Przypomina, że wielu zjawisk nie można traktować wyłącznie z niechęcią, gdyż na przykład „to właśnie muzykująca młodzież wyciągnęła z samych trzewi prasłowiańszczyzny i ożywiła wyraz »czad«, a także tchnęła życie w odświeżone nowymi znaczeniami wyrazy »łoić« i »piecyk«”. Jednak nade wszystko profesor Pisarek pozostaje wybitnym badaczem komunikologiem, autorytetem w tak ważnej, zwłaszcza obecnie, dziedzinie jak komunikowanie masowe.
Wyzwaniem i swoistym dziełem życia stał się dla profesora Pisarka Ośrodek Badań Prasoznawczych, placówka założona w 1956 roku i szybko zdobywająca uznanie zarówno w kraju, jak i za granicą dzięki dogłębnym i pionierskim badaniom, którym poddana została polska prasa. Szczególną rolę odegrał Walery Pisarek również w Radzie Języka Polskiego, będąc w latach 1996–2000 jej pierwszym przewodniczącym. Wśród wielu przedsięwzięć, w których Profesor wziął udział, był między innymi cykl dziesięciominutowych programów nadawany w Telewizji Polskiej w latach 70. zatytułowany Lekcja języka polskiego.
Profesor jest autorem wielu publikacji, by wspomnieć chociażby: Poznać prasę po nagłówkach (Kraków 1967), Nowa retoryka dziennikarska (2002) – za którą w 2002 roku został uhonorowany Śląskim Wawrzynem Literackim– Słowa między ludźmi (Warszawa 2004), O mediach i języku (Kraków 2007) czy Wstęp do nauki o komunikowaniu (Warszawa 2008).
*
Czym są dla Pana słowa?
Słowa są prawdziwą rzeczywistością… Słowa są ważne, bo bez nich nie bylibyśmy sobą, nie bylibyśmy ludźmi. Gdybyśmy mieli inne słowa, to najpewniej bylibyśmy kim innym; słysząc inne słowa, odmiennie odbieralibyśmy wszystkich wokół.
To, co mówię, nie jest metaforą. Wielu ludzi opisuje rzeczywistość – również tę antropologiczną – posługując się niemal w każdym zdaniu dwiema, trzema metaforami; prawie każdy wyraz jest użyty przez nich metaforycznie. A ja staram się jak najbardziej mówić w sensie pozytywistycznych zdań protokolarnych. Gdy mówię: kim innym byśmy byli, używając innych słów, to mówię to dosłownie. To nie przenośnia. Pewną przenośnią jest, kiedy mówię: „my”, a w gruncie rzeczy mam na myśli naszą świadomość, a nie ciało.
Słowo nie musi składać się z dźwięków. Zapisanym słowem może być obraz, zdjęcie, nawet tylko parę kresek… jeżeli tylko temu słowu została przypisana jakaś treść – czy to przez tego, który udostępnia innym słowo, czy to przez tego, który je odbiera.
W pewnym sensie jestem myśliwym: lubię polować na piękne powiedzenia, na powiedzenia odkrywcze. Odczuwam wtedy pełną satysfakcję. Inaczej jest z błędami, nie traktuję ich jak zwierzyny, którą potem można powiesić sobie w gabinecie nad biurkiem: oto jest piękny, ustrzelony lew. Wynotowuję je sobie czasem, tak jak inne wyrażenia czy zwroty, które szczególnie zwróciły moją uwagę. Usłyszałem niedawno w radiu: „po zimie występują ubytki w nawierzchni” – nie jest to błąd, ale przykład wzniosłego, czy może raczej medycznego określenia…
Kiedy nie szukam przykładów, na przykład ilustracji błędów, to odbieram rzeczywistość słowną taką, jaka ona jest. Teksty prawie nigdy nie służą do przekazywania samej formy – oczywiście można protestować: funkcja poetycka wypowiedzi polega przecież na tym, że słowa są tym, co się liczy – ale zwykle mówimy coś po to, by kogoś przekonać, zrobić na kimś dobre wrażenie, odpowiednio nastawić i tak dalej. A jeżeli tak jest, to na drugi plan schodzi sposób, w jaki coś zostało powiedziane. Chyba że przekroczone są pewne granice: w kierunku niezrozumiałości, wulgarności albo rzeczywiście bardzo rażącego wykolejenia.
Od kilkunastu lat pielęgnuję ideę słów sztandarowych, czyli takich, które nazywają coś najpiękniejszego, najwartościowszego, takich, które faktycznie można wypisywać na sztandarach. Ale to również słowa o znaczeniu odwrotnym, oznaczające coś najbrzydszego. Począwszy od lat 80., korzystając z zaplecza Ośrodka Badań Prasoznawczych, co kilka lat przeprowadzaliśmy specjalne badania. Wyselekcjonowane osoby prosiliśmy o wybranie słów z uprzednio przygotowanej listy. Potem pytaliśmy, co czytają na co dzień, a następnie prowadziliśmy badanie zawartości tych gazet pod kątem tego, z jaką częstotliwością pojawiają się w nich słowa uznane za sztandarowe. To dawało nam odpowiedź na pytanie, czy i w jakim stopniu dane pismo odpowiada oczekiwaniom, świadomości i hierarchii wartości jego czytelników i ogółowi Polaków. Zależności te są szczególnie widocznie przy „Naszym Dzienniku” czy Radiu Maryja.
Stajemy wobec pytania, co na co wpływa. Pozytywiście wystarcza stwierdzenie, że jedna cecha współwystępuje z drugą. Ale kiedy zastanawiamy się, co jest przyczyną, a co skutkiem, to prawdopodobnie zależności są obustronne. To raczej ludzie gromadzą się pod sztandarami danej gazety, a uciekają od sztandarów przez nich nieuznawanych.
Jakie teraz są to słowa?
Dla Polaków słowem najobrzydliwszym jest „zakłamanie”, a najpiękniejszym – „miłość” . Bywa tak na wielu płaszczyznach i, jak wykazały badania, również w relacjach zachodzących między czytelnikiem a tekstem.
Słowo „miłość” jest z pewnością w różnych czasach rozmaicie rozumiane, ale jako słowo sztandarowe występuje zawsze, niezmiennie.
Na przestrzeni lat na pewno dostrzegalne są różnice powodowane na przykład sytuacją polityczną.
Polityka ma mniejsze znaczenie, niż sobie często wyobrażamy. W świadomości ludzi odgrywa stosunkowo niewielką rolę.
Prasę bada się w sposób obiektywny, porównując częstość używania różnych słów. Kiedy weźmiemy pod uwagę lata peerelowskie, ale i okres dwudziestolecia międzywojennego, różnice w wynikach okazują się zadziwiająco małe, zupełnie powierzchowne. Choć czasem bardzo istotne. Wiadomo, że informacja prasowa musi lokalizować w czasie i przestrzeni to, co opisuje. Formalnie rzecz traktując, przyimek „w” będzie tutaj wysuwał się na czoło jako najczęściej używany wyraz, w przeciwieństwie do literatury pięknej i mowy potocznej, gdzie nie jest takie ważne, czy coś zdarzyło się „w piątek”, „we wtorek”, „w Krakowie” czy gdziekolwiek indziej. Jeżeli jednak chodzi o nazywanie rzeczy materialnych, to tu, naturalnie, różnice są wyraziste. W latach 70. i 80., kiedy porównywałem słownictwo ówczesnej prasy peerelowskiej, prasy radzieckiej, czeskiej i enerdowskiej ze słownictwem prasy zachodnioniemieckiej, słowem najczęściej u nas używanym była „praca”, z kolei tam: DEM – Deutsche Mark. Współcześnie swoista marketyzacja słownictwa polega na tym, że zupełnie rzadkie dawniej słowa, należące do terminologii związanej z działalnością banków, awansowały do najczęściej używanych, przede wszystkim w prasie codziennej.
Badania pomagają zdiagnozować nie tylko nas, ale i stan polskiej prasy, która dziś boryka się ze spadkami nakładów, co dla wielu tytułów oznacza rychłe „być albo nie być”…
Z chwilą pojawienia się kina aktorzy zastanawiali się, czy w przyszłości będą jeszcze występować na scenach teatrów… Historia sama przyniosła odpowiedź, choć oczywiście mało jest prawdopodobne, aby znów nastały czasy antycznej Grecji, kiedy całe amfiteatry były obsadzone przez widownię. Odpowiedź brzmiała: będą małe salki teatralne, lecz znajdzie się miejsce dla zespołów, które zdołają zwrócić uwagę. Wiadomo, że z chwilą pojawienia się nowego środka przekazu stare środki nie znikają, ale zmniejsza się ich zasięg. Nie tylko prasa, ale i telewizja musi się przygotować do tego, że nie będzie niedługo tym, czym jest obecnie…
…co jest chyba już teraz wyraźnie zauważalne, skoro wielu młodych deklaruje, że w ogóle telewizji nie ogląda…
A przy tym wszystkim ciągle trwa i nasila się współzawodnictwo w Internecie! I tu dochodzimy do pytania, kto „rządzi”. Publiczność czy nadawca? Nadawca „rządzi” o tyle, że szuka i płaci za znalezienie sposobu, jak zanęcić odbiorcę. Nęci się tym, co przyciąga największą liczbę osób. Seks i zbrodnia chodziły w tej roli zawsze w parze, a seks ze zbrodnią połączony pozostał najskuteczniejszą przynętą.
A gdzie jest miejsce na misję?
Misja robienia pieniędzy to też misja… Jednak przecież chodzi o świadomość: owszem, robię pieniądze i wiem, że to, co produkuję, jest niewiele warte, ale dzięki zarabianiu mogę na przykład utrzymać pismo elitarne, pismo, które będzie zaspokajało bardziej wysublimowane gusty. Pamiętam takie hasło: „kultura masowa kulturze elitarnej”. Tak jak człowiek szlachetny nie zostawi bliźniego bez jedzenia, tak nie można pozbawić strawy duchowej…
Jedni po to utrzymują gazetę czy rozgłośnię, by przekonywać do pożądanych przez siebie zachowań – innym zależy na zysku, efektach finansowych. I w jednym, i drugim przypadku podmiot rozgrywający szuka sposobów na pozyskanie czytelników. Ale wszystko to podporządkowane jest naczelnej idei: albo zdobycia ich świadomości, albo zdobycia ich lub dzięki nim pieniędzy – nawet od swoich wrogów, byle tylko kupowali, słuchali, czytali.
Trudno jest umiejętnie rozgraniczyć potrzebę zarabiania i tego, by dobrze kształtować nasze gusta, a nie tylko schlebiać gustom najniższym…
Ale w każdym człowieku tkwi kawałek anioła. I w polityku, i w krwiożerczym kapitaliście. Jeden i drugi gotów jest poświęcić troszeczkę, co nie służy bezpośrednio jego interesom. Nawet szatan musi być czasem dobry.
Komunikolog od zawsze
Co sprawiło, że obrał Pan taki kurs w życiu?
Wydaje mi się, że spoglądając wstecz na drogę życiową, którą przeszliśmy, i zastanawiając się nad jej meandrami, staramy się uczynić ją bardziej logiczną, chcemy ją racjonalizować i dopatrywać się w jej przebiegu wynikania z własnych przemyślanych wyborów, a nie z przypadków.
Po doświadczeniach więziennych, kiedy powróciłem na studia po kilkuletniej przerwie, późną jesienią 1955 roku, spotkałem się z tymi samymi profesorami co przedtem – oni jednak już inaczej oceniali te same dzieła i tych samych autorów, nad którymi pochylaliśmy się wcześniej, w moim „poprzednim życiu”. Chętnie się więc tłumaczę, że zniechęciło mnie do literaturoznawstwa to, iż o tym samym utworze i tym samym twórcy można mówić na różne sposoby w zależności od klimatu politycznego. W przeciwieństwie do badań nad literaturą językoznawstwo, zwłaszcza oparte na metodach statystycznych, bez względu na to, czy odkrywa rzeczy dotychczas nieznane, czy mówi rzeczy banalne, doprowadza do wniosków, które trudniej podważyć. Zresztą to, co mówię, powtarzam w znacznym stopniu za profesorem Zenonem Klemensiewiczem, który tak właśnie tłumaczył, dlaczego poświęcił się językoznawstwu i dydaktyce. I on mówił o potrzebie znalezienia twardej podstawy w humanistyce po swoich frontowych doświadczeniach z I wojny światowej.
Dziś mogę również powiedzieć, że w zachęceniu mnie do językoznawstwa było trochę – a nawet więcej niż trochę – kobiecej ręki mojej żony, która była asystentką Klemensiewicza i zarówno jego uczyła sympatii do mnie, jak i mnie sympatii do niego. Zresztą profesor Klemensiewicz był moim nauczycielem w pierwszym okresie moich studiów, więc mógł mnie pamiętać, a naturalnie ja pamiętałem go bardzo dobrze – od samego początku był dla mnie uosobieniem solidności. I tak, kiedy w imieniu powstającego właśnie Ośrodka Badań Prasoznawczych do profesora zwróciła się jedna z jego założycielek, późniejsza dyrektor, Irena Tetelowska, z prośbą o zorganizowanie pracowni językowej, Klemensiewicz pomyślał o mnie. Tak to – może powiedzieć ktoś nie bez racji – nie dzięki rozważaniom nad sensem życia, ale pośrednio przez protekcję żony znalazłem się jako początkujący językoznawca w kręgu Ośrodka… Potem nie wyobrażałem sobie, że mógłbym nie poświęcić się językoznawstwu – czystemu, prawdziwego, statystycznemu. Językoznawstwu, w którym to, co się powie, jest tym właśnie i niczym innym; faktem, który każdy może sprawdzić.
Potem znów wtrącił się los i wymusił na mnie inne zachowanie, inne wybory w pracy naukowej. Zadecydowała o tym katastrofa lotnicza, w której na Policy 2 kwietnia 1969 roku zginęli Zenon Klemensiewicz, Irena Tetelowska oraz sekretarka Ośrodka Basia Wójtowicz. Nagle okazało się, że jestem w Ośrodku jedyną osobą z doktoratem i, jeżeli mam przyjąć ten ciężar odpowiedzialności, nie mogę ograniczać się tylko do swojej, językoznawczej działki. Najpierw zacząłem realizować wszystkie te plany, które zostały wytyczone przez Tetelowską, na przykład jej pomysł na encyklopedię wiedzy o prasie. Było to piękne zadanie… Potem zorganizowaliśmy ogólnopolską sieć ankieterów, która miała dla nas wykonywać badania opinii społecznej, przede wszystkim dotyczące aktywności medialnej, czytelnictwa prasy i tak dalej. To znów wymagało i pracy – „przekopania się” przez obszerną literaturę – i aktywności: pisarskiej oraz czytelniczej, a także udziału w konferencjach różnego typu. Reprezentowałem zresztą, jeszcze za życia Tetelowskiej, Ośrodek Badań Prasoznawczych w towarzystwie międzynarodowym, International Association for Mass Communication Research. Dziś – po tym, jak gremium to doszło do wniosku, że przedmiotem zainteresowania większości członków Towarzystwa stało się nie tylko masowe komunikowanie – jego nazwa brzmi: International Association for Media and Communication Research.
Jestem dziś medioznawcą dumnym z honorowego członkostwa tego Towarzystwa podobnie zresztą jak i z honorowego członkostwa Polskiego Towarzystwa Komunikacji Społecznej. A najpierw byłem polonistą piszącym pracę magisterską o Słowackim. Potem zrobił się ze mnie językoznawca i następnie również prasoznawca czy – jak lubię to podkreślać – po prostu badacz komunikowania, komunikolog. Zresztą kiedy tak nazywam swoje zainteresowania, to okazuje się, że od samego początku nie zajmuję się niczym innym jak komunikacją między ludźmi. I tak jak językoznawstwo mogę uważać – za co przepraszam wszystkich językoznawców – za jedną z nauk pomocniczych nauki o komunikowaniu, tak i inne specjalności medioznawcze mieszczą się w tej wielkiej dyscyplinie, będącej koroną całej humanistyki.
Dziś Ośrodka takiego jak kiedyś już nie ma. Istotą jego dawnej działalności były badania empiryczne – teraz służy on przede wszystkim jako placówka dydaktyczna w ramach Uniwersytetu Jagiellońskiego, a powstawał bez takich ambicji. Tego typu badań, jakie najlepiej i najpełniej prowadziliśmy w latach 1980–1981 – mówię to z najgłębszym przekonaniem, choć zapewne nie zgodziłaby się z tym cała Polska – nikt dzisiaj nie prowadzi. Tamte „solidarnościowe” miesiące szczególnie sprzyjały swobodzie badań nad komunikowaniem się ludzi. Masowość metod badawczych była odpowiedzią na ówczesne masowe komunikowanie. Dziś podobne metody zapewne by nie wystarczyły, zwłaszcza z chwilą pojawienia się Internetu, telefonów komórkowych i nowych sposobów komunikowania… W swoich najlepszych latach Ośrodek był dostosowany do tamtej sytuacji. Któż dziś jest w stanie przeprowadzać systematyczne badania ankietowe na kilkunastotysięcznej próbie? Dziś często muszą wystarczyć badania telefoniczne na podstawie próby kilkusetosobowej.
W zakresie badań nad komunikacją społeczną w Polsce ideałem jest dla mnie to, co zrobiliśmy w okresie solidarnościowym – a mianowicie badania kompleksowe w pełnym tego słowa znaczeniu. Czyli: aby z jednej strony pytać ludzi, z kim o czym rozmawiają, co czytają, czego słuchają, co oglądają. Potem: co znajduje się w kanałach, które im się oferuje; w jakiej formie jest to prezentowane, którym dziennikarzom i kanałom publiczność ufa, jakie ambicje zawodowe mają dziennikarze, aż po badania, kto i z jakim skutkiem steruje tym, co się ma znajdować w prasie, radiu i telewizji. Wszystko to się złożyło na zupełnie bezprecedensową publikację, którą udało się wydać dopiero ćwierć wieku po ukończeniu badań1. Dotąd dostępny był wyłącznie maszynopis.
Czy po katastrofie lotniczej na Policy miał Pan Profesor wątpliwości, wahania związane z pracą w Ośrodku i odpowiedzialnością za nadanie jej takiego kierunku, jaki był zgodny z pragnieniami Zenona Klemensiewicza i Ireny Tetelowskiej?
Oczywiście, że były… Spotkaliśmy się całym zespołem na zebraniu i nie tylko ja wówczas płakałem. Zresztą w ogóle jestem osobą płaczliwą. Ustaliliśmy, że jeżeli będzie taka możliwość – czyli pozwolenie – to postaramy się robić to samo, tylko jeszcze lepiej.
Mówcie z błędami, ale po polsku
Współtworzył Pan nowelizację ustawy o języku polskim z 2004 roku. Kilka lat temu Rada Języka Polskiego wystosowała do byłego ministra sportu i turystyki Mirosława Drzewieckiego prośbę o wyjaśnienie – mogłoby się wydawać – błahej sprawy: braku polskich znaków…