Czemu mają służyć nauki humanistyczne? Jak Pan Profesor broniłby dzisiaj nauk humanistycznych przed zarzutem, że są już społecznie nieużyteczne, a może nawet szkodliwe?
Zadał mi Pan pytanie, na które można by odpowiedzieć całą książką. Ponadto wymagałoby ono odpowiedzi zbiorowej. Nauki humanistyczne mają przecież zróżnicowany charakter – inne są zadania nauk filologicznych, inne socjologii czy psychologii.
Skupmy się zatem na nauce o literaturze.
Dziękuję za to zawężenie, bo częściowo uwalnia mnie od zarzutu intelektualnego hochsztaplerstwa. Choć i w przypadku literaturoznawstwa moje kompetencje są ograniczone – któż dziś może ogarnąć całość produkcji literaturoznawczej! I choćby tylko w Polsce, nie mówiąc o spojrzeniu w perspektywie szerszej.
Ale poczyniwszy to zastrzeżenie, do którego dodałbym jeszcze takie, że moje poglądy wydadzą się pewnie wielu czytelnikom staroświeckie, powiedziałbym, że literaturoznawstwo, a zwłaszcza historia literatury proponuje pewien wybór z dziedzictwa i współczesności literackiej, który uważa za szczególnie wartościowy, ucząc zarazem lepszego zrozumienia i korzystania z niego. Literatura – jak wiadomo – może służyć celom różnym: upodobaniom estetycznym, swoistemu poznawaniu rzeczywistości i jej projektowaniu, zaspokajaniu potrzeb ludycznych, rozrywkowych. Oczywiście wszystko to bierze się z potencjału samej literatury, a nie nauki o literaturze, ale ta ostatnia otwiera ku temu drogi.
Pan Profesor wspominał o wyborze spośród dziedzictwa. Ellis wskazuje, że krytycy, których zalicza do szkoły „rasa-gender-klasa”, zarzucają tego rodzaju wyborowi ideologiczne skonstruowanie. W konsekwencji walczą z tym, co jest nazywane literackim kanonem, i przekonują, że historia literatury – pośrednio lub wprost – ma służyć polityce, ma być wehikułem treści ideologicznych danego czasu (obecnie – walce z wszelką opresją). Czy Pan Profesor podziela ich przekonanie?
Badania literackie są w wielu wypadkach obciążone tym skrzywieniem ideologicznym, ale można je zaobserwować i zminimalizować. Poza tym w odróżnieniu od przedstawicieli tej nieszczęsnej trójcy wielu teoretyków i praktyków literatury wskazywało na to, że można również czerpać satysfakcję literacką z utworów o ideologii obcej…
… lub nawet niebezpiecznej. Przypomina się choćby Ezra Pound.
Wiele znanych sformułowań, na przykład Eliota czy – by odwołać się do polskiej tradycji – Wacława Borowego podkreśla możliwość względnego zautonomizowania oceny literackiej utworu od preferencji ideologicznych badacza. Zapewne, wszystko to dzieje się w pewnych granicach. Wydaje mi się, że istnieją dzieła o ideologii tak obcej i wrogiej danemu badaczowi, że trudno mu abstrahować od tego wymiaru omawianego dzieła literackiego.
Czy Pan Profesor podziela przekonanie, że studiowanie literatury ma służyć kształtowaniu właściwych postaw obywatelskich?
Ja bym sprawę ujął szerzej. Nie chodzi tutaj tylko o postawy obywatelskie, ale także o funkcję identyfikacyjną i integracyjną w relacji jednostki do zbiorowości. Niektóre utwory literackie mogą temu sprzyjać. Ale nie sądzę, żeby miała temu służyć np. lektura Trenów Kochanowskiego. Literatura uczy także czytelnika lepszego zrozumienia samego siebie, częstokroć nazwania swoich emocji czy odczuć. Nie zawsze i nie każda literatura, ale literatura w swoich najlepszych osiągnięciach. Uczy również zrozumienia innego człowieka. Uczy, cytuję Kunderę, że: „rzeczy są bardziej skomplikowane”. Nie chodzi przy tym o konkretne odpowiedzi na pytania, ale o samo postawienie pytań, na przykład egzystencjalnych czy etycznych.
Przejdźmy zatem do książki Ellisa Literature Lost…
Książkę Ellisa uważam za uczciwą i przekonującą (może czasami zdawała mi się rozgadana). Wydaje mi się jednak, że na szczęście częściowo się już zdezaktualizowała. Ellis ma wielu współmyślących – wystarczy sięgnąć do obszernej antologii ich głosów Theory’s Empire z roku 2005 (pod redakcją Daphne Patai i Willa H. Corrala). Nie jest tak, że w tej chwili w Stanach Zjednoczonych dominują zwolennicy trójcy: „rasa-gender-klasa”. Po pierwsze, ta tendencja została wyparta przez inny kierunek, częściowo czerpiący z tego źródła – przez nowy historyzm, który też jest zainteresowany przede wszystkim tym, co można by nazwać ideologią czy polityką w literaturze, ale stawia sobie znacznie szersze zadania, mianowicie ukazanie zjawisk literackich w całym ich powiązaniu z kontekstem piśmiennictwa nieliterackiego, a także działalności rozmaitych instytucji państwowych i społecznych.
Jakkolwiek Ellis rozprawia się także z nowym historyzmem, biorąc na cel Greenblatta, i przyporządkowuje ten kierunek trójcy „rasa-gender- klasa”.
To prawda, ale – powtarzam – nowy historyzm ma szersze zainteresowania i jest bardzo eklektyczny, czerpie dodatkowo z psychoanalizy i z dekonstrukcji… Jest to zatem jakaś mutacja w stosunku do zjawisk, o których pisze Ellis. Zwrócić także należy uwagę na „zwrot etyczny” w badaniach literackich. Jest to pojęcie wielowymiarowe, bo po pierwsze, zwrot ten ma się przejawiać w większej pieczołowitości i lojalności krytyka wobec tekstu. Po drugie – w spojrzeniu na dzieło literackie jako na nośnik pewnych wartości i postaw etycznych. Po trzecie – w refleksji nad etycznym oddziaływaniem dzieła na jego odbiorców. Przy czym „etyczne” oznacza zarówno moralność, jak i ideologię czy politykę.
Czyli ten zwrot również w jakiejś mierze wywodzi się z trójcy „rasa, płeć, klasa”…
I tak, i nie… Owa trójca Ellisa i nowy historyzm miały głównie nastawienie demaskatorskie, prokuratorskie wobec dziedzictwa przeszłości. Wszędzie dopatrywały się działania jakiejś opresji ze strony klasy dominującej. Na marginesie dodam, że można tu zauważyć daleko idącą analogię do pewnej wersji radzieckiego marksizmu z przełomu lat 20. i 30 dwudziestego wieku. Otóż tej prokuratorskiej jednostronności w tekstach, które czytałem, z kręgu „zwrotu etycznego” – nie ma. I całe szczęście, bo w końcu sięgamy po Burzę Szekspira nie po to, żeby przekonać się, iż Kalibana potraktował autor tak, jak odpowiadało to kolonizatorskiej ideologii tamtego czasu, ale ze znacznie bardziej skomplikowanych powodów.
Jak widzę, teoria „zwrotu etycznego” budzi sympatię Pana Profesora.
Za mało z tego zakresu przeczytałem, ale zasadniczo rehabilitacja walorów poznawczych i ideowych literatury bardzo mi odpowiada.
Ellis wspomina w pewnym momencie o nierównowadze między tym, co nazywa asertywnym aspektem badań nad literaturą, i aspektem analitycznym. Czy zgadza się Pan, że taka nierównowaga jest dziś zauważalna?
Nie całkiem rozumiem to rozróżnienie, być może chodzi o nierównowagę między tym, co Ryszard Nycz nazywa trybem proklamacyjnym i trybem argumentacyjnym. Oczywiście bliższy mi jest ten drugi.
Te uwagi wiążą się chyba z przekonaniem, że dzisiaj to raczej interpretator jest dowartościowany w procesie lektury, a dzieło samo jest zdane na jego łaskę i niełaskę. Myślę o dekonstrukcyjnej sile interpretatora, który może sobie bardzo dowolnie poczynać z tekstem.
Takie tendencje oczywiście istnieją. W Polsce przedstawicielem ich jest w pewnym stopniu Michał Paweł Markowski, zwolennik interpretacji subiektywnej i prezentystycznej, z którym się swego czasu o to spierałem. Niedawne jednak deklaracje przedstawicieli „zwrotu etycznego”, takich jak Hillis Miller, apelują o pokorę wobec tekstu.
A czy w polskiej praktyce literaturoznawczej przeważają odczytania dzieł, które charakteryzują się taką uczciwością, pokorą wobec komentowanych tekstów?
Trudno powiedzieć, czy przeważają. Łatwo byłoby jednak wiele wymienić, jak choćby Marii Podrazy-Kwiatkowskiej o Młodej Polsce, Stefana Sawickiego o Norwidzie, Jana Błońskiego o Witkacym. Moje oczytanie w pracach autorów młodszych jest zbyt skąpe, abym eksponował jakieś nazwiska, nie sądzę jednak, by pod tym względem było gorzej niż dawniej. Równocześnie jednak, zwłaszcza w tekstach młodej generacji, widoczna jest – jak by to powiedzieć – dezynwoltura interpretacyjna, która nie bardzo liczy się z wymową samego tekstu. Szerzy się duża dowolność, polegająca zwłaszcza na nieuzasadnionym doszukiwaniu się treści symbolicznych w omawianym utworze.
Aby nie być gołosłownym, posłużę się cytatem z tego, co przeczytałem niedawno o sklepie Mincla i Wokulskiego. Stary Mincel jest pryncypałem bezwzględnym i małostkowym, z czasem zdziwaczałym. Wokulski zarządza losem swych podwładnych despotycznie, Rzecki ich śledzi, oni sami są ze sobą skłóceni, zgadzają się tylko w szykanowaniu młodego Szlangbauma. Tymczasem w oczach autora tej książki: „sklep ten odwołuje nas do rzeczywistości rajskiej, w której znikają wszelkie podziały. Jest to przestrzeń, która w sposób pełny, niemal doskonały demokratyzuje znajdujące się w niej jednostki, a obecna w nim hierarchia jest odzwierciedleniem struktury doskonałej, stanowi swego rodzaju epoche”. (Przy okazji warto zaznaczyć, że autor chyba nie rozumie, co to znaczy epoche…) A w innym miejscu tenże autor komentuje, że kiedy stary Mincel, wprowadzając do fachu młodego Rzeckiego, otwiera szufladę i poucza go: to jest cynamon, a to inna przyprawa, to powtarza gest pana Boga…
Innym utrapieniem prac literaturoznawczych jest chyba także żargon, nieprzejrzysty, mętny język. Jak Pan ocenia język współczesnej nauki o literaturze?
Trudno mówić o jednym języku, ale często zawiłość tego języka i brak troski o precyzję i jednoznaczność są bardzo niepokojące. Jest też samowola, arbitralność w używaniu rozmaitych terminów. W tekstach dekonstrukcjonistów i ich następców prawie nie znajduje się pojęcia czy terminu tak jasno zdefiniowanego, żeby można go było wprowadzić do słownika terminów literackich. Myśl najczęściej rozpływa się w trudnych do ujednoznacznienia formułach. Pisałem o tym niedawno, więc pozwolę sobie zacytować z artykułu Jeszcze raz o poetyce, teorii literatury i interpretacji fragment dotyczący współczesnych prób określenia, co jest teorią literatury: „Dla Josepha Hillisa Millera teoria literatury jest rodzajem interpretacyjnego języka >>znajdującego się ponad fałszywą opozycją czystej teorii i czystej praktyki<<. Według Stephena Greenblatta jest >>modelem interpretatywnym<<, który musi sobie znaleźć miejsce nie poza interpretacją, lecz w miejscach >>negocjacji i wymiany<<”. Z kolei dla Jonathana Cullera „teoria (a właściwie Teoria) nie oznacza prób wytłumaczenia istoty literatury, ani też metod jej badań, lecz >>prace z różnych dziedzin wiedzy – językoznawstwa, psychoanalizy, filozofii, socjologii, antropologii kulturowej, dokonujące reorientacji myślenia w dziedzinach innych niż te, do których na pozór [!] należą<<, albo inaczej – które >>wywierają wpływ poza pierwotną sferą oddziaływania<<”. W rezultacie takiej inkorporacji do teorii literatury wszystkich zewnętrznych wobec niej koncepcji humanistycznych, które mogą ją inspirować, przekształca się ona w amorficzny konglomerat o wciąż zmieniających się granicach.
Ellis wskazuje na przenikanie się i wzmacnianie dwóch efektów. Po pierwsze, motywowanego politycznie poczucia pewnej misji, moralnej powinności, by nauka zajęła się sprawami społecznie nieobojętnymi – na przykład walką z pozostałościami kolonializmu czy kultury patriarchalnej. Po drugie zaś, specyficznego żargonu, który owemu moralizatorstwu przydaje blasku awangardowości.
To nie tylko moralizm. To także założenie, że krytyka literacka powinna czynnie uczestniczyć w zmianie społecznej („social change”). To powtarzająca się fraza. Ale z drugiej strony literaturoznawcy spod znaku „rasy-gender-klasy” sami ograniczają zasięg społecznego oddziaływania swojego pisarstwa, bo nie potrafią się wyzbyć żargonu niezrozumiałego dla szerszej grupy czytelników.
Według Ellisa to sprzężenie powoduje, że w bardzo niedogodnej sytuacji postawieni są ewentualni oponenci – albo oskarża się ich o moralną niewrażliwość (akceptowanie segregacji rasowej itp.), albo o staroświeckość i umysłowe ograniczenie.Język nauki się zmienia, a możliwości absorpcyjne starszego pokolenia badaczy są z reguły ograniczone,…