Subskrybuj

Myślenie życzeniowe, sceptycyzm, nadzieja

Kiedy 9 października Komitet Noblowski oficjalnie ogłaszał, że laureatem tegorocznej nagrody pokojowej został Barack Obama, wyraźnie słychać było, jak zgromadzeni na sali w Oslo goście i dziennikarze aż zachłystują się ze zdumienia. Decyzja z pewnością zaskakiwała, gdyż – mimo najszczerszych nawet chęci – polityce zagranicznej nowej administracji w Waszyngtonie raczej trudno przypisać konkretne osiągnięcia. „Tak szybko?” – komentował werdykt noblowskiego jury Lech Wałęsa (Nagroda Nobla 1983) z charakterystyczną dosadnością: „Za wcześnie!”. Sceptycyzm Wałęsy, skrzętnie odnotowany przez redakcję londyńskiego „Timesa”, nie był wcale odosobniony.

Owszem, liczni entuzjaści prezydentury Obamy podkreślali, że dokonano dalekowzrocznego wyboru, wspierając politykę multilateralizmu i „nowej ery zaangażowania” w najważniejsze problemy współczesności (od Bliskiego Wschodu i de-nuklearyzacji po zapobieganie zmianom klimatycznym), o czym tak elokwentnie zapewnia sam laureat. Ale w medialnych ocenach częściej słyszało się uwagi o wishful thinking, ilustrowane niekiedy akademickimi wyjaśnieniami, że po pierwszym semestrze nie przyznaje się studentom dyplomów tylko dlatego, że z jakichś powodów mogą nie dobrnąć do końca studiów. Ten obraz uzupełniali zdeklarowani przeciwnicy 44. prezydenta USA (sondaże wskazują, że ich odsetek w Stanach zbliża się do 40%), którzy – przynajmniej w sporej części – widzieli w tym wyróżnieniu kolejny przykład ideologicznej vendetty na jego poprzedniku, pamiętając że to już czwarty „Nobel” wymierzony w George’a Busha (po nagrodach dla Jimmy’ego Cartera w 2002, Mohammeda El-Baradei w 2005 i Ala Gore’a w 2007 roku). Jeśli jednak uznać, że dysponenci noblowskiego funduszu kierowali się zasadniczo myśleniem o przyszłości, to rozpiętość reakcji na ich decyzję wyznaczały przede wszystkim bieguny sceptycyzmu i nadziei. Ta sama dychotomia dawała o sobie znać w ocenie dwóch innych, bardzo ambitnych, przedsięwzięć politycznych (to, że sygnalizowane cele prezydentury Obamy można klasyfikować w ten sposób, jest chyba kwestią bezsporną) zainicjowanych w ostatnich tygodniach. Chodzi o wstępne, stosunkowo nieśmiałe próby zasypania przepaści dzielących zwaśnione od wieków: Turcję i Armenię oraz Japonię i Chiny. W tym pierwszym przypadku zwiastunem nadziei było podpisane 10 października 2009 roku w Zurychu porozumienie o przywróceniu stosunków dyplomatycznych i nawiązaniu współpracy między Erewaniem a Ankarą. Jak przystało na przełom z gatunku „historycznych”, niemal do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy – mimo wcześniejszych uzgodnień – szefowie dyplomacji obu stron, Ahmet Davutoğlu i Edward Nalbandian, zdecydują się w końcu parafować mozolnie negocjowany tekst. Poziom wzajemnej nieufności i skala problemów, które usiłowano przezwyciężyć, wymusił dramatyczne ponoć interwencje „za pięć dwunasta” ministrów spraw zagranicznych Rosji i Francji oraz amerykańskiej sekretarz stanu, a po złożeniu podpisów zrezygnowano nawet z oficjalnych przemówień, żeby przypadkiem nie rozjuszyć przeciwników ugody, która musi jeszcze zostać ratyfikowana. A ratyfikacja – tak w Turcji, jak w Armenii – nie będzie bynajmniej formalnością… Sceptycyzm wynika z dwóch fundamentalnych powodów: zasadniczej różnicy zdań w sprawie masakry ponad miliona Ormian we…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Ja, Afryka