Subskrybuj

Walczę z żywymi o prawa martwych

To, co robię w Bośni, to dla mnie nie praca, to misja. Cały dzień spędzam z martwymi, a po pracy po prostu brakuje mi sił i ochoty, żeby nawiązywać znajomości i przyjaźnie. Człowiek jest samotny, często, paradoksalnie, największe wsparcie psychiczne dostaje właśnie ze strony rodzin ofiar.

Urodzona w 1946 roku we Wrocławiu, antropolog, członek Amerykańskiej Akademii Nauk Sądowych. Tuż przed stanem wojennym wraz z mężem wyemigrowała do Islandii. Jedna z najwybitniejszych przedstawicielek antropologii sądowej na świecie. Od zakończenia wojny w Bośni i Hercegowinie pracuje przy ekshumacji i identyfikacji jej ofiar – na zlecenie, między innymi, Międzynarodowego Trybunału ds. Zbrodni Wojennych w Byłej Jugosławii z siedzibą w Hadze, International Commission on Missing Persons (ICMP), najpierw Bośniackiej, a potem Federacyjnej Komisji ds. Poszukiwania Zaginionych. Honorowa obywatelka Bośni i Hercegowiny, zgłoszona do pokojowej Nagrody Nobla. Bohaterka książki reportażu Wojciecha Tochmana Jakbyś kamień jadła. Skromna, szczupła, energiczna i uśmiechnięta – jej postać rozpoznaje każdy Bośniak, czy to w Sarajewie, czy w Tuzli, Visoko, Srebrenicy, Sanskim Moście czy Mostarze. Płynnie mówi po polsku, angielsku, islandzku i bośniacku, często nieświadomie zmieniając języki podczas dyskusji. Ewa Klonowski od piętnastu lat walczy o to, by odkopane i rozproszone szczątki pomordowanych w Bośni i Hercegowinie połączyć z pogrążonymi w smutku rodzinami ofiar. Kobieta symbol poświęcenia, oddania i zaangażowania w walkę o prawa tych, którzy sami walczyć nie mogą: prawa zamordowanych.

*

Skąd w Pani życiu wziął się w ogóle pomysł, by zająć się antropologią i jakie są źródła wręcz fascynacji kośćmi, która wiele lat później doprowadziła do Pani zaangażowania w Bośni i Hercegowinie?

Pamiętam, że jeszcze w liceum fascynowałam się archeologią śródziemnomorską. Jednak w tamtych czasach archeologii nie można było studiować w moim rodzinnym Wrocławiu, a jako „dziewczynka z dobrego domu” nie mogłam nawet myśleć o wyjeździe na uczelnię do innego miasta. Wybrałam więc antropologię jako najbliższą mojej ówczesnej pasji. Tuż przed rozpoczęciem studiów poznałam moją pierwszą wielką miłość: chłopca, który był wtedy na szóstym roku medycyny. Wiedział, że jako przyszła antropolożka będę musiała zaliczyć na studiach anatomię człowieka, podarował mi więc oryginalny, romantyczny prezent: męską czaszkę. Ustawiłam ją w moim małym pokoiku. Po jakimś czasie dołączyła do niej druga, a potem jeszcze inne; pamiętam, że zawsze miałam w pokoju jakieś kości; było to dla mnie tak naturalne jak to, że człowiek trzyma na półkach książki.

Kiedy studiowałam, a także kiedy zaczynałam pracę, metody antropologiczne nie były jeszcze zbyt skomplikowane. Tak naprawdę, antropologia sądowa (ang. forensic anthropology) zaczęła się rozwijać dopiero na przełomie lat 70. i 80. w Stanach Zjednoczonych. Stało się tak w konsekwencji wzrostu przestępczości: coraz częściej znajdywano szczątki ludzkie, których nie można było zidentyfikować. Tamtejsi naukowcy stworzyli nowe metody badawcze, które po pewnym czasie przyjęły się na całym świecie, a takich jak ja – którzy badają kości ofiar przestępstw, a podczas analizy przypadków kryminalnych stosują metody antropologiczne – zaczęto określać mianem antropologów medycyny sądowej.

Jak doszło od Pani nieplanowanej przeprowadzki do Rejkiawiku?

Na chwilę przed ogłoszeniem stanu wojennego wyjechaliśmy do Austrii na narty. Po zamknięciu granic nie zdecydowaliśmy się na powrót – nie chciałam wracać do takiej Polski. Islandia zgodziła się wtedy przyjąć grupę polskich emigrantów, przede wszystkim z wykształceniem rolniczym i medycznym. Mój mąż skończył akademię rolniczą, więc ze znalezieniem pracy dla niego nie było problemu.

Antropologia zajmuje się człowiekiem zdrowym, bada, jak wygląda i jak się zmienia w czasie i przestrzeni – jest więc związana z medycyną.

W Islandii okazało się, że osoby przeprowadzające ze mną wywiad w sprawie pracy nie miały o tym najmniejszego pojęcia! Tam istniała przede wszystkim antropologia społeczna. Pracy dla mnie nie było. Dopiero po pewnym czasie zatrudniono mnie w zakładzie medycyny sądowej przy Szpitalu Uniwersyteckim w Rejkiawiku. Przez pierwszy okres koncentrowałam się wyłącznie na pracy i zorganizowaniu nowego życia na emigracji, jednak po kilku latach wróciło zainteresowanie nauką.

Szczerze mówiąc, już w Polsce sama antropologia trochę mi się znudziła, coraz bardziej postrzegałam ją jako „sztukę dla sztuki”. Potem jednak wiele się zmieniło: Amerykanie wprowadzili nowe metody oceny wieku, wysokości ciała, płci… Zaczęłam się ponownie uczyć, jeździć na konferencje, a w połowie lat 90. dostałam stypendium Fulbrighta. Wiedziałam, że zdobytą wiedzę powinnam wykorzystać praktycznie, badając przypadki współczesne, nie zaś te odkopane przez archeologów. Właśnie w tym samym czasie w Bośni i Hercegowinie skończyła się wojna…

Zaczęła Pani wtedy zbierać materiał dowodowy na zlecenie Międzynarodowego Trybunału ds. Zbrodni Wojennych w Byłej Jugosławii. Jak wspomina Pani tamten okres? Czym różniła się praca dla Trybunału od późniejszych zadań wykonywanych na rzecz innych instytucji?

Wkrótce po zakończeniu walk Trybunał zakontraktował bostońską organizację Physicians for Human Rights, która miała przygotować grupę specjalistów pracujących przy ekshumacjach i zbieraniu materiału dowodowego. Amerykanie zadzwonili do mnie i już parę tygodni późnej znalazłam się w Bośni. Chciałam tam jechać, chciałam pomóc. Wcześniej, w czasie wojny, jako jednostka nic nie mogłam zrobić, wtedy natomiast – już tak.

Dla Trybunału pracowałam przez kilka miesięcy, od lata do listopada 1996 roku. W Bośni działały wtedy dwie ekipy: jedna w terenie, przy ekshumacjach, druga zaś w kostnicy, gdzie przeprowadzane były sekcje. Udało się nam zidentyfikować – my mówimy: „opracować” – szczątki z czterech masowych grobów ofiar masakry w rejonie Srebrenicy. Pierwszy z nich, we wsi Cerska, zawierał wyłącznie kości. Znajdował się przy samej drodze, ciała leżały na zboczu, były przykryte zaledwie cienką warstwą żwirkowatego piasku – i szybko się rozłożyły. To były moje pierwsze kości w Bośni: chłopcy i mężczyźni, w wieku od 14 do 80 lat. Drugi grób to Nova Kasaba: tam szczątki leżały w typowej dla Bośni glinianej ziemi – prawie nierozłożone. Musieliśmy zebrać fakty i udokumentować, dlaczego i w jaki sposób dana osoba zginęła. Przeglądaliśmy wszystko, żeby znaleźć przyczynę śmierci. Niektóre ciała miały w sobie ponad 20 kul, w jednym doliczyliśmy się aż 36 kul. Moim zadaniem było określenie płci zamordowanego, oszacowanie wieku, wysokości ciała oraz opisanie wszystkich cech widocznych na kościach, które mogły być pomocne w późniejszej identyfikacji: starych złamań, stanu uzębienia itd.

W moim idealizmie nie przyszło mi do głowy, że Trybunał nie zajmuje się identyfikacją zamordowanych, ale zbieraniem dowodów zbrodni. Zajęcie było szalenie ciekawe, męczyła mnie jednak świadomość, że przeglądamy ludzkie szczątki, nie robimy zaś nic, żeby rozpocząć lub ułatwić proces ich identyfikacji. Wtedy, w niecały rok po zakończeniu wojny, część ciał – z racji specyficznych warunków w niektórych grobach – była jeszcze całkiem świeża.

Pracowaliśmy w miasteczku Kalesija, w pustych halach fabryki tekstyliów. Przez całą szerokość budynku ciągnął się długi korytarz. Codziennie rano, przed rozpoczęciem pracy, wyciągaliśmy z kontenerów-chłodni torby ze szczątkami ludzkimi, tak zwane „body bags”, i otwieraliśmy je na chwilę, by ten koszmarny zapach ciał choć trochę się ulotnił. Czasami patrzyłam na te ciała, miały jeszcze kompletne twarze. Idealistycznie myślałam, że gdybym znała tych chłopców i mężczyzn, na pewno potrafiłabym ich rozpoznać. Zaczynaliśmy od fluoroskopii, za pomocą której szukaliśmy metalu, by lekarze wiedzieli, gdzie otwierać ciała i szukać kul. Potem zwłoki były przenoszone na stół, gdzie ściągano i opisywano odzież. Otwierałam ciała, wybierałam kości, na podstawie których miałam określić wiek, płeć i inne cechy ofiar. Kości trzeba było wygotować, by pozbyć się dodatkowych tkanek, czasami oskrobać.

Często, kiedy ściągaliśmy ubrania, znajdowaliśmy a to zdjęcie, a to dokumenty, a to inne osobiste przedmioty: pierścionki, pieniądze. Z tą wiedzą nic nie robiliśmy. Trybunał nie miał czasu, możliwości, potrzeby ani nawet ochoty, by informować rodziny ofiar, organizować natychmiastową identyfikację. Byłam tym rozczarowana. Przyjechałam, żeby pomóc, a tylko zbierałam dowody.

Pamiętam zdarzenie, które mnie załamało. Fabryka stała kilka metrów od drogi, otoczona płotem. Ze względu na okropny zapach pracowaliśmy przy otwartych drzwiach. Kości myliśmy i oglądaliśmy na zewnątrz, suszyliśmy na słońcu, również część odzieży przeglądaliśmy przed halą. Któregoś dnia zobaczyłam, że zza płotu obserwuje nas grupa kobiet, typowych bośniackich wieśniaczek. Liczyły na to, że rozpoznają męża, syna, a może ojca. Było to dla mnie bardzo przykre; wiedziałam, że nie mogę pomóc ani nawet z nimi porozmawiać. W końcu jeden z młodych Amerykanów, którzy nam pomagali, wybiegł z hali i z wielkim niezadowoleniem krzycząc „a sio!”, przepędził te kobiety. Następnego dnia, kiedy przyjechaliśmy rano do Kalesii, na części płotu oddzielającego fabrykę od ulicy i parkingu zawieszone były płachty, już nic nie można było zobaczyć z zewnątrz. Nie chciałam tak dłużej pracować.

Jasna szuka swoich dzieci

Wielokrotnie powtarzała Pani, że pracuje wyłącznie dla Boszniaków (których wcześniej nazywano również bośniackimi Muzułmanami – w odróżnieniu od Bośniaków, czyli wszystkich obywateli kraju, niezależnie od narodowości) – nie zaś dla Trybunału, Serbów czy Chorwatów. Czym podyktowane były te słowa?

Przed wojną byłam w Jugosławii tylko raz – w 1975 roku, przejazdem, w Lublanie. Rozpad tego kraju śledziliśmy w prasie i mediach. Pierwsza była Chorwacja: pamiętam kadry z ostrzelanego Dubrownika, człowiek myślał ze zgorszeniem, jak ci Serbowie tak mogą, to przecież takie piękne miasto. Kiedy wiosną 1992 roku zaczęła się wojna w Bośni, duże wrażenie zrobił na mnie widok kompletnie zniszczonych domów, uchodźców z tobołkami na wozach, całych rodzin z przerażająco smutnym i niepewnym wyrazem twarzy. Zawsze z obrzydzeniem patrzyłam na wystąpienia telewizyjne Radovana Karadżicia, denerwowała mnie jego pewność siebie i sposób, w jaki mówił. Pamiętam, jak w lutym 1994 roku, po tragedii na targu Markale w Sarajewie, kiedy wystrzelony przez bośniackich Serbów pocisk z moździerza zabił 144 osoby, ubrany w garnitur Karadżić, w uczesanych, gęstych lokach, sprawną angielszczyzną objaśniał, jak to Muzułmanie sami na siebie zrzucają bomby, obarczając winą Serbów. Dla kontrastu pokazywano też zmęczoną twarz pierwszego prezydenta Bośni i Hercegowiny Alii Izetbegovicia, który o wiele mniej elokwentnie mówił o zbrodni serbskiej. Solidaryzowałam się ze zrezygnowanym, ale bardziej prawdziwym Izetbegoviciem.

Pamiętam, jak przed upadkiem Srebrenicy w lipcu 1995 roku moje dzieci wyjechały na wakacje i zostałam sama w domu. Trzymałam kciuki za Boszniaków, żeby się obronili. Oczywiście, wtedy nie wiedziałam, co się tam naprawdę dzieje. Nie przyszło mi na myśl, że nie mieli się jak bronić. Po jakimś czasie pojawiły się pierwsze informacje o znalezionych masowych grobach z ciałami obrońców miasta. Dla mnie wojna w Bośni zawsze była tragedią, która dotknęła przede wszystkim Boszniaków. Podczas pracy na rzecz International Commission on Missing Persons oraz dla Bośniackiej Komisji ds. Poszukiwania Zaginionych spotykałam się z przedstawicielami wszystkich trzech stron konfliktu. Zarówno wtedy, jak i teraz bośniaccy Serbowie nie mieli i nie mają ani woli, ani siły politycznej, by przyznać się do popełnionych zbrodni. Szczególnie na początku nie mogłam się z tym pogodzić. Wytworzyło to we mnie niechęć do pracowania ze stroną serbską. Z kolei Chorwaci, niestety, zawsze wydawali mi się dwulicowi: głośno mówili o swoich ofiarach i cierpieniach, jednak milczeniem pomijali fakt, że oni również w pewnym momencie wojny zaatakowali Boszniaków.

Z rodzinami ofiar wojny w Bośni spotykała się Pani przez lata. Dzięki takiej postawie – pełnej współczucia i zrozumienia – Boszniacy Panią pokochali. W książce Jakbyś kamień jadła Wojciech Tochman opisał specyficzną więź, która zawiązała się pomiędzy Panią a Boszniaczkami takimi jak Mejra Dautović, której córki i syna ciała udało się Pani odnaleźć i zidentyfikować. Pełna poświęcenia sprawdzała Pani każdy ślad, by pomóc Jasnie Ploskić z Hercegowiny, gwałconej i męczonej w czasie wojny, odnaleźć dwójkę zaginionych dzieci. W jaki sposób wpływa na Panią kontakt ze zranionymi i pełnymi bólu kobietami?Z Mejrą wciąż utrzymuję kontakt, można to nazwać pewnego rodzaju przyjaźnią. Ale wobec matek i kobiet, które straciły najbliższych, często nie wiem, jak powinnam się zachować. Kiedy wyciągam kości, a potem pracuję nad ich identyfikacją, to jakoś to przechodzi, nie zastanawiam się nad tym – jest to w końcu moja praca. Ale potem przychodzą zupełnie niespodziewane momenty… Pierwszy moment refleksji nad tym zdarzył się chyba jesienią 1998 roku, pracowałam wtedy sama w ogromnej hali w Sanskim Moście. Złożyłam kości z kilku pojedynczych mogił i z kilku mniejszych, cztero- lub pięcioosobowych grobów. Szczególnie dobrze pamiętam kości pięciu mężczyzn, zamordowanych i wrzuconych do studni. Ich składanie było łatwe, ponieważ każdy z nich był inny: jeden bardzo młody, drugi starszy, a trzeci z kolei – bardzo wysoki. Dosyć szybko się z tym uporałam. Po kilkunastu dniach, rankiem, zobaczyłam w hali, że w moją stronę idzie młody mężczyzna, wyciąga rękę i mówi coś w stylu: „Thank you for helping in identification of my father, lady. Thank you, lady”. Ja się zupełnie zagubiłam, byłam bardzo wzruszona. Nie byłam przyzwyczajona, że ktoś mi dziękuje, w dodatku po angielsku. Rok później, chyba w kwietniu 1999 roku, już pod koniec identyfikacji w Sanskim Moście, pracowałam nad kośćmi z masowego grobu w jaskini Hrastova glavica. Pięć kobiet stało nad zidentyfikowanymi szczątkami, obejmowało się i cicho płakało. Przywołały mnie i objęły. Poczułam, że płaczę wraz z nimi. To…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Radykalna ortodoksja. Szansa dla teologii czy powrót do średniowiecza?