Subskrybuj

Właśnie tutaj, właśnie tutaj

Nie lubię określenia „szkoła życia”, ale muszę przyznać, że praca zapinacza hakowego to było właśnie to. I nie chodzi mi nawet o mądrość przekazywaną konusowi, którym byłem, bezpośrednio, zawartą choćby w niezliczonych złotych myślach w rodzaju „Robota to głupota” czy „Największy grzech: pół litra na trzech!”.

Część  IINa pozór wszystko funkcjonowało jak trzeba. Pracowało się na trzy zmiany w systemie czterobrygadowym. Ten genialny wynalazek polegał na tym, że na każdym stanowisku zmieniały się cztery robotnicze zespoły. Cztery dni na pierwszej zmianie, potem dzień wolny, cztery dni na drugiej zmianie, dzień wolny, cztery dni, a raczej noce, na trzeciej – dwa dni wolnego. Potem cykl zaczynał się od nowa. Dzięki temu można było sobie planować życie w sposób wolny od zabójczych dla tegoż życia monotonii i jednostajności. Najgorzej było na zmianie pierwszej – jeśli nie była to niedziela lub wolna sobota, huta pełna była ludzi, a naszą robotę nadzorowali, nierzadko bezpośrednio, mistrz zmianowy i kierownik. Byli to nadzorcy bardzo ludzcy, pełni wyrozumiałości dla człowieczych słabości takich jak niepunktualność, kac czy zwykłe bumelanctwo. Na ile mogli, tuszowali różne nasze niedoskonałości i wpadki, ale znali przerastające nasze rozumienie plany, które trzeba było wykonać, mieli też nad sobą przełożonych, przed którymi za realizację tych planów odpowiadali. Krótko mówiąc, gonili do roboty, ale kiedy na przykład ktoś się do roboty nie stawił albo się podczas dniówki uwalił, robili z niego chorego albo pozwalali przedymać kolejne osiem godzin koledze z poprzedniej zmiany, że niby było to umówione zastępstwo. Mistrzem zmianowym, czyli po prostu majstrem, był młody inżynierek, nazywał się chyba Wójcik, ale moi koledzy mówili o nim per „Wystraszony”. „Ej, Wystraszony idzie, bierzta jakieś grabki, że niby porządkujemy teren” – komenderował czasem nasz brygadzista, Adam Gardynik. Inżynier chyba czuł się obco w środowisku nie do końca ucywilizowanych robotników, uśmiechał się blado, klął nieprzekonująco, jakby dopiero się uczył, a przede wszystkim był nietrunkowy. Pracować w owych czasach w Hucie im. Nowotki i jednocześnie nie pić to masochizm, którego chyba już nigdy nie zrozumiem. Ale majster jakoś sobie z nami i ze sobą radził, choć przychodziło mu to z widocznym trudem. Byliśmy dla niego jak Nowi Dzicy – zrozumieć ich się nie da, ale zaakceptować trzeba. Za to kierownik Zdzisław Nowak, zaocznie tytułowany „Zdzichem”, był to hutnik z krwi i kości, potrafił równo opierdolić, ale też pośmiać się, a jak nikt nie widział, to i napić się z nami. Wobec władzy wyższych szczebli tyle razy ręczył za nas głową, że nawet gdyby był wielogłowym smokiem, dawno by mu tych głów zabrakło. Miał dla nas ojcowską cierpliwość, jaką naprawdę zrozumieć mógłby tylko ktoś, komu urodziłaby się piętnastka synów nierobów i pijaków. Winien jestem Iwaszkiewiczowi opisanie pradawnego stanowiska roboczego. Centralne Składowisko był to wielki plac zastawiony stosami wlewków, czyli stalowych kloców przeznaczonych do dalszej obróbki. Pociągi przywoziły je skądś na teren huty, gdzie albo trafiały bezpośrednio na odpowiedni wydział, albo składowano je u nas. Część Centralnego miały w swoim zasięgu dwie żyrafowate suwnice, pozostały jego teren obsługiwały ciężarowe dźwigi uwijające się w wąskich alejkach. Naszym, zapinaczy hakowych, zadaniem był rozładunek i załadunek tych półfabrykatów. Po prostu potrzebni byli ludzie, którzy zwisające z dźwigu liny podłożą pod końcówki wlewków i dopilnują, żeby maszyna podźwignęła ciężar w miarę pewnie i równo, żeby nikomu nie spadł na łeb. I my się do tego jak najbardziej nadawaliśmy. Najistotniejszym elementem stanowiska roboczego był barakowóz, zwany zwyczajnie „budą”. Nie muszę chyba dodawać, że wewnątrz panowały warunki bardzo nędzne i krańcowo niechlujne. Tam się przebieraliśmy, tam jedliśmy kaszankę i salceson z hutniczego sklepiku, tam można się było skryć przed deszczem, przed słońcem oraz przed pracą i tam kwitło nasze życie towarzyskie: męskie rozmowy, gra w karty (najczęściej w chuja idealnie dopasowanego do naszych możliwości intelektualnych), oczywiście picie. Za moich czasów w pamięci starszych kolegów żywe jeszcze było koszmarne wspomnienie telefonu, który w tej pakamerze straszył. Było to dla nich przekleństwo, ponieważ wynalazek, którego pan Bell dokonał w jak najlepszej wierze, używany był do wydawania na odległość poleceń służbowych. W każdej chwili byle kierownik mógł zadzwonić i wezwać brygadę z Centralnego na wydział do jakiejś roboty. Chłopaki tyle razy uszkadzali linię telefoniczną i sam aparat, że wreszcie go zlikwidowano i Centralne Składowisko odetchnęło z ulgą. Teraz tylko w bardzo ważnych sprawach nasz brygadzista szedł na posterunek straży przemysłowej, żeby skorzystać z tamtejszego aparatu. I właśnie ten posterunek był jedynym od zwycięskiej wojny z telefonem mieczem damoklesowym nieustannie nad nami wiszącym. Usytuowany był niebezpiecznie blisko, tam, gdzie wąską bramą wjeżdżały i wyjeżdżały z huty składy towarowe. Nad torami wznosiła się wieżyczka obserwacyjna, na którą strażnik się wspinał, żeby z góry zaglądać do wagonów, czy Sabotażysta nie próbuje się dostać na teren zakładu i czy maszynista nie wywozi z huty czegoś do opylenia na boku. Rolą tych wartowników było też wyłapywanie wszystkich próbujących nielegalnie dostać się na teren huty lub przeciwnie, czmychnąć z niej. Podobno mieli nawet obiecane za nasze głowy premie, więc sprawa była poważna. O ile bowiem na pierwszej zmianie raczej zmuszeni byliśmy spędzać w pracy bite osiem godzin, o tyle na zmianie drugiej około piątej, szóstej, w najgorszym razie ósmej, szło się „na płot”. Naszą budę dzieliło od niego raptem pięć metrów, a tuż przy płocie rosło drzewo, po którym łatwo było się wspiąć. Drzewo było ważne, bo szczytem ogrodzenia biegły rzędy drutów kolczastych przymocowanych do betonowych łuków. Łuki wyginały się do wewnątrz, żeby z huty trudniej było wyjść, niż wejść. W dodatku zaraz za płotem biegł wzdłuż niego kanał doprowadzający wodę na teren fabryki i jedyna Droga ucieczki wiodła wzdłuż płotu w stronę budki strażników, dopiero na rogu, przebiegłszy kolejowym mostkiem można było poczuć się wolnym. Tylko z opowieści znam przypadek prawdziwej obławy strażników na moich kumpli, kiedy wzięci w dwa ognie Lechu Hanecki i Heniek Ciesielski salwowali się bohaterską ucieczką wpław. Przed taką desperacją jednak mnie ostrzegano, kanał nie był szeroki, ale podobno bardzo głęboki. Niedawno odwiedziłem to miejsce po ćwierćwieczu. Kanał zdążył wyschnąć i przekonałem się, że starsi koledzy mieli rację, strome koryto jest głębokie na trzy metry. Z trzeciej zmiany uciekało się rzadko, za to czasem przychodziło się na nią dopiero nad ranem, żeby pokazać o szóstej kierownikowi, jak pięknie schodzi się ze stanowiska pracy. Głównym celem na nocnej zmianie było jak najlepiej się wyspać. To tutaj nauczyłem się spać w każdych warunkach, na przykład na ławce o szerokości trzydziestu centymetrów albo w pomieszczeniu dla majstrów przy Walcowni Dużej, z głową na biurku i w potwornym, borującym mózg huku wielkiego pieca słyszalnym na dwa kilometry. Zasady były takie: jeśli po przybyciu do pracy czekała na nas robota, należało jak najszybciej ją wykonać. Potem brygadzista zapisywał w specjalnej książce raportowej, co zostało zrobione, odpowiednio wydłużając czas pracy. Swoimi kanałami upewniał się, że hutniczy kolejarze nie wepchną nam kolejnych wagonów przed końcem zmiany i można było wiać do domu lub iść spać. Jeżeli zaś jakieś wagony pojawiały się nie w porę, było pod dostatkiem sposobów, żeby się od niechcianej roboty wywinąć. Można było na przykład doprowadzić do kontrolowanej awarii suwnicy lub dźwigu. Albo przeciąć dwie „splotki” w stalowej linie, co czyniło ją groźną dla naszego życia, i nie móc znaleźć innej liny nadającej się do użytku. Wieczorem można było wspiąć się na wieżę oświetleniową i wykręcić parę żarówek, żeby przez całą noc nie móc pracować z powodu awarii oświetlenia, ale to była ostateczność i na pewno nikt nie robił tego na trzeźwo, bo wieże były naprawdę wysokie. Nie lubię określenia „szkoła życia”, ale muszę przyznać, że praca zapinacza hakowego to było właśnie to. I nie chodzi mi nawet o mądrość przekazywaną konusowi, którym byłem, bezpośrednio, zawartą choćby w niezliczonych złotych myślach w rodzaju „Robota to głupota” czy „Największy grzech: pół litra na trzech!”. Ale na przykład wyćwiczyłem wtedy swój instynkt samozachowawczy, nabrałem nawyków, które zostały mi na całe życie. Do dziś, jeśli widzę przed sobą młot, upewniam się, że z tyłu nie ma kowadła, a jeśli dojrzę psie łby Scylli oglądam się, czy za mną nie czai się inna hybryda, lubię mieć trochę przestrzeni za plecami i tyle. Ponieważ staraliśmy się odwalać swoją robotę jak najszybciej, obciążaliśmy starodawne dźwigi marki „Lech” i „Polan” nad miarę. Im dalej taki dźwig musiał sięgnąć swoim ramieniem, tym trudniej mu było podołać zadaniu, to logiczne. Zdarzało się, że kiedy już kołyszący się ładunek był w powietrzu, przeciągał dźwig na swoją stronę, używając niepodważalnego argumentu grawitacji, wskutek czego dźwig tracił stabilność, dwa jego koła odrywały się od ziemi i wtedy ratując go przed wykopyrtnięciem się, operator dźwigu ryczał ostrzegawczo: „Swobodne!!!” i miało się sekundę, żeby wiać, gdzie pieprz rośnie. „Swobodne” oznaczało swobodne spadanie, po prostu operator musiał natychmiast zwolnić wajchę utrzymującą ładunek w górze i parę ton żelastwa waliło się na ziemię bez ładu i składu. Dlatego w alejkach między stosami wlewków należało zawsze tak się ustawiać, żeby było dokąd uciekać. W tym miejscu wypada oddać hołd operatorom dźwigów, z których żaden nie wyprawił na tamten świat nikogo z nas, a że Adamowi Gardynikowi zgniotło raz palec u stopy, to jego wina, że postawił nogę tam, gdzie nie trzeba. Moim idolem był i pozostanie na zawsze Stanisław Szot, drobnej postury kowboj ujeżdżający dzikiego stalowego rumaka z lekkością i wdziękiem, wyczyniający z „Lechem” takie cuda, że mógłby występować w cyrku. O niezapomniana nocy pod gwiazdami Centralnego Składowiska, kiedy Szot przyjechał swoim dźwigiem pod dobrą datą, a po małej rozgrzewce z nami był już tak natrąbiony, że w połowie roboty nagle i bez słowa odjechał w stronę barakowozu, wyskoczył z kabiny w biegu i spał już, kiedy jego dźwig jeszcze jechał sobie w siną dal. O straszny poranku, kiedy okazało się, że dźwig ugrzązł na torach i został staranowany przez wagony wepchnięte tu dla pierwszej zmiany! Kolejarze też byli leniami i zamiast kulturalnie podstawiać wagony w odpowiednie miejsce mieli zwyczaj popychać je lokomotywką tak, że siłą rozpędu wtaczały się na Centralne, gdzie torowisko było lekko wklęsłe, więc wagony przez pewien czas bujały się w tę i tamtą stronę, aż nieruchomiały tam, gdzie było najniżej. Przy kieliszku Szot hojnie nas raczył z życia wziętymi historyjkami, z których najlepiej pamiętam tę o porwaniu jego dziecka. Otóż pewnego razu żona Szota zostawiła go w domu samego z dzieckiem. Kiedy więc wybiła godzina Prawdy, a żona nie wracała, Szot poszedł do knajpy, zaś wózek z dzieckiem kulturalnie zaparkował na ulicy przed wejściem. W knajpie oczywiście spotkał kolegów, zatem trochę się zasiedział. Kiedy wyszedł, wózka nie było! Cała ostrowiecka milicja została postawiona na nogi, kidnaping w tym spokojnym mieście nie zdarzał się…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Świętych wyobcowanie i inne z nimi kłopoty