Chciałoby się być bogatym, aby już nie myśleć o pieniądzach, ale większość bogatych i tak nie myśli o niczym innym.
Abel Bonnard
Postmodernistyczny kryzys systemu wartości stanowi wyzwanie dla poszukiwania nowych dróg refleksji etycznej związanej z działalnością gospodarczą współczesnego człowieka, w której anonimowość sprzyja zachowaniom nieetycznym. Ich źródłem jest z jednej strony deifikacja imperatywu technologicznego, z drugiej natomiast – wszechobecny kult pieniądza, sprzyjające wzrastającemu poczuciu osamotnienia jednostki. Człowiek, będący bardziej niż kiedykolwiek wcześniej elementem wielkiej machiny technokratycznej, w tej perspektywie zredukowany został do roli przypadkowej pochodnej funkcji zarabiania i wydawania pieniędzy. Wynika stąd potrzeba adaptacji obiektywnie istniejących norm etycznych do nowej rzeczywistości konsumenckiego świata, którego podstawową siłę napędową stanowi równie powszechna co bezgraniczna chciwość.
Krótka historia chciwości
W słynnej anegdocie plotkarski Swetoniusz opowiada o gospodarskich talentach Wespazjana, który – zastawszy zrujnowany epoką Nerona oraz pamiętnym rokiem czterech cesarzy skarbiec imperium rzymskiego – nie waha się nałożyć podatku od smrodu na stołeczne szalety, zdegustowanemu synowi i przyszłemu następcy podsuwając pod nos uzyskaną w ten sposób monetę z pytaniem o jej zapach. Również i dzisiaj utrzymuje się dosyć powszechne przekonanie, że pieniądze nie śmierdzą, niezależnie od źródła swego pochodzenia oraz sposobu, w jaki zostały uzyskane.
Po upływie dwudziestu stuleci problematyka etyki biznesu jest o wiele bardziej skomplikowana niż kwestia zapachu środków pochodzących z opodatkowania uryny. Zagadnienie gromadzenia pieniędzy oraz obracania nimi właściwie od zawsze wzbudza wiele emocji, którym towarzyszą liczne kontrowersje natury etycznej. Na kilka wieków przed Wespazjanem Heraklit z Efezu swoim rodakom życzy: by „nigdy nie zabrakło bogactwa, ażeby wam można było dowieść, że jesteście źli”1, co bynajmniej nie przeszkadza mu wykorzystać własnej wiedzy z zakresu astronomii i meteorologii w celu spekulacji produktami rolnymi pomiędzy okresami urodzaju i suszy, dzięki czemu z powodzeniem doszedł do znacznego majątku, który zresztą następnie rozdał. Dla Arystotelesa pieniądze są źródłem powszechnego pożądania, którego siłą napędową jest niepohamowana chciwość. To ona sprawia, że ludzie prześcigają się w dążeniach do posiadania wciąż coraz więcej i za wszelką cenę, dzieląc się w zasadzie na tak skąpych, jakby mieli żyć wiecznie, oraz tak rozrzutnych, jakby jutro mieli umrzeć. Niczym nieuzasadniona nobilitacja pieniądza sprawia, że staje się on celem samym w sobie wszelkich ludzkich dążeń, przyczyniając się do degeneracji moralnej człowieka. Tymczasem powinien on być jedynie środkiem niezbędnym do utrzymania własnego domu, a podstawowa funkcja ekonomii sprowadza się do pragmatycznego zarządzania posiadanym majątkiem2.
W epoce Ojców Kościoła wiele mówiącym tytułem opatruje jeden ze swych traktatów Klemens Aleksandryjski, zastanawiając się nad kwestią „który człowiek bogaty może być zbawiony?”3, i postuluje zachowanie dystansu do posiadanych dóbr materialnych w duchu stoickiej etyki wewnętrznej obojętności. Adopcja arystotelizmu przez średniowieczny tomizm scholastyczny przyczynia się do piętnowania lichwy jako formy bezproduktywnej sprzedaży pieniądza, prowadzącej do jego swoistego rynkowego ubóstwienia.
Myśliciele Odrodzenia poddają namysłowi etycznemu działalność gospodarczą człowieka, eksponując moralne walory pracy i sprawnego działania usuwające w cień pierwszoplanową rolę zysku. Rozwinięcie tej idei w epoce Oświecenia prowadzi do powstania pierwszych na świecie kodeksów etycznych mających zapewnić moralny ład w sferze działalności gospodarczej człowieka. Pozytywiści tworzą wzory osobowe dobrego kupca, rzemieślnika, ziemianina, przemysłowca i bankiera, wychodząc z przekonania, że zachowywanie wysokich standardów moralnych stanowi warunek powodzenia w działalności gospodarczej, której fundamentem jest wzajemne zaufanie umożliwiające prowadzenie interesów handlowych i finansowych o określonym poziomie efektywności4.
Konieczność budowania rodzimej kultury biznesu niemal od podstaw w sposób szczególny stwarza ryzyko przesłonięcia autentycznej perspektywy humanistycznej przez wszechobecną chciwość. Dlatego celem dalszych rozważań będzie prezentacja omawianych zagadnień z personalistycznego punktu widzenia indywidualnej osoby ludzkiej, występującej na rynku z jednej strony w roli pracownika, z drugiej natomiast – odbiorcy oferowanych towarów i usług, w obu przypadkach, nadmiernie często traktowanego czysto instrumentalnie, jako środek do ekonomicznego celu, którym jest generowanie zysku.
Pracownik
Przemiany polskiej rzeczywistości roku 1989 stanowią etap graniczny dwóch rzeczywistości ekonomicznych. W dobie realnego socjalizmu niezmiernie modne było twierdzenie, że my udajemy, iż pracujemy, a oni udają, że nam płacą. Podejście takie pozwalało – nie tylko w przeszłości zresztą – bezkrytycznie usankcjonować powszechne zjawisko biernego „chodzenia do pracy” z całkowicie wyeliminowanym jakimkolwiek elementem twórczej aktywności, mającej poza dochodem sprawiać satysfakcję z dobrze wykonanego zadania. Stosunki interpersonalne cechowała w tamtej epoce pewnego rodzaju dwulicowość. Możliwe było mianowicie jednoczesne bycie szanowanym człowiekiem oraz wykazywanie się owym specyficznym rodzajem życiowej zaradności, przejawiającym się umiejętnością pogodzenia czasu pracy z wykonywanymi równolegle zleceniami, do których realizacji wykorzystywano sprzęt i materiały pracodawcy, argumentując, iż na wolnym rynku są one bądź niedostępne, bądź po prostu zbyt drogie.
Tego rodzaju stan pracowniczej demoralizacji wygenerowało powszechne przekonanie o rozwarstwieniu społecznym wynikającym z przeświadczenia o głębokim podziale zachodzącym pomiędzy „nami” – ogółem społeczeństwa ludzi pracy – a „nimi” w postaci instytucji sprawujących władzę. Przekonanie to ufundowane zostało na swoistej umowie społecznej, zgodnie z którą państwo zapewniało obywatelom pewne minimum egzystencjalne, zachowując jednocześnie dbałość o zajęcie ogółu społeczeństwa zabieganiem o dobra dostępne tylko okazjonalnie. W zamian zdecydowana większość obywateli wyrażała nastroje niezadowolenia wyłącznie z uwagi na niedostępność i ceny mięsa oraz innych produktów codziennego użytku.
Jest oczywiste, że w takiej sytuacji elementarne dla definicji pracy wytwarzanie dóbr nieuchronnie zeszło na dalszy plan, stając się właściwie pretekstem dla zapewnienia stuprocentowego zatrudnienia oraz znacznego ograniczenia uprawnień pracodawcy w stosunku do pracownika, którego do minimum posłuszeństwa zmusić można było jedynie poprzez przymykanie oka na jego realizowaną w godzinach pracy prywatę. Systemowa jednolitość eliminowała jednocześnie jakąkolwiek twórczą inicjatywę, traktowaną w przypadku kadr kierowniczych jako wyraz nadmiernej samodzielności bądź wręcz niesubordynacji, zaś w odniesieniu do pracowników niższego szczebla w kategoriach dziwactwa albo zwykłego braku życiowej zaradności5.
Pojawienie się na rynku – w wyniku przemian roku 1989 – nieznanego dotychczas zjawiska w postaci konkurencji przyczyniło się do racjonalizacji zatrudnienia, prowadzącej do zwalniania na masową skalę zbędnych pracowników zredukowanych do roli ekonomicznej zmiennej w bilansie popytu i podaży. W rzeczywistości trzydziestoprocentowego bezrobocia praca stała się wartością samą w sobie, powodując wzrost wydajności, dyscypliny oraz dyspozycyjności pracowników. Negatywną stroną tego zjawiska jest eksploatacja „zasobów ludzkich”, często zmuszanych do pracy ponad ustaloną normę, nierzadko bez żadnej gratyfikacji finansowej. Rola związków zawodowych w sektorze prywatnym została zminimalizowana praktycznie do zera. Nagły wzrost władzy menedżera – w rzeczywistości braku rodzimych tradycji w zakresie praktyki zarządzania – prowadzi do nieporównanie większego, niż miało to miejsce w przeszłości, ryzyka zachowań nieetycznych w postaci pokusy uzyskiwania nieuczciwych oszczędności poprzez unikanie zatrudniania pracowników na pełny etat, zaniżanie wynagrodzeń, wydłużanie godzin pracy oraz nadużyć stosunków podległości służbowej6.
Najważniejszym z punktu widzenia etyki pracy niebezpieczeństwem jest pokusa wyzysku. Jego podstawowa forma to znów narastające w ostatnim czasie zjawisko opóźniania wypłaty wynagrodzeń dla pracowników, na których w pierwszym rzędzie robi się oszczędności. W rzeczywistości deficytu miejsc pracy ta forma kradzieży – jak rzecz należałoby nazwać po imieniu – jest szczególnie dotkliwa, gdyż przedmiotem zaboru nie są dobra luksusowe, lecz środki niezbędne do życia. Jednocześnie nie istnieją systemowe mechanizmy zabezpieczające pracowników przed konsekwencjami niezawinionej utraty możliwości uregulowania bieżących zobowiązań, a w przypadku ogłoszenia upadłości pracodawcy ich roszczenia usytuowane są na samym końcu długiej kolejki urzędów i kontrahentów, dla których – w przeciwieństwie do pojedynczego człowieka – nie jest to kwestia ekonomicznego „być albo nie być”.
Usprawiedliwieniem tego rodzaju praktyk jest nadużywanie argumentu nadmiernego bezrobocia – kto z nas nie słyszał choć raz w życiu: „Jak ci się nie podoba, to na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych” – sprzyjającego brakowi optymalnych proporcji pomiędzy nakładem pracy a wynagrodzeniem. Kwestia sprawiedliwej dystrybucji dóbr w tym przypadku jest zresztą zagadnieniem niezmiernie skomplikowanym. Wynagrodzenie za pracę nie może stanowić matematycznej równowartości wykonanych czynności, lecz powinno zaspokoić przynajmniej podstawowe potrzeby życiowe pracownika. W przeciwnym wypadku praca staje się nonsensem, w zasadzie przybierając postać nowoczesnej formy niewolnictwa.
Różnorodność koncepcji podziału wypracowanego zysku rodzi pokusę skrajności w postaci z jednej strony zawłaszczenia przez właściciela środków produkcji tak dużej części wypracowanej wartości dodanej jak tylko to możliwe, z drugiej natomiast stosowania zasady wszystkim po równo, do dzisiaj występującej w praktyce waloryzacji wynagrodzeń przez spadkobierców dawnych państwowych molochów. W większości tego rodzaju instytucji w dalszym ciągu wynagradzane są nie zdolności czy rzeczywisty wkład w wypracowanie wartości dodanej, lecz zobowiązania natury towarzyskiej, popularnie zwane „układami”. Nierzadko też samo uzyskanie zatrudnienia związane jest z koniecznością dysponowania pokładami „kapitału relacyjnego”, co skutecznie ogranicza dostęp do rynku pracy ludziom młodym i zdolnym, lecz nieobracającym się w odpowiednich kręgach znajomości. Rzeczywiste kwalifikacje kandydata schodzą w tym momencie na drugi plan, jeśli w ogóle odgrywają jakiekolwiek znaczenie. Zbudowany w taki sposób zespół niezmiernie rzadko zajmuje się rzeczywiście wykonywaniem postawionych przed nim zadań, od których istotniejsze stają się uzależnienia niemające z nimi nic wspólnego. Powstają relacje sprzyjające wyzyskowi horyzontalnemu, gdy niektórzy członkowie zespołu czują się zwolnieni od odpowiedzialności za wykonywaną pracę oraz jej jakość, skoro o samym fakcie zatrudnienia decyduje zupełnie coś innego niż zawarta umowa o pracę. Fikcją staje się również nadzór, gdyż samo wyrażenie negatywnej opinii o pracy faworyzowanego pracownika może spowodować narażenie się jego protektorowi.
Zagadnienie odrębne stanowi cieszące się społeczną akceptacją zjawisko powszechnego zatrudniania pracowników „na czarno” lub za najniższe wynagrodzenie, comiesięcznie uzupełniane prywatną „restytucją kopertową”, pod pretekstem bardzo wysokich kosztów ubezpieczeń społecznych oraz podatków. Mimo wykonywania regularnej pracy pracowników latami zatrudnia się na umowy o dzieło bądź zlecenia, nie tylko wyjęte spod ochrony kodeksu pracy, lecz również przynoszące dochód, od którego nie są odprowadzane żadne składki na ubezpieczenie zdrowotne i uposażenie emerytalne. Oferując doraźną korzyść w postaci zarobionych co miesiąc kilkuset złotych więcej, faktycznie obniża się poziom społecznego zabezpieczenia pracownika, który w momencie choćby przejściowej utraty zdolności do pracy natychmiast zostaje pozbawiony środków do życia, gdyż umowy cywilno-prawne są umowami rezultatu, a na ich podstawie wynagradza się wyłącznie efekty faktycznie wykonanej pracy. Brak składek na uposażenie emerytalne w praktyce oznacza natomiast jedynie odsunięcie problemu w czasie poprzez budowanie grona beneficjentów pomocy społecznej w okresie poprodukcyjnym, której udzielenie w jakiś sposób będzie musiało zostać sfinansowane. Problemy dzisiejszych oszczędności w przyszłości wybuchną więc ze zdwojoną siłą.
Rosnąca liczba afer w obszarze życia publicznego przyczynia się do systematycznego spadku zaufania społecznego do struktur państwa, co przekłada się na powszechną akceptację unikania regulowania podatków, stanowiącego wręcz powód do prawdziwej dumy. Konsekwencją jest w tym przypadku błędne koło wzrastającego deficytu budżetowego oraz konieczność poszukiwania oszczędności kosztem najgorzej społecznie usytuowanych obywateli, podwyższanie istniejących obciążeń bądź sukcesywna likwidacja istniejących ulg podatkowych.
Klient
W dobie zbliżania się ceny towaru do dolnej granicy opłacalności produkcji coraz bardziej istotne miejsce w procesie sprzedaży zajmuje reklama. Obecnie nie jest już ona jedynie prostą informacją dla konsumenta, mającą poszerzyć obszar wyboru, lecz przyjmuje formy wyrafinowanej manipulacji. Z użyciem technik wpływających na podświadomość, odwołujących się do dorobku nauk społecznych, a nawet psychoanalizy, kształtowane jest konsumenckie zapotrzebowanie na nieobecny wcześniej na rynku produkt, w niejednym przypadku nikomu do niczego tak naprawdę niepotrzebny7. Tego rodzaju kreacja potrzeb budzi kontrowersje szczególnie, gdy jej adresatami są podatne na wpływy dzieci oraz młodzież. Mechanizm budowania fałszywego poczucia własnej wartości w oparciu o system posiadanych dóbr niewątpliwie zabija to, kim klient jest, zwłaszcza w okresie kształtowania struktury osobowości. W do pewnego stopnia odwrotnej sytuacji reklamacyjnej okazuje się często, że kupujący jest tak naprawdę tylko intruzem, którego za wszelką cenę należy zniechęcić do ujawniania wadliwości raz zakupionego towaru.
Znaczna liczba emitowanych reklam zawiera podteksty seksualne, i to nawet w przypadku, gdy reklamowane są towary tak odległe od sfery erotyki, jak kosiarka do trawy czy przejazd pociągiem ekspresowym. Bohaterami spotów są dzieci, wywołujące przyjazne uczucia, przenoszone następnie na reklamowany produkt, treść nasycona jest zbitkiem łatwych do zapamiętania spółgłosek, a całość nadawana o pół tonu głośniej od reszty programu. Trzydziestosekundowe migawki charakteryzują się niskim poziomem intelektualnym, często graniczącym z robieniem z odbiorcy prawdziwego kretyna, co dotyka zwłaszcza kobiet, przedstawianych zazwyczaj w roli nieporadnych kur domowych, na których codzienność składa się pranie, gotowanie i wychowywanie dzieci. Produkt jest synonimem jakości życia, któremu nie tylko nadaje egzystencjalny sens, ale moment dokonania zakupu – niczym w greckiej tragedii antycznej – stanowi prawdziwy punkt zwrotny, po którym nic już nigdy nie będzie takie samo jak przedtem8. Rzeczywistość jest oczywiście znacznie bardziej prozaiczna. Istotne informacje o reklamowanym produkcie są podawane niemożliwym do przeczytania drukiem w rogu ekranu, a promocja w hipermarkecie opiera się na zasadzie produktu wiodącego, oferowanego często po cenie niższej niż hurtowa, byle tylko zwabić klienta do sklepu. Na miejscu okazuje się, że towar jest bądź niedostępny, bądź w zupełnie innym od reklamowanego wariancie, a skoro klient zadał sobie już trud przybycia do marketu, zawsze istnieje nadzieja na to, że kupi cokolwiek, chociażby pieczywo, zlokalizowane na samym końcu dużych centrów handlowych. Dzięki temu dotarcie do artykułów codziennej potrzeby oznacza konieczność zapoznania się z pełną ofertą handlową, a odnalezienie tych w rzeczywiście korzystnej cenie – często zupełnie innej na półce niż w kasie – oznacza bądź pełzanie na kolanach, bądź korzystanie z drabinki, gdyż na przeciętnej wysokości twarzy umieszcza się nie to, co jest najbardziej atrakcyjne, lecz towar, który powinien się sprzedać. Jako całość – wzbogacona dyskretnymi taktami sprzyjającej kupowaniu…