Stosunkowo popularna i mogącą liczyć na spory poklask czytelniczej publiczności, która jak każda lubi patrzeć, kiedy się kimś poniewiera. Trzecia postawa – bagatelizowanie problemu – polega na zbijaniu argumentów postawy pierwszej. Przewodnia jej teza brzmi, że zawsze tak było, jak jest i przeświadczenie o jakimś kryzysie to podszyte często osobistą histerią złudzenie (bo np. w średniowieczu większość ludzi była analfabetami i jakoś nikt nie narzekał na niski poziom czytelnictwa). Postawa równie naiwna jak pierwsza, szczególnie ulubiona przez tych, którzy lubią błysnąć w towarzystwie „niezależnością” myślenia wolnego od obiegowych komunałów. W końcu czwarta – z mściwą satysfakcją oznajmia się tu definitywny koniec męskiego, logocentrycznego świata, posiadającego twarde ideologiczne centrum, świata obciążonego wielowiekowym grzechem, zarówno fizycznej, jak i symbolicznej przemocy wobec grup sobie podporządkowanych lub stanowiących liczebną mniejszość. Jedną z największych korzyści z praktykowania takiego stanowiska jest możliwość entuzjastycznego zamanifestowania swej przynależność do czasu teraźniejszego. Okazja nie do pogardzenia, skoro obecnie nie ma chyba większego przewinienia niż się zestarzeć czy wypaść z obiegu. Słabością każdej z tych strategii, gdy występują w swych czystych postaciach, jest ich niewielka wiarygodność. Od pierwszego niemal zdania wiadomo, że mamy do czynienia z łatwo przewidywalną narracją, za którą stoi jakieś wstępne założenie czy wręcz ideologia, dyktujące argumenty i wnioski. Jest jeszcze piąty sposób mówienia o tym problemie – cechuje go chłodny obiektywizm, dystans, który pozwala dostrzegać sprawy we właściwych proporcjach, racjonalna trzeźwość ocen i sądów, i on jest oczywiście najlepszy, ale niestety nie odpowiada mojemu usposobieniu. Rozwiązanie tej sytuacji widzę w swobodnej żonglerce wszystkimi typami naraz, nie dając żadnemu z nich pierwszeństwa, co też postaram się tu zrobić.
3.
„-Nie modlą się , nie chodzą do kościoła, nie znają Pisma, po prostu nie interesuje ich to. Przychodzą wtedy, kiedy chcą mieć ślub w ładnych dekoracjach” – mówił mi o swych parafianach pewien ksiądz, który dopiero co zaczął pracę na jednym z nowopowstałych warszawskich osiedli. –„Nie czytają, nie obchodzi ich ani Mickiewicz, ani Borges” – odpowiadam „na pocieszenie” i tak jak on czuję zażenowanie tą pretensją, która, gdyby ją skierować do dorosłych ludzi, mogłaby wzbudzić co najwyżej szyderczy uśmiech. Obaj to świetnie rozumiemy, ale zostanie to przemilczane. Gdyż upominanie się o wartość, którą zdecydowaliśmy się wspierać, rozwijać i chronić, idąc każdy za swoim powołaniem,coraz częściej przypomina bezsilną skargę śmiesznego belfra i z takim zapaszkiem nie może odnieść żadnego skutku.
Oczywiste jest powolne, lecz nieustanne topnienie kry, na której znalazły się Kościół i literatura. Zasięg ich wpływów i znaczenia z roku na rok umniejsza się, bez względu na to, czy chcemy to przyjąć do wiadomości, czy nie i mam poczucie, że żadna działalność ewangelizacyjna, żadne reformy w Kościele, żaden wysiłek edukacyjny, żadne pieniądze wrzucone w promowanie kultury wysokiej nie są w stanie odwrócić tej tendencji.
Tak, wiem, upraszczam i przesadzam, jestem jednostronny i z nonszalancją ignoruję oczywiste fakty: „no bo przecież czytają Coelho, Dana Browna, Harry’ego Pottera, Janusza Wiśniewskiego, Katarzynę Grocholę, piszących też nie brakuje, mamy prawdziwy wysyp poetów, prozaików i dramatopisarzy, wydaje się mnóstwo nowych tytułów, a sztuka pisania w najlepsze pleni się w Internecie. Kościoły podczas niedzielnych mszy nadal są pełne ludzi, w czasie wielkanocnym przed konfesjonałami stoją często kilkugodzinne kolejki, ze wszystkich zakątków Polski wciąż wyruszają na Jasną Górę tłumne pielgrzymki, jest ogromna „rodzina” „Radia Maryja”, katolickie społeczeństwo sfinansowało budowę monumentalnej bazyliki w Licheniu, a jeśli chodzi o młodych, to wystarczy wybrać się w czerwcu do Lednicy, gdzie wielotysięczny tłum co roku maszeruje w religijnym uniesieniu pod bramą – rybą. Tak, to są fakty i trudno im zaprzeczać, ale mimo ich krzepiącej wymowy wszyscy czujemy to dobrze – i trzeba naiwności lub hipokryzji, aby temu zaprzeczyć – ma miejsce postępujący odwrót, odpływ, regres znaczenia religii i literatury, które stają się coraz bardziej marginalnymi, niszowymi, egzotycznymi dziedzinami naszego życia. Nie jest to być może obserwacja ani zbyt odkrywcza, ani może nawet szczególnie kontrowersyjna i nie na niej zamierzam poprzestać. Chciałbym tu głośno podzielić się przypuszczeniem, że te same przyczyny, które decydują o zaniku życia religijnego, są odpowiedzialne za dekadencję sztuki pisania i czytania. Zanim jednak dotknę tej sprawy, powtórzę raz jeszcze – nie wykluczam , że spłycam, ale wydaje się, że czasami, aby nazwać rzeczy po imieniu, trzeba je uprościć, pominąć niuanse, wziąć w nawias całą złożoność problemu, gdyż przekraczająca pewną granicę skrupulatność potrafi sparaliżować bezczelną śmiałość dotykania sedna. Gdy przyjrzeć się zbyt blisko i zbyt dokładnie choćby zwykłemu szalikowi, zamienia się on w gęsty splot włókien, które nie wiadomo, czym są i czemu mają służyć.
4.
Wymuszane przez szkołę czytanie, jak i wymuszane przez katechetów życie sakramentalne stało się w przeważającej mierze domeną dzieci i młodzieży do pewnego wieku – a więc szkolnym zadaniem do odrobienia, czymś naznaczonym piętnem dziecięctwa, z czego się wyrasta i co ewentualnie powraca jeszcze pod koniec życia w wieku starczym, gdy potrzeba jakiejś poręczy, aby przejść na tę drugą stronę. Dlatego modlitwa rzadko kiedy wychodzi poza infantylną fazę klepanego bezmyślnie „paciorka”, który zupełnie pozbawiony jest siły, a takie postacie literackie jak Wokulski z Lalki, Konrad z Dziadów, Józio z Ferdydurke nie są nikim interesującym, nikim, z kim chciałoby się spotkać w rzeczywistości, porozmawiać zapoznać czy zaprzyjaźnić, nawet gdyby to było możliwe. Bohaterowie szkolnych lektur są zwyczajnie nieatrakcyjni towarzysko. W pubach siedzieliby zapewne w odosobnieniu, gdzieś w kącie, sącząc bez słowa swe piwo i z ponurą miną przeżuwając swoje dziwne problemy. W skrajnych przypadkach bywają zapamiętani jako „psychiczni popaprańcy”, nocne zmory z koszmaru szkolnych lektur, raz na zawsze przepłoszone z jawy tych, którzy już uzyskali pełnoletniość.
Edukacja staje więc na rzęsach, by umieścić, choćby na krótko, te dziwolągi w polu niecierpliwej i przyzwyczajonej do silnych bodźców uwagi ucznia. Jedną z metod ma być „uwspółcześnianie” książek poprzez wydobycie z nich wątków, które mają szansę wzbudzić błysk zainteresowania. Na przykład Cezarego Barykę należy pokazać w takim wypadku od strony jego miłosnych i erotycznych przygód. Wszystkie te działania przypominają próbę zainstalowania oprogramowania od archaicznych commodore na najnowszym macu. Jest to niemożliwe, gdyż nić wiążąca przeszłość z teraźniejszością została ostatecznie zerwana i literaccy bohaterowie, takiego choćby romantyzmu, stali się obcy niczym postacie z sumeryjskiego mitu, którego sens został raz na zawsze zapomniany.
Szekspir przez setki lat nie wymagał tego rodzaju galwanizacji. Był czytany i rozumiany, ponieważ wciąż mówił o czymś, co było naprawdę istotne dla kolejnych pokoleń. To się jednak najwyraźniej skończyło. W ostatnich dziesięcioleciach gwałtownie się zestarzał i w końcu dostał zapaści, z której próbuje go teraz wydobyć tłum krytyków, historyków literatury, reżyserów, rozciągając go na prokrustowym łożu swych interpretacji, które mają wychodzić naprzeciw domniemanym oczekiwaniom współczesnego odbiorcy. Ale ten żenujący serwilizm wobec wymogów czasu, który wydaje się im jedynym wyjściem, aby ocalić coś z wielkiej literatury, prowadzi donikąd. Nikomu nie jest potrzebny Szekspir w postaci artystycznego fast-fooda, podanego choćby w ostrym homoerotycznym sosie, który ma nadać jakąś wyrazistość smaku mdłej dla przeciętnego odbiory klasyce. Eksces i perwersja nie przyciągnie do teatru tzw. szerokiej publiczności, gdyż ona znajdzie o niebo bardziej ekscytujące ich realizacje w telewizji albo na odpowiednich stronach www. Z kolei tych, którzy poszukują w sztuce czegoś więcej niż bezmyślnej rozrywki, zrazi banalnością przekazu i tanim efekciarstwem.
O żywotności dzieła świadczy jego zdolność do wejścia w rezonans z odbiorcą i niestety jest to niezależne od jego artystycznej wielkości i głębi. Jeśli autor Burzysam nie ma sił, by stanąć o własnych nogach na grząskim gruncie popkultury i mówić na tyle głośno, aby być w tym zgiełku słuchany, to nie pomoże mu żadna reanimacja. Najważniejszą przyczyną jej nieuchronnego fiaska wydaje się to, że wyparował jakiś ogólniejszy kontekst, dzięki któremu można było naprawdę się przejąć tragedią króla Leara czy Hamleta – bez niego ich rozpacz zwyczajnie nie porusza. Punkt ciężkości duszy współczesnego człowieka znajduje się w zupełnie innym miejscu niż u postaci z szekspirowskich sztuk. Już choćby taka zmiana obyczajowa jak rozluźnienie więzi rodzinnych przekładać się musi na niewielką empatię wobec katastrofy zranionego w swych ojcowskich uczuciach władcy. Wybitna literatura najwyraźniej przestała być lustrem ludzkiej duszy. Nie dostarcza już bohaterów, którzy reprezentują sobą jakiś modelowy typ ludzkiego doświadczenia lub charakteru, jak choćby Molierowski świętoszek czy skąpiec. Literaccy bohaterowie nie stają się już ikonami kultury, bohaterami masowej wyobraźni jak niegdyś postacie stworzone przez Goethego, Oscara Wilda, Sienkiewicza, Jacka Londona albo Hermana Hessego. Już nikt nie wzoruje na nich swojego życia. Literatura utraciła swą mitotwórczą siłę na rzecz kina i muzyki rozrywkowej, z wielką łatwością produkujących kolejne postacie, do których zwykli ludzie pragnęliby się upodobnić. Język, jakim się posługujemy, od dłuższego już czasu nie wzbogacił się o pojęcie zapożyczone z literatury pięknej, które stałoby się powszechnie zrozumiałym, trafnym i poręcznym, określeniem tego, co się nam w życiu przytrafia, tak jak Gombrowiczowskie „upupianie” lub „sytuacja jak z Mrożka”. Niegdyś pozostające w szerokim użyciu słowa, takie jak: donkiszoteria, hamletyzm, faustyzm, bovaryzm, wallenrodyzm, tworzą listę zamkniętą. Powoli wychodzą zresztą z użycia i już niewielu wie, jakie jest ich właściwe znaczenie. Może wyjątkiem jest tu Nabokovowska Lolita. Zawdzięcza ona jednak swą wielką karierę jednemu z najsilniejszych fantazmatów seksualnych Zachodu i jej popularność najlepiej pokazuje, w jakim wymiarze jeszcze literatura może być potrzebna masom. W podobnej sytuacji jak bohaterowie literaccy znajdują się chrześcijańscy święci. Ich towarzyska atrakcyjność jest niemal równie niska (o czym właściwie mielibyśmy z nimi gadać i co wspólnie robić?), więc w przyspieszonym tempie znikają ze zbiorowej świadomości Europejczyków. Jedynym wyjątkiem jest św. Mikołaj, gdyż przeobraził się w Santa Claus – pogańskie bóstwo konsumpcji, o którego chrześcijańskim pochodzeniu prawie nikt już nie pamięta. Choć Kościół w ostatnich dziesięcioleciach zrobił naprawdę wiele, aby nadać świętości bardziej atrakcyjne dla współczesnego człowieka oblicze, znacznie rozluźniając surowe rygory kanonizacji, to jednak efekt tych działań na pewno jest mniejszy niż tego oczekiwano. Jego święci w o wiele większym stopniu budzą przerażenie i rezerwę niż miłość, podziw i zachwyt. Tak jest z pewnością ze świętym Maksymilianem Kolbe, którego szokujący dla współczesnego człowieka gest poświęcenia życia dla nieznanej zupełnie osoby, czyni go kimś obcym, bo kierującym się jakimiś kompletne niepojętymi zasadami ekstremistą. To samo dotyczy Adama Chmielowskiego, czyli brata Alberta, który odrzucił szansę kariery artystycznej na rzecz niesienia pomocy nędzarzom, bezdomnym i alkoholikom. Jak wiadomo mieszkał w śmierdzących przytułkach, aby dzielić do końca ich los. Albo św. Gianna Baretta, zdawałoby się tak bliska współczesnym kobietom poprzez laickość i macierzyństwo – odstrasza, a nie przyciąga swą wręcz „nieludzką” determinacją, by nie usuwać dziecka, które ostatecznie zabierze jej własne życie. Tak więc święci mogą budzić szacunek, ale nie imponują, gdyż ich życiowe aspiracje kompletnie rozbiegają się z aspiracjami…