W Nowym Jorku upalna i leniwa niedziela wyborcza skłania do innych refleksji: dlaczego przybywający tu Polacy wciąż często pozostają, nie wracają i dlaczego pojawiają się nowi, młodzi, zdolni, kreatywni, którzy błyskawicznie zakochują się w tym dusznym mieście?
Dwoje w Mieście
W wyborczy wieczór siedzimy w jednej z knajp w pobliżu Houston Street. Trwa wernisaż prac młodej polskiej fotografki. Na ścianie prowizoryczny ekran, prezentacje, krótkie filmy. Pozytywne zamieszanie, międzynarodowe towarzystwo, sporo Polaków. Popijając drinki, rozmawiamy o wszystkim, tylko nie o Polsce. Zapominam, że dziś w moim kraju dzieje się coś ważnego.
Siadamy z R. w kącie, z dala od zgiełku. Opowiada o sobie i o Mieście, na punkcie którego ma kompletnego fioła. Pozytywnego. Jestem pewien, że niewielu „rdzennych” nowojorczyków dysponuje taką wiedzą na temat Miasta jak ona. Opowiada szybko, może nawet gorączkowo, jakby wszystko, co wie, chciała przekazać mi w jeden wieczór. Jak z rękawa wyciąga niezwykłe nowojorskie historie, swobodnie rzuca datami, tytułami publikacji, które według niej powinienem przeczytać, przejrzeć. Mieszka tutaj jedenaście lat. I nie wyobraża sobie, by mogła żyć gdzie indziej. Jest w komfortowej sytuacji. Teraz.
Podobnie jak większość rodaków przyjechała z wbitą w paszport półroczną wizą. Została dłużej. Miłość – do Miasta też, ale głównie do K., który na szczęście miał już amerykańskie obywatelstwo. Dlatego się pobrali. Bo, jak twierdzi, papier nie był im potrzebny, ale zielona karta dla niej – tak. W Polsce miała niezłą pracę, jej nazwisko w środowisku, w którym się obracała, coś już znaczyło. A mimo to, wsiadając do samolotu, czuła, że nie wróci. Nie przeszła jednak typowej dla emigranta „ścieżki zdrowia”. Nie pracowała „u Żyda”, nie piastowała starszych, nie sprzątała biur. Dzięki K. mogła sobie pozwolić na to, by dłuższy czas szukać pracy takiej, jaką sobie wymarzyła. I dostała ją. „Zaufano mi – wspomina. – Nie miałam papierów, ale bardzo chciałam pracować i tak się zaczęło”. Wkrótce przekwalifikowała się, zmieniła pracę.
R. nie znosi polskiej mentalności. „W Polsce, z kim się tylko stykam, każdy wszystko traktuje »jakoś«. To znaczy nie jest tak, że zrobimy coś naprawdę, porządnie, ale wystarczy »jakoś«. Gdybym w ten sposób traktowała tutaj sprawy, już dawno musiałabym wyjechać”. R. nie rozumie polskich zawiłości, tego, że bylejakość wciąż ma się dobrze, że politycy mogą oszukiwać i nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności, że w końcu jako obywatele nie mamy zbyt rozbudowanej świadomości naszych praw. „Tutaj masz procedury, prawo, działasz. Jak mamy dziurę w ulicy przy domu, to zaraz wszyscy się zbierają, żeby temu zaradzić. Znamy naszych lokalnych działaczy, którzy wiedzą, że my ich ze wszystkiego rozliczymy. Nie kombinują. Są skuteczni”. R. zdaje sobie sprawę z wad Miasta, z tego, jak czasami potrafi być „okrutne i zimne”. Ale uważa, że nie ma lepszego miejsca na ziemi, żeby żyć i oddychać swobodnie. I choć chwilowo pozostaje bez pracy, nie ma pełnego pakietu socjalnego, to pomysł, że miałaby mieszkać gdzie indziej, stanowczo odrzuca. Pytam ją, co będzie, jak zachoruje i dopadnie ją koszmarny, amerykański system opieki zdrowotnej. „Sprzedam nerkę, ale nie wrócę”, rzuca szybko, po czym wybucha śmiechem.
K. dla którego R. porzuciła „wygodne życie” w Polsce, swoją historię opowiada mi tydzień później, gdy we trójkę spacerujemy ulicami dolnego Brooklynu. Jest ciepło i spokojnie, lekko wieje od strony wody. Przyjemnie. Niedzielny wieczór leniwie chowa się za horyzontem. Zachwyca pobliski, cudnie oświetlony, most Verrazano. Choć to osławiony Brooklyn, nadzwyczajny spokój wypełnia pobliskie ulice. „Tutaj mamy wszystko – mówi K. – Mnóstwo sklepów i knajp z jedzeniem z całego świata”.
K. przyjechał do Miasta na początku lat dziewięćdziesiątych. Przypadkiem. Wymigiwał się od wojska, więc przeciągał studia do granic możliwości. I gdy po ośmiu latach przystąpił do obrony pracy magisterskiej, szczęśliwi rodzice kupili mu w prezencie bilet do Nowego Jorku. Poleciał zaraz po obronie. Nie miał pojęcia po co. Ot, kolejna przygoda. Gdy przybył do swojej „kwatery” gdzieś w okolicach Harlemu, znajomi powiedzieli mu: „Masz dwa dni na aklimatyzację, a potem szukamy ci roboty”. Zamurowało go, ale nie oponował. Robił różne dziwne rzeczy, z których dziś się śmieje. Po pół roku, gdy wiza traciła ważność, musiał podjąć decyzję. Wracać? Zostać? Zadzwonił do rodziców. „Twoi koledzy ze studiów nie mają pracy, ty też nie masz tutaj żadnej przyszłości” – usłyszał. Został. To był inny Nowy Jork niż dziś. K., przeżył wiele koszmarnych sytuacji, łącznie ze strzelaniną na klatce schodowej domu, w którym mieszkał, ale nigdy nie pomyślał o tym, żeby wracać.
Zalegalizował swój pobyt. Wysłał zgłoszenie na loterię wizową. „Znajomi przygotowywali pięćset, nawet tysiąc listów – ja tylko trzydzieści sześć”. Poszczęściło mu się. Znajomym raczej nie. Wszyscy już wyjechali. Dziś K. ma niezłą pracę, prawa wyborcze (amerykańskie) i nawet nie myśli o Polsce. „Do Polski – mówi – jeździmy coraz rzadziej, co najwyżej, aby się podleczyć”. Bo wychodzi taniej, wliczając koszty lotu, niż w Stanach Zjednoczonych. Ale K. jest ostrożniejszy od R. w swoich deklaracjach. Nie chce wracać do Polski, ale jak mówi: „nigdy nic nie wiadomo”. Owszem, brakuje im czasami lasu, gdzie mogliby pójść na grzyby, ale nie tęsknią. Mają miłe mieszkanie, dwa koty, imponującą kolekcję płyt, książki, komputery i pianino, na którym R. ćwiczy kilka godzin dziennie. To jest ich miasto, ich miejsce. Są młodzi, zdolni, głodni świata, wiedzy – pasują idealnie do współczesnego modelu nowojorczyka. Ale, jak sami mówią, życie potrafi płatać różne figle.
Od Atlantyku do Pacyfiku
Pani B. nie miała szczęścia. Bo choć mieszka w Stanach dwadzieścia lat, kupiła dom, samochód i płaci coroczny podatek od nieruchomości, to wciąż nie może zalegalizować swojego pobytu. Wiele razy wydawało się, że już jest blisko otrzymania zielonej karty, ale ostatecznie zawsze okazywało się, że gdzieś, ktoś czegoś nie dopilnował. „Kto?” – pytam, choć domyślam się odpowiedzi. „Prawnicy”, potwierdza. Widać, że jest już tym zmęczona.
Gdy przyjechała, nie zatrzymała się w Nowym Jorku – z lotniska od razu pojechała podmiejską koleją do niewielkiej miejscowości na Long Island. Była sama. W Polsce zostawiła dwoje dzieci. Zaczęła pracę na jednej z farm. „Wtedy Polacy pracowali głównie u rolników – wspomina – ja też tak zaczynałam”. Była młoda, przyjechała z małego miasta, które w obliczu nadchodzących zmian 1989 roku jawiło się jako miejsce bez perspektyw. Wreszcie zaczęła zarabiać porządne pieniądze. Wystarczało na życie dla niej i rodziny w Polsce. Po pół roku wybrała się na pierwszą wycieczkę po Stanach. Dziś chwali się, że zjechała niemal cały kraj, „od Atlantyku do Pacyfiku”. Kupiła dom, nauczyła się mówić po angielsku. Po tych dwudziestu latach jest zmęczona. Oswaja się z myślą, że wróci do Polski. Dom zostawi synowi i córce. Lubi Stany, ale nie jest ubezpieczona, a amerykański system zdrowotny jest bezwzględny. „Poza tym już mi się nie chce tak pracować jak kiedyś – śmieje się – a Ameryka to taki kraj, że jak tylko ktoś chce pracować, to na pewno coś sobie znajdzie, ale jak nie chce, to musi wracać tam, skąd przybył”. Widać jednak, że odwleka myśl o powrocie. Przez dwadzieścia lat świetnie dostosowała się do amerykańskich warunków życia. Lubi ten kraj za spokój, kulturę ludzi i to, że pozwala normalnie żyć. „Jeśli tylko przestrzega się reguł, jakie obowiązują w Stanach, to nic złego raczej się człowiekowi nie przydarzy”.
Starych drzew się nie przesadzaZ panem S. poznałem się na stacji metra Nassau. Czekałem na jedyną linię, która dociera na Greenpoint. Usiadł obok. Schludny, elegancki, po pięćdziesiątce. Z teczki wyciągnął mocno podniszczony numer „Polityki”. Zagadnąłem go. Lekko się speszył, ale grzecznie odpowiedział. Zaczęliśmy rozmowę. Pospieszną, urywaną, z przerwami na przesiadki na kolejne metro. Długo pozostawał nieufny. Wiadomo – Polak. Ja też Polak. To nie najlepsza rekomendacja w Mieście. Z jego wypowiedzi biła intelektualna równowaga i dystynkcja. W Polsce zajmował ważne stanowisko, był człowiekiem wykształconym, obytym. Po raz pierwszy przyleciał do Nowego Jorku wraz z żoną osiem lat wcześniej, turystycznie. Wrócili do Polski i zaczęli dumać. „Gdy zobaczyłem, ile się tutaj zarabia, to coś we mnie pękło”. Żona nauczycielka z irytująco nisko pensją po wielu latach ciężkiej pracy, on – ważna persona w pewnym przedsiębiorstwie zarabiający powyżej średniej krajowej, ale nie tyle, by nie żyć rozważnie. Tymczasem syn, choć skończył studia i znalazł…