Subskrybuj

Samek i Wikingowie z Puszczy Niepołomickiej

W drugiej połowie sierpnia 1939 roku pan Władysław zgłosił się do pełnienia służby wartowniczej w Żywcu. Po klęsce wrześniowej jego ojciec, przeprowadziwszy likwidację miejscowego posterunku Policji Państwowej, zorganizował transport uzbrojenia, które postanowił przechować. Razem z synem udali się na wschód. Była to podróż pełna przygód i niebezpieczeństw.

Puszcza była poza prawem i poza społeczeństwem.

Jednak schronienie, jakie dawała, nie było bezwarunkowe.

W puszczy nie dało się pozostać człowiekiem –

Można było tylko wznieść się ponad człowieczeństwo

Lub ostatecznie pogrążyć.

Robert Harrison

Władysław Pawełek okres międzywojenny spędził początkowo w Żywcu, następnie zaś w Milówce, gdzie jego ojciec, zawodowy policjant, tworzył posterunki.

To właśnie w Milówce pierwszy raz zetknął się z zagadnieniem stosunków polsko-żydowskich, kiedy jako zastępowy organizował harcerzom wycieczki górskie.

– Pewnego razu – wspomina – w czasie jednej z wycieczek zapragnęliśmy wody. Akurat wyrosła przed nami góralska chata, zaszliśmy więc do środka: a tam izba wylepiona gliną, na jej środku duża misa pełna gotowanych ziemniaków, z której pięcioro dzieci w koszulinach jadło je łyżkami – nic więcej, tylko te ziemniaki. Ich ojciec tłumaczył nam, że bieda. Będę pamiętał tę scenę do końca życia.

Region żywiecki był wówczas opanowany przez endecję. Poglądy antysemickie szerzyły się przede wszystkim za pośrednictwem bractw hallerczykowskich. Z racji ciężkiej sytuacji miejscowej ludności znajdowały podatny grunt: głoszono, że jedną z przyczyn biedy są Żydzi. Posiadali oni własną gminę religijną, bożnicę i cmentarz, byli właścicielami większości drobnych przedsiębiorstw. Autorytet hallerczyków wzmacniał dodatkowo fakt, iż poszczególne oddziały związku w regionie zwykł był wizytować sam generał Haller. Przyjechał także do Milówki. Zjazdowi bractw hallerczykowskich towarzyszyła aura zarówno niezwykłości, jak i awanturnictwa. Kiedy bracia, ubrani w błękitne płaszcze symbolizujące związek z Armią Hallera, schodzili tłumnie z gór, wzniecali przy tym kłęby kurzu, które unosząc się nad ziemią, tworzyły wokół nich szarobłękitną poświatę. Spotkanie z Hallerem odbyło się na pastwiskach Milówki. Generał siedział przy stoliczku, liczna młodzież hallerczykowska wznosiła okrzyki „precz z policją!”. Do Hallera pielgrzymował okoliczny lud, ze łzami w oczach błagając go o ulżenie w ciężkiej doli. Pan Władysław oglądał to widowisko, gdyż jako policjant zabezpieczał je jego ojciec.

Gorycz przepełniająca podjudzanych przez hallerczyków mieszkańców Milówki wylała się pewnej nocy 1934 roku. „Nagle w nocy słyszę krzyk i wzburzony ojciec wbiega do domu, wołając na cały głos, że jest atak i pogrom Żydów – mówi pan Władysław. – Okoliczne chłopstwo w całej swej masie ruszyło na Żydów, rozpoczęło się niszczenie żydowskich sklepów. Jeden z Żydów bronił się, zastrzelił kogoś”. Policja, wraz z ojcem pana Władysława, chroniła Żydów, dokonując rozprawy z rebeliantami.

Przysiółek, Wisła i bimber

W drugiej połowie sierpnia 1939 roku pan Władysław zgłosił się do pełnienia służby wartowniczej w Żywcu. Po klęsce wrześniowej jego ojciec, przeprowadziwszy likwidację miejscowego posterunku Policji Państwowej, zorganizował transport uzbrojenia, które postanowił przechować. Razem z synem udali się na wschód. Była to podróż pełna przygód i niebezpieczeństw.

Kiedy w końcu dotarli na skraj Puszczy Niepołomickiej, osiedlili się w domu babci, Marianny Biernat, w przysiółku Tarnówka stanowiącym część wsi Wola Batorska. Była to duża nieforemna wieś z wieloma przysiółkami i osiedlami. Gospodarstwo babci było położone samotnie wśród pól niedaleko Wisły i około dwóch kilometrów od puszczy. Jej sąsiedztwo okazało się zresztą atrakcyjne dla wielu uciekinierów: urzędników, policjantów, nauczycieli, a nawet wojskowego kapelana. Puszcza – niegdyś teren łowny królów polskich – wywodzi swą nazwę od staropolskiego słowa oznaczającego rzecz twardą, niemożliwą do pokonania. Leśne ostępy stworzyły doskonałe warunki dla działalności partyzanckiej. Pierwsze, korzystając z zamętu wojny, posłużyły się nimi jednak bandy rabusiów, nękając okolicznych mieszkańców. Mnożyły się kradzieże, napady, gwałty i morderstwa.

Synowie uciekinierów, wśród nich pan Władysław, zorganizowali grupę samoobrony. Na dowódcę wybrano Władysława Bobera, pseudonim „King”, nauczyciela z Rzeszowa, porucznika rezerwy, który wyróżniał się odwagą. Grupie patronowała tak zwana Rada Starszych (krewnych, ojców i dziadków), która nadzorowała działania oddziału i była dla niego moralnym autorytetem. Ponieważ brat dowódcy był oficerem kontrwywiadu Związku Walki Zbrojnej w Krakowie, grupa związała się właśnie z tą organizacją. Kapelanem oddziału został kapitan Wojska Polskiego ks. Józef Krupa. Kiedy pan Władysław udostępnił przechowywany przez ojca w Tarnówce depozyt policyjnego uzbrojenia, oddział mógł przystąpić do oczyszczenia terenu z rabusiów, gwałcicieli i innych członków uzbrojonych band.

Zorganizowano wywiad wśród mieszkańców, rozpoczęto inwigilację i stopniowe wyłapywanie podejrzanych. Wyroki śmierci były wykonywane natychmiast. Ale drobnych złodziejaszków kradnących kury czy ciasta świąteczne tylko ostrzegano, a tym niepoprawnym aplikowano karę chłosty. „Kilku bandytów zdołało nam zbiec – wspomina pan Władysław. – Jedna z uzbrojonych grup, ostrzeliwując się, również nam umknęła, ale już chyba nigdy nie wróciła na nasz teren. Wkrótce zauważyliśmy, że w okolicy nastąpił zdecydowany spokój”. „Czyszczenie terenu” objęło także volksdeutschów.

Przysiółek w Tarnówce był miejscem pod każdym względem wyjątkowym. Oprócz tego, że znajdował się tam punkt zborny oraz skład broni oddziału, nieopodal prowadził szlak przemytników. Przybywali oni zza Wisły, zaopatrując nieodległy Kraków w bydło, zboże, tytoń i bimber. Nocami pędzono tabuny bydła. Tarnówka stała się miejscem odpoczynku dla wędrujących ludzi i zwierząt. Z czasem przemytnicy zaczęli prosić o pomoc przy przeprawie rzecznej. Tej nie odmawiano, był z tego w końcu jakiś „bakszysz”, wreszcie zdobyto nawet krowę… Pomoc przemytnikom i przewodnictwo po Puszczy Niepołomickiej stały się z czasem podstawą działalności oddziału.

Samek i Wikingowie

Powstanie Armii Krajowej zimą 1942 roku oznaczało przeorganizowanie oddziału w terenową komórkę AK. Grupa przybrała nazwę Terenowy Oddział Dywersji AK o kryptonimie „Wiking”, który podporządkowano bezpośrednio Kierownictwu Dywersji Okręgu Kraków AK. W Tarnówce utworzona została placówka AK „Pstrąg”, na czele której stanął kapitan Józef Jekiel, ps. „Chmurowicz”. Pan Władysław przyjął pseudonim „Kubiński”. „Dowództwo placówki rozpoczęło działalność od werbowania uprzednio obserwowanych mieszkańców wsi do AK – wspomina. –Oddział powiększył się o specjalnie dobranych ludzi. Stanowiliśmy ochronę placówki”. Dokonywano nadal przewozów, przepraw i zaopatrzenia ruchomych oddziałów partyzanckich AK „Huragan”, „Skok”, „Błyskawica”, „Grom”. Z pomocy korzystały także grupy Batalionów Chłopskich. Oddział szybko stał się jednak również grupą do zadań specjalnych. Prowadzono terenowy wywiad o stanie i ruchu wojsk oraz działalności władz niemieckich, akcje na magazyny broni i umundurowania organizacji „Todt”, ubezpieczano przejmowanie zrzutów broni, dokonywano transakcji zakupu broni oraz rekwizycji w majątkach niemieckich. Do najbardziej spektakularnych akcji należy chyba zaliczyć udział w zamachu na generalnego gubernatora. W styczniu…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Ja, Afryka