Subskrybuj
Pisarz, publicysta, obieżyświat. Wydał między innymi powieść S.O.S., tomy esejów filozoficznych: Wołanie o sens oraz Paradygmat.

Samotne igloo na północnym wschodzie

Jak się porozumiewa lub jak się bierze za łby starość z młodością? Czy w ogóle istnieje jakaś „mądrość starości”, którą niby skarb trzeba przekazywać wstępującym pokoleniom? Czy to tylko fantom stworzony przez zgrzybiałych kapłanów i prawodawców dla utrwalenia już uzyskanej pozycji?

Starość powinna być godna, szacowna i zasobna w mądrość. Staremu człowiekowi wprawdzie brakuje sił, ale otacza go aura wiedzy i doświadczenia zyskanych przez długie życie i trudne próby, jakie mu ono zgotowało. Wspiera go szacunek młodszych pokoleń; miłość i serdeczność dzieci wraz z wnukami. Wszystkie religie świata nakazują przecież czcić rodziców, szanować posiwiałych starców i czcigodne matrony, słuchać ich cennych wskazań. Przecież nie tylko plemienne „rady starszych”, ale królewskie dwory i nawet niejeden z dzisiejszych rządów państw demokratycznych przypominają zgromadzenia gerontokracji. Ale wszak towarzyszy temu nieusuwalny konflikt z młodością: skoro marzenie Fausta o wyposażeniu dojrzałego umysłu w młode ciało nie jest możliwe do spełnienia, to niech przynajmniej zgrzybiali zechcą w porę odsunąć się w cień. „Starsi doświadczyli już radości życia, przeto winni ustąpić miejsca młodszym” – pisze Georges Minos w wydanej i u nas 14 lat temu Historii starości. Nie zawsze rozwaga i ostrożność są potrzebne, więcej może zdziałać energia i zapał lat mniej dojrzałych. Dramat króla Leara nie jest przecież płaczem starucha pozbawionego wsparcia i miłości córek, ale dramatem przemiany pokoleń powtarzającym się w nieprzeliczonym mnóstwie wariantów i odsłon od czasów niepamiętnych, aż po dzisiejsze; rzadko jednak spokojnie, w zgodzie z koniecznością, częściej w starciu, nieraz krwawym. Jak to się dzieje w świecie? Jak się porozumiewa lub jak się bierze za łby starość z młodością? Czy w ogóle istnieje jakaś „mądrość starości”, którą niby skarb trzeba przekazywać wstępującym pokoleniom? Czy to tylko fantom stworzony przez zgrzybiałych kapłanów i prawodawców dla utrwalenia już uzyskanej pozycji? Cóż zresztą może być wartościowego w wieku podeszłym? „Każdy pragnie żyć długo, ale nikt nie chciałby starości” – pisze Jonathan Swift. „Mało kto umie być starym” – rozsądnie zauważa La Rochefoucauld.

Kupiec z Bangkoku

W czasach, kiedy pracowałem w Bangkoku, przyjaźniłem się ze starszym ode mnie zamożnym chińskim biznesmenem, członkiem tamtejszej elity pieniądza i wpływów. Chińska diaspora, która w Azji Południowo-Wschodniej opanowała handel i bankowość postrzegana jest różnie: w Tajlandii z szacunkiem i uznaniem, bo kultura chińska uznawana jest za wyższą, w Malezji i Indonezji nieraz wrogo. Mój Chińczyk – jak to jest w zwyczaju zarówno w Chinach kontynentalnych, jak i w diasporze – na pierwszym miejscu stawia rodzinę, jednocześnie (jako najstarszy wiekiem) tej rodzinie przewodząc. Dlatego też, oprowadzając mnie po starym Bangkoku z największą dumą pokazywał nie chińskie świątynie i ceremonialne bramy, lecz dom swojego dziadka. Choć przewodniki roją się do opisu tutejszych zabytków, prawdę powiedziawszy w Bangkoku nie ma nic naprawdę starego, bo miasto powstało dość nagle pod koniec XVIII wieku, kiedy potężni wówczas Birmańczycy po długotrwałym oblężeniu zniszczyli starą stolicę Ayuthia, wymordowali kogo się dało w tym ówczesnego króla, a jeden z pobitych generałów obwołał się następcą, lecz uciekał przed napastnikami tak długo i skutecznie, aż ostał się w nadmorskich bagnach, gdzie począł wznosić nową, bezpieczniejszą siedzibę. Tak zwany „stary Bangkok” jest więc dziewiętnastowieczny, drewniany, w dużej mierze chiński i kupiecki, bo – obok podupadłego dziś z powodu birmańskiej dyktatury Rangunu – miasto położone u ujścia rzeki Chao Praya było w tej części Azji jednym z najważniejszych centrów handlu, głownie zresztą ryżem. Stolica ostatnich absolutnych władców Syjamu, miasto europejskich pionierów zatrzymujących się w hotelu „Oriental” nad rzeką, jak kapitan Joseph Conrad albo wielki awanturnik i kupiec jedwabny Jim Thompson. Wielkim kupcem ryżu był oczywiście dziadek mojego przyjaciela, a o jego pozycji społecznej świadczyły domy czterech oficjalnych konkubin umieszczone obok rezydencji kupieckiego możnowładcy. Dalej więc jego wnuk spokojnie tłumaczył nierozgarniętemu Europejczykowi, że najlepszym dowodem pozycji i zamożności rodziny jest liczba i właściwe wyposażenie nałożnic, którymi oczywiście zarządza prawowita małżonka, jako pierwsza w damskiej hierarchii. Do dziś ocalał dom pierwszej metresy, uznany również za zabytek drewnianej architektury z drewna tekowego.

Chińczycy – wyznający na ogół konfucjanizm – są narodem, który można uznać za wzorowy, jeśli chodzi o poszanowanie ludzi wiekowych i uznanie ich społecznej roli. Starzec stojący na czele rodziny nie może być stetryczałym tyranem – jak zdarzało się w starożytnym Rzymie – choć sprawuje władzę omalże absolutną; istotą chińskich wierzeń i filozofii jest wprawdzie hierarchia i uporządkowanie, ale we współdziałaniu. Misją starca nie jest autokratyzm, lecz koordynacja energii i zdolności kolejnych pokoleń dla dobra rodu i jego bożków domowych. Synergia – jakbyśmy to powiedzieli dzisiaj w Europie. Konfucjanizm jest zresztą bardziej filozofią i zbiorem reguł zgodnego życia niż sformalizowaną religią i być może dlatego jest wzorowo tolerancyjny dla ludzkich słabości nieomijających ani starych ani młodych. Chiński Budda mógłby służyć za wizerunek hedonisty – wygląda jak turysta w średnim wieku, który właśnie wyszedł z domu uciech w dzielnicy Patpong, a zdążył jeszcze spożyć smaczną kolację popitą piwem „Singha”. Oświecony jest zwykle przedstawiany jako istota o nieodgadnionej płci i spojrzeniu, z tajemniczym uśmieszkiem na oddanym rozmyślaniom obliczu. Tu inaczej: starzejący się, ale silny jeszcze, brzuchaty, wielkouchy mężczyzna, roześmiany od ucha do ucha, łapczywy na życie. Takiego Buddę chętnie umieszczają w swoich domach chińscy wyznawcy konfucjanizmu czy taoizmu, a sam buddyzm też nie ma nic przeciwko obcym bożkom. Może ten popularny nie tylko wśród Chińczyków wizerunek tłumaczy zarówno rodzinną tradycję mojego przyjaciela z Bangkoku, jak i zadziwiająco zgodną współpracę starości z młodością w chińskich rodzinach; dziwiąc się produkcyjnej i handlowej ekspansji dalekowschodniego smoka na cały świat, to również warto byłoby mieć na względzie.

Narzeczona szamanaKiedy zbłądziłem trochę z większym międzynarodowym towarzystwem w górach „złotego trójkąta” na granicy Birmy i Tajlandii, natrafiliśmy na wioskę jednego z licznych tam plemion używających własnych języków, wyznających nie buddyzm lecz różne odmiany animizmu, noszących zwykle bajecznie kolorowe szaty. Miejscowi zobaczywszy „farangów” (tak nazywają Tajowie Europejczyków, ale nie wiem jak nas miejscowi po swojemu zwali) doprowadzili gości uprzejmie do wioski, gdzie odbywało się świniobicie przypominające takie ceremonie u nas, lecz w czasach zamierzchłych przed nastaniem weterynarzy i zawodowych rzeźników. Zanim jednak dane nam było skosztowanie wioskowych specjałów przyjął nas szef plemienia, czyli po prostu szaman – był bardzo stary i szczuplutki, ale oczy miał młodzieńca, chociaż zęby sino-czerwone od żucia betelu. Można się było z nim trochę dogadać, wypytywał o życie w dalekim świecie i bardzo się dziwił, że naszymi wioskami nie kierują najstarsi jako najmądrzejsi. On – tak jak koledzy, naczelnicy innych plemion – ma do pomocy radę starszych, na której czele sam stoi, to oczywiste. Czemu nie jest oczywiste dla nas? – Dlaczego ty mnie się boisz? – spytał nagle panią, która mi wtedy towarzyszyła. Miał rację, choć bardzo swój lęk ukrywała. – Zostań tutaj – mówił dalej do kobiety – mianuje cię narzeczoną, będzie ci dobrze. Kusząca propozycja nie została jednak przyjęta. Pewnie ze strachu. * Kiedy mieszkałem w USA lubiłem rozmawiać z Indianami, a właściwie ich zmieszanymi z etniczną mozaiką Ameryki potomkami, którzy usiłują przechowywać tradycję przodków. Tak dowiedziałem się, że Nawaho odróżniają cztery dusze człowieka: jasny cień, mroczny cień, ducha opiekuńczego i duszę niewidzialną. Tylko dusza niewidzialna przetrwa śmierć, ale nie jest w stanie uchronić ciała od uroków, klątwy i złych przypadków. Trzeba się znać na zaświatach, żeby wezwać potrzebny składnik ducha. – A skąd was szacunek dla starszych? – spytałem. – Ze strachu – odparł. Potem dopiero zrozumiałem, że starcy są siedliskiem mocy, bo przez lata życia kumulują w sobie czas, pamięć i doświadczenie, a nade wszystko coraz mocniej zaprzyjaźniają się ze światem pośmiertnym i niewidzialnym, bo przybliżają się doń z każdym dniem, aż przepełnieni mocą i uświęceni bliskością zaświatów stają na progu śmierci. Dlatego śmierci się nie opłakuje, bo jest przejściem do lepszego życia i duchowej potęgi. A z potężnymi trzeba żyć dobrze… Pozwolono mi nawet przysłuchać się posiedzeniu rady starszych; przysłuchać to za wiele powiedziane, bo rozmawiają albo w narzeczu, a jeśli po…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Nieobecność Kołakowskiego