Subskrybuj

Strategie wyjścia

Gołym okiem dziś widać, jak Zachód – zmęczony zaangażowaniem zbrojnym w dwa najpoważniejsze  „międzynarodowe” konflikty ostatnich lat – coraz wyraźniej obmyśla (lub wprowadza) strategie wycofywania się z nich.

W przypadku Iraku najbardziej czytelnym zwiastunem tego scenariusza było zwycięstwo w amerykańskich wyborach prezydenckich w ubiegłym roku kandydata, który najpierw sprzeciwiał się interwencji nad Eufratem i Tygrysem, później deklarował wolę ewakuacji i od tamtej pory konsekwentnie zdaje się realizować ten zamysł. Choć, gwoli historycznej ścisłości, wypada zaznaczyć, że pod programem stopniowego wycofywania sił amerykańskich z Iraku do końca 2011 roku podpisał się (aczkolwiek niechętnie) jeszcze George W. Bush. Casus Afganistanu wydaje się pozornie przeczyć tezie o chęci „wycofywania się Zachodu na z góry upatrzone pozycje”, gdyż Waszyngton zmierza do (równie konsekwentnie zapowiadanego przez Baracka Obamę) wzmocnienia swego kontyngentu. Nie ulega jednak wątpliwości, że tak jak w przypadku krótkotrwałego zasilenia wojsk amerykańskich w Iraku w 2007 roku (czemu towarzyszyły realne wysiłki przeciągnięcia sunnickich rebeliantów na stronę koalicji), w Afganistanie również chodzi o tymczasowe wzmożenie operacji przeciwko talibom z jednoczesnym zamiarem umacniania rządu centralnego w Kabulu. Rząd ten w przyszłości powinien w pełni (a przynajmniej w bardzo poważnym stopniu) przejąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo w obrębie własnych granic. W tym sensie zasadnicze cele koalicji na obydwu frontach wydają się zbliżone. Zdecydowane różnice pojawiają się natomiast w realizacji poszczególnych etapów tego planu, co dało o sobie znać w ostatnich tygodniach, dowodząc jednocześnie skali problemów, z jakimi muszą borykać się koalicyjni politycy i stratedzy. W Iraku, gdzie – po przekazaniu siłom rządowym kontroli nad miastami (z końcem czerwca) – sytuacja wyglądała na bardziej ustabilizowaną, sierpień przyniósł całą serię zamachów, których kulminacją były skoordynowane ataki na gmachy kluczowych ministerstw w Bagdadzie. Zginęło w nich prawie sto osób, ponad pięćset odniosło obrażenia, a reputacja irackich służb bezpieczeństwa oraz samego premiera Nouri al-Malikiego zaczęła po 19 sierpnia przypominać gruzy budynków zniszczonych tego dnia w stolicy Iraku. Podejrzenia dotyczące przejazdu „za łapówki” ciężarówek wyładowanych materiałami wybuchowymi bynajmniej nie poprawiały nastrojów. Wprawdzie iracki rząd dość szybko wskazał na powiązania zamachowców z zagranicą, schładzając jednocześnie stosunki z Syrią, która w jego ocenie miała udzielać im gościny, ale to żadną miarą nie zmieniało istoty problemu. Pozostaje nią w dalszym ciągu kruchość państwowych struktur Iraku i ich słabość wynikająca z wewnętrznych podziałów. Niemniej w Iraku, mimo utrzymujących się napięć między głównymi społecznościami szyitów, sunnitów i Kurdów, a także wewnątrz nich, i tak należy mówić o bardziej zaawansowanej stabilizacji aniżeli w Afganistanie, gdzie interwencja Zachodu (dwa lata „starsza” od irackiej, bo bezpośrednio spowodowana atakami terrorystycznymi z września 2001 roku) również doprowadziła do zastąpienia…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Bankructwo humanistyki