W szponach rozrywki
Badacze zgadzają się, że główną przyczyną zjawiska tabloidyzacji dziennikarstwa jest jego urynkowienie. Na rynku informacja dziennikarska stała się zwykłym towarem, który trzeba sprzedać, a najlepiej sprzedającym się produktem mediów jest rozrywka. To ona jest nerwem dziennikarskich tabloidów. Informacja winna być rozrywkowa w swojej treści (rozrywka jako informacja), formie (rozrywkowy sposób przekazu informacji nierozrywkowej) lub jednocześnie w treści i formie. To właśnie ta rozrywkowa gęstość dziennikarstwa tabloidowego zdecydowała o powstaniu – dziś już technicznego – pojęcia infotainment, składającego się ze złożenia części angielskich słów info-rmation i enter-tainment, tłumaczone na polski zwykle jako „inforozrywka”.
W dziennikarstwie tabloidowym rozrywka rozumiana jest w najszerszym tego słowa znaczeniu: jako bodziec powodujący pozytywne oraz negatywne emocje, uczucia, przeżycia i doświadczenia, które ostatecznie mają prowadzić do zadowolenia, satysfakcji. Informacja ma zatem bawić, zabawiać, śmieszyć, radować, podniecać, wzruszać, wyciskać łzy oraz smucić, szokować, wstrząsać, straszyć, przerażać, przygnębiać – ale wszystko ostatecznie jako etap do osiągnięcia dobrego samopoczucia. Czarna czy biała komedia to przecież wciąż komedia.
Tabloidowe newsy nastrojone są na emocje, chcą przemawiać do sfery nieracjonalnej czy irracjonalnej, a nie racjonalnej, rozumowej. Jeśli tabloidowa informacja kieruje się do rozumu, to nierozerwalnie w silnym powiązaniu ze sferą emocjonalną. Dziennikarstwo tabloidowe buduje na sensacjonalizmie (epatowaniu sensacją, skandalami, niezwykłością, nienormalnością, paranormalnością), personalizowaniu (w znaczeniu deprywatyzowania, upubliczniania tego, co prywatne; zjawisko gwiazd, celebrytek i celebrytów, powiązane z plotkami, ujawnianiem „ciekawostek” z najróżniejszych obszarów życia intymnego, szczególnie seksualnego), katastrofizmie, egzaltacji, upraszczaniu i trywializowaniu spraw i problemów, schlebianiu odbiorcom czy na populizmie.
Kultura idiotów?
Trudno nie zgodzić się ze stawianą przez wielu badaczy tezą, że współcześnie jesteśmy świadkami przełomu w dziennikarstwie, że na naszych oczach rozgrywa się – pod wpływem działania mechanizmów tabloidyzacji – paradygmatyczna lub przynajmniej bardzo znacząca jego transformacja. Proces ten często poddaje się krytyce. Prym wiodą tu środowiska intelektualistów i duchownych. Dobrze to stanowisko prezentują słowa amerykańskiego reportera Carla Bernsteina (od czasów słynnej „afery Watergate” ikony dziennikarstwa poważnego) z głośnego swego czasu artykułu pod wszystko mówiącym tytułem The Idiot Culture:
Trwa proces tworzenia tego, co zasługuje na miano kultury idiotów. (…) Po raz pierwszy w naszej historii dziwaczność, głupota i ordynarność stają się normą kultury, wręcz jej ideałem. (…) Dobre dziennikarstwo jest kulturą popularną, lecz taką kulturą, która rozwija i informuje odbiorców, a nie odwołuje się do wciąż kurczącego się najniższego wspólnego mianownika. Jeśli przez „kulturę popularną” rozumiemy wyrażanie myśli i uczuć, które nie wymagają od odbiorców żadnego wysiłku, to przyzwoite dziennikarstwo popularne się kończy. To, co się obecnie dzieje, oznacza, niestety, że najniższa forma kultury popularnej – tj. brak informacji, niedoinformowanie, dezinformacja i pogarda dla prawdy czy rzeczywistości życia większości ludzi – pustoszy autentyczne dziennikarstwo[1].
Dziennikarstwo tabloidowe – według tego stanowiska – zdradza misję i fundamentalne zasady, szczególnie zasady etyczne, autentycznego dziennikarstwa: rzetelność, obiektywizm, bezstronność, dążenie do prawdy, odpowiedzialność, szacunek dla odbiorców itp. Z istoty dezinformuje, tworzy iluzje rzeczywistości. Wprowadza – jak pisze Simon Hoggart – etos, w którym prawdą jest to, „na co można sobie pozwolić”[2].
W istocie rzeczy tabloidy – dalej ten sam autor – mają wielką pogardę dla swoich czytelników, których uważają za prostaczków, gotowych uwierzyć w to, co im się powie[3].
Zgadzam się, że tabloidy mają problemy z etycznymi zasadami dziennikarstwa, że zniekształcają rzeczywistość i dezinformują… Ci jednak, którzy od tej strony atakują tabloidy, słusznie stawiając na wysokie warsztatowe i etyczne standardy mediów, zbyt małą wagę przywiązują choćby do pytania, dlaczego tabloidy cieszą się popularnością wśród tak wielkich rzesz ludzi. Winę za ten stan rzeczy zwykle widzą raczej po stronie samych tabloidów, które mają źródłowo generować w ludziach „niskie” potrzeby, a potem to już tylko pozostaje miejsce dla działania mechanizmu sprzężenia zwrotnego. Mimo wszystko będę bronił tezy, że zjawisko popularności dziennikarstwa tabloidowego jest dużo bardziej złożone.
Historia mediów uczy bardziej zdystansowanego i chłodnego spojrzenia na tabloidyzację dziennikarstwa, przestrzegając przed wyniosłym absolutyzowaniem i uniwersalizowaniem elitarnych koncepcji dziennikarstwa i polityki. Brian McNair pisze:
(…) jest coś głęboko protekcjonalnego w założeniu, że my – tj. elita intelektualna w akademiach, mediach i gdziekolwiek indziej – wiemy, co jest najlepsze dla mas w komunikacji politycznej czy jakiejkolwiek innej formie kultury[4].
Jestem przekonany, że przedstawiona krytyka tabloidyzacji dziennikarstwa zwykle jest zbyt pobieżna – że nie dostrzega ona szerszych procesów społeczno-kulturowych, którym podlega Zachód i których zaledwie częścią jest zjawisko tabloidyzacji. Przede wszystkim brakuje jej perspektywy antropologiczno-kulturowej. Na przedstawicielach tego stanowiska ciąży „grzech” za bardzo instrumentalnego i nazbyt jednostronnie ideologiczno-politycznego traktowania relacji media – odbiorcy, co w konsekwencji nie pozwala im dostrzec lub należycie docenić tych aspektów procesów komunikacyjnych, które mają szerszy charakter kulturowy. Idę za sugestią Josteina Grispruda, że w głębszym wniknięciu w zjawisko tabloidyzacji mediów/dziennikarstwa może pomóc spojrzenie na nie z perspektywy modelu kulturowo-rytualnego komunikacji społecznej[5], zainicjowanego przez amerykańskiego badacza Jamesa W. Careya. Dodatkowo pomocne może okazać się powiązanie tej perspektywy z perspektywą mitoznawczą, zaproponowaną przez Mirceę Eliadego.
Perspektywa kulturowo-rytualna
Podstawowe kontury modelu rytualnego dobrze da się uchwycić, gdy porówna się go z klasycznym modelem transmisyjnym, wciąż – wiele na to wskazuje – dominującym w spojrzeniu na media. Ten drugi model widzi komunikację jednokierunkowo, jako proces transmisji komunikatów w przestrzeni celem społecznej kontroli. Wzorcowym przypadkiem komunikacji jest tu zatem perswazja, zmiana postawy, modyfikacja zachowania, uspołecznienie przez transmisję informacji, wywieranie wpływu i warunkowanie. Tymczasem model rytualny wiąże komunikację z pojęciami takimi, jak „podzielanie”, „uczestnictwo”, „zrzeszanie”, „wspólnota”, „posiadanie wspólnych przekonań” (…). Koncepcja rytualna nie koncentruje się na przekazywaniu komunikatów w przestrzeni, lecz na podtrzymywaniu trwania społeczeństwa w czasie, nie na akcie wysyłania informacji, lecz na reprezentowaniu wspólnych przekonań. (…) W przeciwieństwie do modelu transmisyjnego rytualne spojrzenie ujmuje komunikację jako proces, przez który wspólna kultura się tworzy, podlega modyfikacji i jest przekazywana. (…) Jeśli model transmisyjny koncentruje się na geograficznym rozprzestrzenianiu komunikatów w celu kontroli, to model rytualny skupia się na braterstwie i wspólnotowości[6].
Komunikacja rytualna – zauważa Denis McQuail – podkreśla (…) wewnętrzne zadowolenie (…), nie zaś tylko cele instrumentalne (…) wymaga wspólnoty rozumienia i emocji. Jest celebracyjna, samospełniająca się (…) i dekoratywna, nie zaś utylitarystyczna w swych celach. (…) Przekaz w komunikacji rytualnej jest na ogół ukryty i niejednoznaczny, uzależniony od skojarzeń i symboli, które nie są pozostawione wyborowi uczestników, lecz określane przez kulturę. Medium i komunikat nie dają się zwykle oddzielić od siebie nawzajem[7].
Oznacza to m.in. – mówiąc konkretnie i na przykładzie komunikacji medialnej – że nie ma i zasadniczo nie może być symetrii między znaczeniem przekazu zakodowanym przez nadawcę a znaczeniem dekodowanym po stronie odbiorców. Wyemitowany przekaz żyje swoim własnym życiem w sieci zróżnicowanych „sił” kulturowych (tradycje, światopoglądy, grupa etniczna, język, wychowanie, wiek, edukacja, ideologie, stanowiska polityczne, itd.), które – na poziomie racjonalnym i arracjonalnym, świadomym, nieświadomym i podświadomym – oddziałują na znaczenie przekazu po stronie odbiorców. A wszystko to dokonuje się w perspektywie zmagania się ludzi/odbiorców z żywą codziennością, w trudzie nadawania swojemu życiu sensu, w poszukiwaniu i kształtowaniu swojej tożsamości indywidualnej i społecznej, w poczuciu bliskości i więzi z jednymi ludźmi i w poczuciu oddalenia i obcości wobec innych.
Z antropologicznego punktu widzenia – podkreśla Carey – w modelu rytualnym „archetypowym przypadkiem komunikacji są rytuał i mitologia (podkr. moje – J.M.)”[8]. Można powiedzieć, że komunikacja, każda komunikacja społeczna, „od – posłużmy się tytułem książki Erica W. Rothenbuhlera – rozmowy codziennej do ceremonii medialnej” – ma coś z religijnego rytuału, bo rytuał[9] ma swoje historyczne źródło w religiach. Dla właściwego rozumiejącego uczestnictwa w obrzędach religijnych słowa (komunikaty werbalne) nie są najważniejsze, uczestnicy zresztą nie muszą ich w pełni rozumieć, istotne są nastrój, atmosfera i aura, doświadczenie wspólnoty, poczucie bliskości, zanurzenie w misterium, powodowane przez ustalone tradycją – i noszące znaczenia kształtowane w przeszłości – gesty i znaki, postawy ciała, szaty liturgiczne, śpiew, muzykę, grę świateł i cieni, dym i zapach kadzidła itp. Rozumienie elementów rytuału i jego samego dokonuje się nie tylko i nie przede wszystkim na poziomie racjonalnym i świadomym, ale też i przede wszystkim na poziomie irracjonalnym, ponadracjonalnym, emocjonalnym, przeżyciowym, doświadczeniowym, nieświadomym i podświadomym. To samo dotyczy mitów, z istoty powiązanych z rytuałem.
Obcować z mitem – pisze Joanna Tokarska-Bakir – to nie tyle analizować i rozumieć, ile ulegając sile opowieści, poddając się jej rytmowi, pół-tworzyć ją, pół-powtarzać[10].
Świat mediów działa w rytm rytuału. Media mają strukturę rytualną. Wspomnijmy choćby o radiowych czy telewizyjnych ramówkach, ustalonych stałych godzinach nadawania filmów, seriali, wiadomości lub „kawy czy herbaty”; o powrotach do „tych samych” tematów związanych z rytmem świąt (państwowych, lokalnych czy religijnych), większych lub mniejszych rocznic, inauguracji i zakończenia roku szkolnego/akademickiego, przerw świątecznych, festiwali, imprez kulturalnych, rozgrywek sportowych, pór roku czy różnych sezonów (włącznie z sezonem ogórkowym) – przykłady można mnożyć. Wspomnijmy o powtarzalności elementów składowych programów telewizyjnych i radiowych, ceremonialnych widowiskach i spektaklach, „szamańskiej” roli prowadzących zabawy, konkursy, programy talk show i debaty na oczach obecnej w studiu publiczności…
Rytualności mediów odpowiada rytualność po stronie widzów, słuchaczy czy czytelników. Bo też jakimś codziennym rytuałem są kupno i lektura gazety, oglądanie wiadomości w telewizji czy słuchanie ich w radiu, śledzenie kolejnego odcinka ulubionego serialu, słuchanie czy oglądanie transmisji sportowych czy wizyta w kinie.
Charakterystyczne, że dziennikarstwo tabloidowe ma strukturę rytuału zarówno na poziomie formy, jak i treściowej zawartości newsów. Tabloidy tak naprawdę codziennie zalewają nas „tym samym”, proponują codzienną „powtórkę z tej samej rozrywki”, karmią do złudzenia podobnymi do siebie opowieściami „na ten sam temat”, w których zmieniają się, wymieniane niczym pionki, tylko poszczególne osoby „dramatu”, jego czas i miejsce oraz rekwizyty.
John Langer w książce Tabloid Television wykazał, że newsy tabloidowe, określane przez niego jako „inne newsy”, można zgrupować zaledwie w cztery kategorie[11]. Jako pierwsze informacje o sprawach/postaciach szczególnie wyjątkowych (newsy the especially remarkable) – historie o elitach, gwiazdach i celebrytach albo też o „zwykłych” ludziach, którzy dokonali niezwykłych czynów. Następnie informacje o ofiarach (newsy victims) – opowieści o jednostkach, które znalazły się w niekontrolowanych okolicznościach, prowadzących do radykalnego zburzenia rutynowych procedur codziennego życia. I kolejno: informacje o społecznych zagrożeniach (newsy community at risk) – relacje o wydarzeniach zagrażających ludziom na poziomie środowiskowym, wspólnotowym czy społecznym oraz informacje o rytuałach, tradycji i przeszłości (newsy ritual, tradition, and the past) – opowieści o społecznych, światowych, regionalnych, państwowych, lokalnych czy środowiskowych świętach, rocznicach wielkich wydarzeń itp. Jedną z największych „tajemnic” tabloidowych newsów można ująć w pytaniu: jak to się dzieje, że istna powódź newsów treściowo podobnych do siebie „jak dwie krople wody”, niezmiennie przyciąga uwagę i zaangażowanie wielkich rzesz ludzkich? Co sprawia, że ta ciągła „powtórka z tej samej rozrywki” nie powoduje znudzenia? Wydaje się, że odpowiedzi na te pytania należy szukać właśnie w rytualnym charakterze tabloidowych newsów, wszak nasze…