Subskrybuj
Historyk i publicysta, polityk, b. działacz opozycji demokratycznej, minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

Coś się zmieniło

Gdy czytelnicy sięgną po ten zeszyt „Znaku”, będzie już wiadomo, kto został prezydentem RP. W chwili, w której piszę ten komentarz, przypuszczam, że zostanie nim Bronisław Komorowski, ale do pierwszej tury wyborów pozostały jeszcze trzy tygodnie – te zaś mogą przynieść nowe fakty i wydarzenia modyfikujące przedwyborczy układ sił. Wydaje się jednak, że już teraz można postawić pewne tezy dotyczące nie tylko kampanii prezydenckiej, ale – szerzej – życia politycznego w Polsce.

Kiedy po tragedii smoleńskiej pisałem komentarz do majowego numeru miesięcznika, wyrażałem nadzieję, że może ona wpłynąć na zmianę obyczajów politycznych i obniżenie temperatury konfliktów partyjnych oraz wymusić nastrój powagi. Te nadzieje w znacznej mierze się teraz sprawdzają. Jak dotąd, mało jest w kampanii prezydenckiej nieczysto wyprowadzanych ciosów i agresywnych zachowań wobec politycznych konkurentów. Czuje się wyraźnie, że ta kampania odbywa się w cieniu narodowego dramatu. W przestrzeni publicznej znacznie mniej jest miejsca nie tylko dla politycznej brutalności, ale także dla błazenady. Większość mediów stara się to uszanować. Z sił politycznych największą metamorfozę przeszedł PiS i jego kandydat na prezydenta. Niedawno w Zakopanem Jarosław Kaczyński zapowiedział, że będzie dążył do zakończenia wojny polsko-polskiej. Wielu komentatorów politycznych sądzi, że ta przemiana lidera PiS-u to jedynie posunięcie taktyczne, wynikające z chęci pozyskania umiarkowanych i wahających się wyborców. Tygodniki opinii podejmują analizy, czy możliwa jest osobowościowa przemiana ponad sześćdziesięcioletniego – bardzo wyrazistego dotąd – polityka. Kiedy jestem o to pytany, uchylam się od odpowiedzi. Nie dlatego, abym nie miał w ten sprawie własnych przypuszczeń. Uważam jednak za niestosowne spekulowanie na temat tego, co może się dziać w duszy tak ciężko doświadczonego człowieka. Dla mnie ważne jest coś innego. Jarosław Kaczyński, co prawda, nie wyparł się wprost koncepcji IV Rzeczypospolitej, ale mówi teraz o potrzebie narodowego pojednania, tolerancji dla innych poglądów i wspólnej pracy dla Polski. Na „twarze” swojej kampanii wybrał osoby umiarkowane i robiące dobre wrażenie. Te słowa i czyny ważą. Jeśli były tylko wyborczym posunięciem, nie tak łatwo będzie się z nich wycofać. Wiadomo, że istnieje część elektoratu PiS-u, która wolałaby konfrontacyjny, dobrze znany z przeszłości język swego lidera. Przemawiają do nich komentatorzy polityczni Radia Maryja oraz część publicystów i dziennikarzy sympatyzujących z ideą IV RP. Jednak obecnie to przede wszystkim oni mają problem. Dla Polski zaś jest bezwzględnie lepiej, że najsilniejsze ugrupowanie opozycyjne zrezygnowało z wojennej retoryki i podjęło rywalizację z PO o samodzielnie myślących i umiarkowanych wyborców. Oby trwale. Nie tęsknię bowiem za stylem kampanii parlamentarnej z 2007 roku. Jest także inna zauważalna zmiana. Do roku 2005 zasadniczy podział polityczny w Polsce przebiegał pomiędzy silami wywodzącymi się z opozycji demokratycznej i ruchu „Solidarność” a lewicą o peerelowskim rodowodzie. Głębokość konfliktu pomiędzy PO i PiS-em, egzotyczne sojusze zawierane przez PiS w okresie sprawowania przezeń władzy, a także rozmiary przegranej postkomunistycznej lewicy w wyborach parlamentarnych 2005 i 2007 roku spowodowały zatarcie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Radykalna ortodoksja. Szansa dla teologii czy powrót do średniowiecza?