Subskrybuj
Publicysta katolicki, wieloletni redaktor „Znaku”, były prezes Klubu Chrześcijan i Żydów „Przymierze”.

Między wzniosłością a wykluczeniem

Podczas żałoby narodowej, kiedy tylko czułem, że media swoim nachalnym przesłaniem mnie zatruwają, rezygnowałem z nich. Zaś u tych moich pacjentów, którzy hipnotycznie zastygali w fotelu przed telewizorem, następował proces jakiejś ich wewnętrznej dewastacji.

Panie Profesorze, co się z nami działo w ciągu ostatnich trzech tygodni, jakie mijają właśnie od katastrofy pod Smoleńskiem? Pytamy Pana jako lekarza, terapeutę…

Trudno tu o jednoznaczność. Każdy przeżywał ten okres inaczej – i byłoby rzeczą ryzykowną czynić podmiotem tej sytuacji całe społeczeństwo. Łatwiej byłoby spojrzeć na to wszystko z perspektywy żałoby jednostkowej. I tak: pierwszą i najgłębszą reakcją było swego rodzaju porażenie informacją o katastrofie – niedowierzanie, trwoga i osłupienie, które to przeżycia były udziałem wszystkich. Potem nastał czas szczególnie prawdziwy i ważny: autentyczna osobista żałoba, rozpacz bądź smutek – w zależności od „emocjonalnej odległości” pomiędzy nami a ofiarami. Czuliśmy stratę, podobnie jak wtedy, kiedy tracimy kogoś bliskiego. Wprawdzie nie zawsze lubiliśmy tych, których zginęli, były to jednak osoby nam bliskie – w takim sensie, w jakim bliscy są nam ci, którzy codziennie goszczą na ekranach telewizorów w naszych domach. Tak często bywali z nami, że nawet ci, których nie interesuje polityka, poczuli, że odszedł ktoś dla nich ważny.

Jeszcze później, w czasie oficjalnej żałoby narodowej, rozpoczął się bardziej złożony proces, w którym istotną rolę odgrywał już wątek horyzontalny: oto stoję w grupie jako jedna z tysięcy osób, które zapalają świeczkę pod Pałacem Prezydenckim. Dla jednych było to głębokie przeżycie egzystencjalne, czasem wręcz transcendentne: smoleńska katastrofa kazała im w skupieniu i samotności myśleć o kruchości życia albo o rozpaczy, którą odczuwali, tracąc kogoś bliskiego. Dla innych ważniejszy był sam motyw bycia razem, często nawet nieuświadomione poczucie społecznej jedności jako cząstki bezimiennego tłumu. W żałobie ulgę przynosi zwykle uczucie wzniosłości – i ono się właśnie w tym momencie pojawiało. Jeszcze inni próbowali się dystansować do swych uczuć.

Jednak niezależnie od charakteru przeżyć i sposobu ich wyrażania pozostaje fundamentalne pytanie: czy dajemy innym prawo do wyboru własnej drogi, czy też uważamy, że sposób przeżywania czasu żałoby jest zarazem świadectwem moralności i patriotyzmu? Jeśli czyjeś przeżycia były inne niż moje, to czy mam prawo mu zarzucać, że na przykład nie dość głęboko cierpi albo nie dość wyraźnie to cierpienie ujawnia? Nawet teraz czuję pewien niepokój, czy przypadkiem nie naruszam jakiegoś tabu, czy nie znajdzie się ktoś, kto po przeczytaniu tych słów powie, że nie jestem „prawdziwym Polakiem”. Pytanie o to, kto zasługuje, a kto nie zasługuje na to miano, wprowadza bardzo niebezpieczny społecznie dyskurs wykluczenia. A właśnie wykluczenie stało się chyba tym ostatnim etapem obiegu emocji po smoleńskiej katastrofie: tym, którzy zapalili świeczki na Krakowskim Przedmieściu, groził odruch lekceważenia ze strony tych, którzy tego nie zrobili. Ci, którzy nie dołączyli do wielotysięcznego tłumu, byli narażeni na zarzut, że nie są dość wrażliwi i patriotyczni.

Osoby występujące w filmie Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego Solidarni 2010, nie miały wątpliwości, że tam, pod Pałacem Prezydenckim, powtórzyło się to, co wydarzyło się w trakcie pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski albo w sierpniu 1980 roku: Polska jest tutaj.

Po ogłoszeniu decyzji o pochówku prezydenta na Wawelu odbywały się w Krakowie dwie równoległe demonstracje. Najpierw pod kurią gromadzili się przeciwnicy tej decyzji, a wkrótce potem dołączali do nich jej zwolennicy, którzy przyszli na Franciszkańską spod kościoła Dominikanów. Poruszyło mnie, że ta druga grupa – po odśpiewaniu hymnu narodowego i odmówieniu modlitwy „Zdrowaś Mario” – zaczęła skandować: „Polska jest tutaj”, wskazując na siebie. W ten sposób spór o Wawel zasłonił, „przetrącił” społeczną żałobę. Doszło do przekroczenia pewnej granicy, która powinna pozostać uszanowana.

Jestem uwrażliwiony na ksenofobiczny i nacjonalistyczny wymiar takich sytuacji i kiedy zdałem sobie sprawę, że ludzie, którzy skandują: „Polska jest tutaj”, przyszli spod szczególnie mi bliskiego kościoła ojców Dominikanów, przestraszyłem się. Pomyślałem: jeśli takie rzeczy mogą krzyczeć ludzie spod Dominikanów, to czego mogę się spodziewać po cynicznych politykach lub dziennikarzach szukających sensacji?

Do filmu Solidarni 2010 jeszcze wrócimy. Teraz jednak spróbujmy dalej analizować sytuację po katastrofie. Ważnym elementem tego okresu był lęk o stan i przyszłość polskiego państwa. Pojawiały się w związku z tym rozmaite teorie spiskowe…

Jest czymś zupełnie naturalnym, że jeśli coś nas porusza emocjonalnie, nie wytrzymujemy zbyt długo na poziomie zagadki. Zaczynamy pytać, dlaczego rozbił się samolot prezydencki? I przyjmujemy różne teorie – w zależności od tego, co nam podpowiadają nasze uprzedzenia. Jedni powiedzą zatem, że mieliśmy do czynienia z zamachem na naszą niepodległość, drudzy – że któryś z pasażerów (w domyśle: prezydent) wymusił na załodze decyzję o lądowaniu. Jako psychiatra rozumiem ów mechanizm, dzięki któremu rodzą się takie teorie, jednak jako obywatel – głęboko nad tym boleję.

Mając to wszystko na uwadze, od początku uważałem, że im szybciej uda się wyjaśnić przyczynę katastrofy pod Smoleńskiem, tym lepiej. Teraz już nie wierzę, że oficjalna wersja zostanie przyjęta przez wszystkich. Zbyt długo uprzedzenia rządziły naszymi umysłami.

Ten mechanizm pojawiania się teorii spiskowych pokazuje, jak głęboko podzielone jest nasze społeczeństwo. Odsłoniła to zwłaszcza wspomniana już przez Pana decyzja o pochówku pary prezydenckiej na Wawelu.

Jeden z moich pacjentów – osoba skądinąd emocjonalnie dojrzała – powiedział mi w tym kontekście, że poczuł się „zgwałcony”; jego uczucia zostały nadużyte i wprzęgnięte do czegoś, z czym on żadną miarą by się nie zgodził. Inny z kolei czuł podniosłość chwili i był głęboko przekonany o słuszności decyzji o miejscu pochówku. To pokazuje skalę emocji, z jakimi mamy tutaj do czynienia.

Żałobę trzeba zawsze dokończyć. Nie powinno się jej przerywać. Trudno nam oprzeć się wrażeniu, że ta żałoba – mimo iż oficjalnie trwała bardzo długo – została jednak przerwana, niedokończona, właśnie nadużyta…

W moim przekonaniu przerwała ją właśnie owa decyzja o pochówku na Wawelu, podjęta pod osłoną żałoby. W dodatku nie wierzę, by ci, którzy tę decyzję podjęli, nie wiedzieli, iż jest to decyzja skrajnie polityczna. Potem zaś nastąpiło przerzucanie odpowiedzialności: o naruszenie żałoby oskarżono tych, którzy przeciwko temu naruszeniu właśnie zaprotestowali. Bo co do tego jestem przekonany: ludziom, którzy przyszli pod kurię (przynajmniej większości z nich), nie chodziło wcale o ocenę prezydentury Lecha Kaczyńskiego, ale o protest przeciwko nadużyciu żałoby narodowej.

Krytykom idei pochowania prezydenta na Wawelu mówiono, że to nie jest właściwy czas na taką dyskusję. Czy w nowoczesnym społeczeństwie są sprawy, które można w ten sposób odkładać na później?

W tej całej „awanturze o Wawel” widzę również pewne dobre strony: to na przykład, że jako społeczeństwo musieliśmy się skonfrontować z ważnymi pytaniami: Co symbolizuje Wawel? Czym jest dla mnie patriotyzm? Do kogo powinna należeć decyzja w sprawie „wyniesienia na Wawel”? Dostaliśmy więc do rozwiązania problem – i musieliśmy go rozwiązywać. Bo to była sprawa, która zmuszała do opowiedzenia się po jednej ze stron, do znalezienia osobistej odpowiedzi. A dla społeczeństwa jest dobrze, gdy ludzie mają własne zdanie: nawet jeśli będzie ono w mniejszości i nie zostanie uszanowane, to i tak dzięki temu rozwinie się nasza świadomość i pogłębi nasza tożsamość. Powiedziałbym nawet, że wierzę w sens kłótni pod warunkiem, że nie osiąga ona poziomu wrogości ani bezmyślnego ranienia innych. To tak jak w rodzinie, gdzie kłótnie są higieniczne, potrzebne. Natomiast rzeczywistość pomalowana z wierzchu, polakierowana, jest zwykle zapowiedzią przyszłych problemów.

No właśnie. W tych dniach z ust polityków i dziennikarzy rozlegało się nawoływanie do jedności. Czy, Pańskim zdaniem, było ono uzasadnione? Wydaje się nam, że ta jedność była jednak dość iluzoryczna…

Dobra jest jedność, która odnosi się do Dekalogu. Pożyteczna jest jedność wokół pewnych uniwersalnych wartości. Natomiast im bliżej pytań o projekt i kształt państwa, tym bardziej owa postulowana jedność jest groźna, bo niesie ze sobą pokusę totalitaryzmu. Boję się tych, którzy nawołując do jedności, mają na myśli jedność według własnego pomysłu. No, bo co zrobić z tymi, który mają inny pomysł na Polskę?

Kwestię jedności można też rozpatrywać z punktu widzenia terapeuty rodzinnego. Kiedy do mojego gabinetu przychodzi skonfliktowana rodzina, jej członkowie na ogół przedstawiają problem w taki sposób, że ktoś jeden ma rację, a inni jej nie mają. I że należy zwalczać tego, kto racji nie ma. Terapia polega wówczas na dążeniu, żeby uznać istnienie różnych obrazów danej sytuacji, a członków rodziny zachęcać nie do wzajemnego zwalczania się, lecz do zaciekawiania się tą wielością perspektyw.

Czas po 10 kwietnia przeżywaliśmy zupełnie inaczej, niż działoby się to jeszcze 25–30 lat temu – głównie dzięki mediom. Jak Pan ocenia ich funkcjonowanie w tym okresie? Czy nie odnosi Pan wrażenia, że media, jako takie, nie potrafią poradzić sobie z tym, co się wydarzyło?

Być może media są bezradne, ponieważ nie nadają na tych falach, które by docierały do tego, co głębokie i metafizyczne. Śmierć i cierpienie to wydarzenia krańcowe, które ostatecznie nie poddają się mediom: mogą być albo zupełnie przemilczane, albo zamienione w kicz. W takich chwilach najlepsza byłaby cisza. Ale media nie mogą być ciche – musiałyby „zanieistnieć”!

Generalnie rzecz biorąc, mam złe zdanie na temat mediów. Według mnie, przy całym respekcie dla idei wolności, na straży której stoją dziennikarze, system medialny jest oparty na zysku i jako taki ma niewielkie możliwości działania dla głębiej rozumianego dobra społecznego. Niestety, stopień, w jakim media organizują naszą wyobraźnię i psychikę, jest zatrważająco wysoki. Mówi się, że władza absolutna deprawuje absolutnie – otóż myślę, że tak się właśnie dzieje z mediami i z dziennikarzami.

Oni odpowiedzieliby na to, że pokazują to, czego oczekują od nich odbiorcy.

I mówiąc to, sami zrezygnowaliby z funkcji opiniotwórczej. Oczywiście, nie chcę uogólniać; wiem: zdarzają się chlubne wyjątki. Jednak – w ramach dbania o higienę – w okresie żałoby narodowej, kiedy tylko czułem, że media swoim nachalnym przesłaniem mnie zatruwają, rezygnowałem z nich. Zaś u tych moich pacjentów, którzy nie rezygnowali, tylko hipnotycznie zastygali w fotelu przed telewizorem, następował proces jakiejś ich wewnętrznej dewastacji. Oni byli w tej żałobie tak żałobni, że stała się ona dla nich rodzajem narkotyku. Mówiliśmy już o tym, że żałoby nie wolno przerywać, ale jest także inne niebezpieczeństwo: jej zewnętrzne przedłużanie. Wówczas grozi nam zbanalizowanie żałoby. Media wpadły w tę pułapkę. To, co w pierwszym momencie było stwarzaniem warunków do przeżywania żałoby, płynnie przechodziło w coś, co można uznać za jej nadużywanie.

Obserwowaliśmy to dość dokładnie: media biły w patriotyczno-żałobny bębenek i nie podawały właściwie żadnych wiadomości poza tym,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Mistyka nadwiślańska