Leszek Kołakowski w eseju Kapłan i błazen, który jest dla mojego artykułu główną inspiracją, wprowadził fundamentalne rozróżnienie odnoszące się do dwóch stylów myślenia. W roku powstania tekstu (1959) Kołakowski prezentował już wysoce krytyczne nastawienie względem komunizmu oraz własnego weń zaangażowania z czasów młodości. Kilka lat później świadomość krytyczna doprowadziła go do konfliktu z ówczesnymi władzami, w efekcie czego został objęty zakazem druku i usunięty z Uniwersytetu Warszawskiego. W 1968 roku został zmuszony do wyjazdu z Polski. Tyle faktografii. Celem, który sobie tutaj stawiam, nie jest rekonstrukcja biografii filozofa, ale poszukiwanie – w oparciu o jego teksty (czy może raczej w zderzeniu z nimi) –istoty filozofowania.
Wspomniany esej wywarł przemożny wpływ na życie intelektualne w swojej epoce. Adam Zagajewski pisał o nim:
Był to tekst łapczywie studiowany w Warszawie i w Pradze, w Sofii i w Moskwie, prawdopodobnie także w Berlinie Wschodnim. Błyskotliwy i głęboki, przynosił obietnicę innej perspektywy. Przypominał o wszechobecności, choćby w bardzo współczesnym przebraniu, tradycji teologicznych. Dogmatowi hieratycznego kapłana przeciwstawiał – każdy inteligentniejszy czytelnik wiedział, iż ma do czynienia z namiętną krytyką stalinizmu – postawę błazna, błyskotliwego, zmiennego jak Proteusz, wyśmiewającego skamieniałą cywilizację zbudowaną na doktrynie. Tekst ten, który czytany dzisiaj, zachowuje niebywałą siłę argumentacji, zachowuje swą świeżość, był oryginalnym wkładem do zasadniczej krytyki cywilizacji komunizmu[1].
Zgodnie z powyższym kapłan byłby więc symbolem dwojakim: teologicznego prądu w tradycji intelektualnej oraz, dla „inteligentniejszych”, stalinowskiej ideologii. Odnośnie do tego drugiego sposobu odczytywania kapłaństwa, warto też przywołać uwagę Zbigniewa Mentzla zamieszczoną w jego przedmowie do zbioru zawierającego wspomniany esej (Pochwała niekonsekwencji):
W latach 1955–68 większość tekstów zamieszczonych w niniejszych trzech tomach – nie tylko prace na tematy polityczne albo „ideologiczne” – odczytywano z perspektywy doraźnych konfliktów, w jakie pisarstwo Kołakowskiego od początku było uwikłane; konfliktów między Kościołem katolickim i komunistyczną partią w Polsce, a także konfliktów wewnątrz tego Kościoła i wewnątrz tej partii (…). Dzisiaj taki styl lektury nastawionej niemal wyłącznie na ukryte podteksty, szyfry i aluzje wydaje się historycznie przebrzmiały. I dzisiaj wszakże nie zawsze potrafimy pamiętać, że instrumentalne powołania filozoficznych idei nie mogą ich sensu wyczerpać, że „logika myśli jest inna niż logika interesu”, nawet wówczas, kiedy – jak w przypadku filozofowania Kołakowskiego – mamy do czynienia z myślą wyrastającą nie z bezinteresownego natchnienia metafizycznego, ale z potrzeby reagowania na rzeczywistość bieżącą[2].
Ewentualna interpretacja eksponująca reakcyjność, ale także rewizjonizm tekstu, byłaby dziś nie tyle nawet anachroniczna, ile wtórna (w taki sposób interpretował Kapłana i błazna w latach siedemdziesiątych Stanisław Barańczak). Moja interpretacja będzie nieco bardziej naiwna, względnie – zgodnie z podziałem zasugerowanym przez Adama Zagajewskiego – przeznaczona dla „mniej inteligentnych” czy po prostu współczesnych czytelników, dla których kapłan jest kapłanem, a teolog teologiem. Umieszczone w podtytule eseju Kołakowskiego Rozważania o teologicznym dziedzictwie współczesnego myślenia uznaję więc, może nieco ryzykownie (biorąc pod uwagę tradycję interpretacyjną), za rozważania o teologicznym dziedzictwie współczesnego myślenia. Bez dodatków.
Proponuję więc przyjąć, że zagadnieniem zasadniczym rozprawy jest kwestia relacji pomiędzy teologią a filozofią. Kołakowski już na początku dokonuje w tej sprawie znaczącego rozstrzygnięcia[3]. Filozofia przejęła problemy teologii, co jest zasadniczo niekorzystne dla tej pierwszej, ponieważ prowadzi do bezwładu i pozorności myślenia opartego na z góry danym absolucie, podczas gdy dobra filozofia jest i powinna być „wysiłkiem stałego dezawuowania wszystkich oczywistości” (KiB, s. 275). Najogólniejszy podział filozofowania na teologiczne (kapłańskie) i antyteologiczne (błazeńskie) jest ufundowany na tej wstępnej decyzji. Teza o teologicznym charakterze filozofii budzi u autora (słuszny skądinąd) opór, prowadzący do zarysowania postaci błazna.
Błazeństwo przede wszystkim jest ruchliwe. Błaznowi nigdy nie przyszłoby do głowy, że niezmienność poglądów może stanowić cnotę intelektualną. Kołakowski wie o tym, i dlatego określa myślenie kapłańskie poprzez tomistyczną zasadę, zgodnie z którą istotą ruchu jest bezruch.
W myśleniu filozoficznym zasada ta manifestuje się jako przekonanie, iż myśl porusza się tylko dlatego, że jest myślą niedoskonałą i tylko po to, by osiągnąć oparcie ostateczne, doskonałość, bezruch; myśl, jak każdy ruch, osiąga satysfakcję i spełnia swoje rewindykacje jedynie wtedy, kiedy przestaje być ruchem, a więc – kiedy przestaje istnieć (KiB, s. 276).
Ponadto błazeństwo powinno być konsekwentnie niekonsekwentne lub niekonsekwentnie konsekwentne, powinno czasami być kapłańskie, po to aby właśnie kapłańskie nie być, aby nie stać się nieruchomym i absolutystycznym systemem twierdzeń. Błazeństwo jest więc strategią autoironiczną. Błazen używa autoironii wobec wszelkich prób przyłapania go na kapłaństwie. Zgodnie z powszechną opinią autoironia wyklucza zajęcie stanowiska wobec rzeczywistości, a w konsekwencji zawieszenie dążenia do prawdy o tej ostatniej. Ale czy na pewno? Jeżeli uwzględni się kontekst gestu autoironicznego (do którego późny Kołakowski często się odwoływał), może się okazać, że autoironia jest „w tym akurat momencie” (kairos) najwłaściwszym filozoficznie zachowaniem (które u słuchaczy i czytelników poprawia czucie kwestii zasadniczych). Przez postać autoironiczną może przeświecać prawda (o takiej możliwości, poza Sokratesem, świadczył często także autor omawianego eseju).
Co robi kapłan Kołakowskiego? Wierzy w dogmaty, wyznaje wierność tradycji, walczy z przejawami herezji, ale także kontempluje absolutną prawdę. I o ile filozofia nie jest (z całą pewnością) wiarą w dogmaty, ślepą wiernością tradycji, względnie – walką z herezją, o tyle kontemplacja prawdy była wielokrotnie określana przez wielkich filozofów jako zasadniczy cel filozofii.
W autoironicznym przebłysku prawdy pojawia się więc możliwość spotkania kapłana i błazna. Autoironia niweluje partykularność filozofa oraz zażegnuje niebezpieczeństwo egocentryzmu, które nieustannie przecież zagraża myśleniu. W pokorze autoironii łatwiej o uniwersalność, a od tej już tylko krok do absolutu.
Filozofia to chyba jednak coś więcej niż autoironiczna otwartość na absolutną prawdę. Aby znaleźć to coś filozofii, trzeba zajrzeć nieco głębiej w treść analizowanego eseju. W jednym z wielu przybliżeń swojej głównej tezy Leszek Kołakowski twierdzi:
Konflikt między dążeniem do autoafirmacji jednostkowej a dążeniem do własnego unicestwienia, inaczej – konflikt między lękiem przed wyzbyciem się siebie a lękiem przed sobą, może uchodzić za najogólniejszą treść myślenia filozoficznego; ściślej – historia filozofii jest potwierdzeniem, że konflikt taki istnieje faktycznie (KiB, s. 274, podkr. M.P.).
Konflikt, walka, spór – w takich terminach zostaje scharakteryzowana relacja łącząca analizowane figury. Rozdział między kapłanem (lękającym się siebie i cedującym odpowiedzialność za swoje życie na absolut) i błaznem (lękającym się utraty siebie i podejmującym odpowiedzialność osobiście) jest według autora eseju „najogólniejszą treścią myślenia filozoficznego”. Kołakowski krytykuje dalej postać kapłana właśnie za jego bezkonfliktowość:
Ostateczność filozoficzna jakakolwiek nie jest czym innym, jak substytutem objawienia, które stanowi rzekomy punkt wyjścia teologów, będąc w rzeczywistości wszystkim, co jest potrzebne: bo też teologia zaczyna się od przeświadczenia, że prawda jest już nam dana, a jej wysiłek myślowy nie polega na ścieraniu się z oporem rzeczywistości, ale na przyswajaniu sobie właściwej treści czegoś, co jest w całości gotowe (KiB, s. 276, podkr. M.P.).
Teolog, według Kołakowskiego, nie jest dobrym filozofem, ponieważ nie walczy. Kapłan kontempluje prawdę objawioną, podczas gdy filozofowanie jest właśnie konfliktem, przezwyciężaniem intelektualnego kryzysu, pokonywaniem oporu, zmaganiem myślowym. Dla Kołakowskiego filozofowanie objawia się gwałtownie, w bitewnym starciu kapłana i błazna. Filozofia jest myślą w stanie kryzysu, myślą doprowadzoną do ostateczności (i wzniecającą bunt), a nie myślą rozpoczynającą (jak kapłańska eschatologia) od ostateczności. „Filozofia jest wysiłkiem stałego kwestionowania wszystkich oczywistości, a więc stałego dezawuowania objawień istniejących” (KiB, s. 275, podkr. M.P.).
Dla autora eseju filozofia nie jest zabawą, lecz poważnym zmaganiem, walką z oczywistościami i stawianiem oporu tendencjom absolutystycznym poprzez ujawnianie ich słabości i obniżanie ich wartości.
Jeżeliby przyjąć, że rzeczywiście dwie wskazane przez Kołakowskiego tendencje myślenia są „najogólniejsze i pierwotne”, że więc są zasadami filozofowania, to błazen okaże się egzystencjalnie i filozoficznie uzależniony od kapłana – powstanie figura dialektyczna:
Błazen jest tym, który wprawdzie obraca się w dobrym towarzystwie, ale nie należy do niego i mówi mu impertynencje; tym, który podaje w wątpliwość wszystko to, co uchodzi za oczywiste; nie mógłby tego czynić, gdyby sam do dobrego towarzystwa nie należał – wtedy najwyżej mógłby być gorszycielem salonowym; błazen musi być na zewnątrz dobrego towarzystwa, oglądać je z boku, aby wykryć nieoczywistość jego oczywistości i nieostateczność jego ostateczności; zarazem musi w dobrym towarzystwie się obracać, aby znać jego świętości i mieć okazję do mówienia mu impertynencji (KiB, s. 290).
Ale dialektyka jest właśnie rodzajem konsekwencji myślowej, przed którą błazen chciałby się uchronić; stąd postulowanie radykalnej niekonsekwencji, pozwalającej uniknąć wprzęgnięcia myśli antysystemowej w systematyczną dialektykę. Temu, kto neguje system, nie wystarcza ironia, potrzeba mu, przywoływanej już, autoironii – musi stale zachowywać możliwość wycofania się z relacji z systemem, musi być nieprzewidywalny. Błaznowi nie zależy na tym, aby zachować twarz lub nie splamić swojego dobrego imienia. Imiona i twarze to przywileje dworskie. Błazen natomiast ponad wszystko ceni sobie nieograniczoną możliwość żonglowania maskami.
Oceniając radykalną dychotomię Kapłana i błazna, trzeba powiedzieć, że pierwotną tendencją myślenia filozoficznego nie jest ani troska o jednolitość systemu, ani podtrzymywanie ruchu oporu wobec systematyków, lecz dążenie do prawdy. Prawda filozofii musi przejść przez trud filozofowania,…