Taki właśnie jest stary cmentarz w Czerniowcach. Równe, wysokie szeregi kamiennego wojska. Długie, niekończące się alejki, którymi maszeruje ono jak na najbardziej wystawnej defiladzie. Smukli, strzeliści kamienni żołnierze bukowińscy stoją w rzędach, po piętnastu, dwudziestu. Na co czekają? Zapewne na zmartwychwstanie.
To, co przetrwało…
Mówiło się o Bukowinie jako o najbardziej skutecznym projekcie austriackim, którego celem było przeniesienie i zakorzenienie tam CK kultury. Czy pomniki, których już nie ma – pomnik „Austrii”, Franciszka Józefa, Józefa II, cesarzowej Elżbiety, znanej powszechnie jako Sissi – na tyle wryły się w świadomość mieszkańców miasta, że tradycja austro-węgierska nadal żyje? W murach, tradycjach, cmentarzach… Tutaj, w mieście umarłych, nie znajdziemy odpowiedzi na to pytanie.
Wróćmy jednak do głównej alei czerniowieckiej nekropolii. Zaraz z brzegu, w pierwszym rzędzie, ciekawy kamienny grobowiec w kształcie dzwonu, którego hełm ozdobiony jest koroną. Napis pod żelaznym krzyżem głosi: „Grobowiec Kochanowskich”. Pochowano tu sześciu mężczyzn i cztery kobiety. Napis największy mówi o Antonim Kochanowskim, honorowym prezydencie miasta, byłym marszałku Bukowiny, który żył w latach 1817–1906. Korona na grobowcu jest przede wszystkim dla niego.
Tak, tu spoczywa Antoni Kochanowski, prezydent miasta (z lat 1866–1874 i 1887–1905) ukochany przez mieszkańców, Polak rządzący bukowińską stolicą. Co z tego, że miasto nigdy dłużej do Polski nie należało, a większość mieszkańców stanowili Rumuni, Ukraińcy, Niemcy i Żydzi? Zresztą wybór Kochanowskiego i jego rządzenie miastem to efekt koalicji mniejszości narodowych – polskiej, niemieckiej, żydowskiej i rusińskiej – pośród dominujących Rumunów, ale jakże to było skuteczne rządzenie, dobre dla wszystkich mieszkańców miasta, bez względu na przynależność narodową. Przełom wieków XIX i XX to były czasy niezwykłe.
Kochanowski – czy, jak niekiedy się podpisywał, von Kochanowski – zmienił wygląd Czerniowców z małej drewnianej mieściny na dobrze uporządkowane miasto, z kanalizacją, prądem, brukiem i nawet tramwajem. To za czasów Kochanowskiego wybudowany został, według projektu wiedeńczyków Ferdynanda Fellnera i Hermanna Helmera, słynny czerniowiecki teatr, wiedeńska perełka umieszczona w bukowińskiej stolicy do dziś ozdabiająca miasto.
Obok Antoniego barona Kochanowskiego na czerniowieckim cmentarzu spoczywa jego żona, Antonia baronowa Kochanowska, primo voto baronowa Kapri (1827–1911). Jest tu też jego ojciec, Anton Korwin Kochanowski (1785–1840), Jsabella (jak napisano na nagrobku) Kochanowska (1841–1851), Stefan Kochanowski (1866–1869), Anna de Zadurowicz (1788–1878), Rozalia Kochanowska (1799–1879), Alfred Stawczan Kochanowski (1815–1883), Ignacy baron Kapri (1878–1890) i Jan baron Kapri (1845–1896). Ciekawy grobowiec, fascynująca historia rodu, imiona, nazwiska, tytuły, które samym brzmieniem budzą nutę nostalgii za minionym, dobrym światem.
Bukowińska Wieża BabelMijamy kolejną aleję kamiennego wojska. Niemal każda tablica nagrobna, prawie każda wygrawerowana płyta to wspaniała historia zamkniętej księgi dziejów tej ziemi. Obok sporej kaplicy poruszająca, wykonana z piaskowca, płaskorzeźba Ukrzyżowanego. „Es ist Vollbracht” głosi napis, a obok: „dr Eugen Zubrzycki”, „Ritter v. Wieniawa”, „R. R. Hofrat und Finanz Prokurator 1840–1912”, „Josefine Zubrzycki”, von Wieniawa, „geb. Novotny 1860–1937, urne”. Pod spodem po polsku: „Fryderyk, Maria – Zubrzycki”, ona zmarła w roku 1970. Korzenie tych zapisów sięgają jeszcze połowy XIX wieku, nie wiemy, skąd przywędrowała na Bukowinę rodzina Zubrzyckich. Potem długa epoka Franciszka Józefa, stąd język niemiecki i austriacka nomenklatura urzędnicza, pojawiające się też elementy czeskie, wreszcie lata powojenne – powrót do języka polskiego, choć przecież czasy władzy sowieckiej na Ukrainie wcale takiemu wyborowi nie sprzyjały. Szereg nazwisk, niczym współczesna książka telefoniczna miasta i regionu – wszystko to utrwalone w kamieniu, więc bardziej trwałe, może wieczne, bardziej niż ludzki żywot, ba – epoka, może wiek cały albo i tysiąclecie. Wspaniały wykład antroponomastyki: tutaj powinno przyprowadzać się studentów językoznawstwa, historii, historii sztuki, regionalistów wspartych mędrcami, którzy posługując się szkiełkiem i okiem, będą potrafili nazwać to przeogromne bogactwo. Tuż przy wejściu do cmentarza okazała kwatera czerniowieckich proboszczów katolickich. Są tu pochowani księża: Franciszek Krajewski (1910–1990) i Józef Jędrzejewski (1901–1970). Spoczywa tu także prałat Josef Schmid, protonotariusz, generalny wikariusz Bukowiny, żyjący w latach 1850–1921. Ponownie: różne epoki, różne życiorysy. Austriak Schmid odszedł do Boga, pożegnawszy dawny powersalski świat, na progu krótkiej epoki międzywojnia. Dwaj księża Polacy urodzili się tu, w Czerniowcach, i po studiach i święceniach kapłańskich w Polsce powrócili na ojcowiznę, żeby podtrzymywać w wierze rodaków. Los sprawił, że podtrzymywali wszystkich katolików, bez względu na narodowość, przeszło czterdzieści lat jeżdżąc po całej Bukowinie z dobrym słowem. Przez ponad dekadę ksiądz Krajewski nie mógł pracować jako kapłan – był w tym czasie stróżem nocnym w jednej z fabryk, swoje duszpasterskie funkcje sprawował potajemnie. Na kolejnym nagrobku napis cyrylicą. To nazwisko zasłużonego dla Ukraińców i grekokatolików. Julian Sembratowicz, honorowy obywatel, radca Konsystorza Metropolitalnego Lwowskiego, proboszcz czerniowiecki, dziekan bukowiński, zmarł 4 marca 1884 roku. Byli w tej rodzinie także biskupi uniccy i duchowieństwo związane z Łemkowszczyzną. Ciekawe, jak w drugiej połowie XIX wieku funkcjonowali w Czerniowcach grekokatolicy, będący tutaj w zdecydowanej mniejszości, nie tyle narodowej, ile raczej religijnej, wobec zdecydowanej większości prawosławnej, rzymskokatolickiej, żydowskiej. Idziemy dalej kamienną aleją. Rodzina Glazerów: Karol, Emilia, Francziszka (tak w oryginale), Leon. Cztery fotografie, doskonale zachowane. Najstarszy, Karol, w mundurze austriackiego oficera, zginął być może podczas I wojny światowej, najmłodszy, Leon – zapewne syn Karola – zmarł w czasie II wojny światowej. Kolejny nagrobek częściowo po łacinie, częściowo po polsku. „Ego sum Resurrectis” – to w odniesieniu do pięknej płaskorzeźby zmartwychwstałego Chrystusa wskazującego na stojący obok krzyż. Poniżej napis: „Tu spoczywają zwłoki śp. Łazara Michałowicza, umarł 1 stycznia 1840 r.”. Ten piękny pomnik ma sto sześćdziesiąt dziewięć lat, a wygląda, jakby był postawiony wczoraj. To raczej nie zasługa rodziny zmarłego, raczej którejś z fundacji zajmujących się odnawianiem starych cmentarzy pogranicza. Pochowano tu Łazarza, czy i ten zmartwychwstał? Niektóre rzeźby nagrobne to prawdziwe dzieła sztuki. Płaskorzeźba przedstawiająca Ukrzyżowanego, w koronie cierniowej, tuż po śmierci; figura Michała Archanioła z płonącym mieczem, pod jego stopami głowa zwyciężonego szatana, którego długie, okropne szpony zastygły w bezruchu na cokole pomnika. Pod archaniołem cyrylicą napisano: „Michajło Tokarik,…