Subskrybuj

Nasza wrażliwa cywilizacja

Coraz mniej rozumiemy z otaczającego nas świata. Jak dziennikarze mogą wyjaśnić takie zjawiska jak powodzie, jeżeli nie opanowali znajomości jednostek miary? Jak można wyjaśnić sprawę ocieplenia globalnego, skoro większość ludzi nie wie, skąd się biorą pory roku?

Dominika Pycińska: Komunikacyjny paraliż Europy wskutek kwietniowego wybuchu wulkanu Eyjafjallajökull na Islandii był dla większości z nas całkowitym zaskoczeniem. Czy dla naukowca było w tym zdarzeniu coś nowego?

January Weiner: Niewątpliwie tak, ale bardziej z punktu widzenia socjologii niż nauk przyrodniczych, które reprezentuję. Doszło po prostu do kolejnej erupcji niewielkiego wulkanu – takie wybuchy stale się zdarzają. Wulkanolodzy znają mechanizm tego zjawiska, wiadomo również, że Islandia jest terenem wulkanicznym. Samo zjawisko nikogo więc nie dziwi.

Nowością był fakt, że erupcja sparaliżowała na pewien czas funkcjonowanie naszej cywilizacji. Uzależnienie człowieka od lotnictwa i określonych technologii sprawiło, że o skutkach wybuchu gazety informowały na pierwszych stronach. Okazało się, że cywilizacja jest wrażliwa na pewne banalne zjawiska przyrodnicze – czego wcześniej nie brano pod uwagę.

Przeprowadziłem kiedyś wśród studentów ankietę, w której zapytałem, jak rozumieją pojęcie „zagrożenia cywilizacyjne”. Wielu napisało, że są to zagrożenia, które człowiek stwarza dla przyrody. A to absurd: nasza cywilizacja nie jest w stanie zagrozić przyrodzie, która liczy sobie – jeśli mówimy o przyrodzie ożywionej – prawie cztery miliardy lat i przeszła wiele różnych zmian parametrów środowiska. Teraz rzeczywiście zmieniamy trochę kolejne parametry, ale w stosunku do tego, co w sposób naturalny działo się w historii przyrody, zmiany przez nas powodowane są niewielkie. Cywilizacji może jednak zaszkodzić sama cywilizacja. Cóż by nam islandzki wulkan zrobił, gdybyśmy nie dysponowali samolotami, wyposażonymi w silniki, na których funkcjonowanie ma akurat wpływ mineralne zapylenie atmosfery na określonej wysokości? Historia wielu cywilizacji jest pełna podobnych wydarzeń: zmiany w środowisku kładły kres cywilizacji (tak, jak wybuch wulkanu przyczynił się do upadku cywilizacji mykeńskiej), czasem ginęły na własne życzenie, śmiercią „samobójczą”. Bo cywilizacje są śmiertelne. A jeśli spojrzymy na erupcję Eyjafjallajökull pod kątem otaczającej wulkan przyrody, okaże się, że tylko w najbliższej okolicy mogło się wydarzyć coś nieprzyjemnego żyjącym tam organizmom – dalej już nie…

Podobnie jest z trzęsieniami ziemi. Są to zjawiska budzące grozę – przynajmniej od połowy XVIII wieku, kiedy ziemia zatrzęsła się w Lizbonie. Ówczesna hekatomba wstrząsnęła opinią publiczną; wydarzenie to tak przeraziło ludzi, że zajęli się nim nawet filozofowie! Co się jednak dzieje z punktu widzenia przyrody, gdy trzęsienie ziemi ma miejsce w niezaludnionym fragmencie globu? Otóż nie dzieje się nic… Gdzieniegdzie, na przykład w górach, mogą gwałtownie przyspieszyć procesy geomorfologiczne, jednak wszędzie indziej zmiany są ledwo dostrzegalne. Dopiero budowa przez człowieka ceglanych czy betonowych miast sprawia, że trzęsienie ziemi staje się katastrofą. W tym sensie współczesna cywilizacja sama na siebie „ściąga” pewne zagrożenia.

Jakie inne zjawiska, które na terenach zamieszkanych przez człowieka przynoszą mu szkodę, na obszarach wyludnionych są czymś zupełnie naturalnym i niewywołującym tak katastrofalnych następstw?

Mówimy tu o niewielkich zmianach w systemie planety. Bywają one uciążliwe, ale dla życia na Ziemi są zupełnie normalne. Oczywiście, mogą się zdarzać również katastrofy poważniejsze, powodowane przez czynniki zewnętrzne (zderzenia z asteroidami), procesy tektoniczne (potężne erupcje wulkanów, jakich powierzchnia Ziemi nie doświadczyła już od bardzo dawna), albo takie, których przyczyną są żywe organizmy (zmiany w chemizmie atmosfery). Największa tego typu katastrofa w historii naszej planety była spowodowana przez sinice, pierwsze organizmy fotosyntezujące, które uwolniły do atmosfery truciznę – tlen. Spowodowało to masowe wymieranie wielu gatunków…

Wśród zjawisk, które nie dotyczą całych systemów organizmów, są jeszcze pożary, częste w niektórych rejonach planety, na przykład w lasach tajgowych i śródziemnomorskich. Ogień pojawiał się tam – bez udziału człowieka – na tyle regularnie, że powstały nawet organizmy przystosowane do funkcjonowania w takim środowisku. W Kanadzie szyszki pewnego gatunku sosny otwierają się dopiero po pożarze; drzewo wykorzystuje ogień do rozsiewania swoich nasion. Takie pożary przebiegają wówczas w naturalny sposób, wypalając trochę posuszu w lesie, w zasadzie nie uszkadzając dużych drzew i nie dokonując wielkich spustoszeń. Dzieje się tak również dlatego, że pomiędzy kolejnymi pożarami nie upływa zwykle dużo czasu i nie zbiera się zbyt dużo posuszu. Człowiek, kiedy wkroczył do lasów, zaczął przeciwdziałać pożarom, stały się one rzadsze. Jednak przez to gromadzi się posusz – a więc gdy pożar już wybuchnie, mamy do czynienia z katastrofą, z którą nie potrafimy sobie poradzić. Tak właśnie było z wielkim pożarem w Parku Narodowym Yellowstone w 1988 roku.

Skoro jest tak, jak Pan mówi, może należy „zaapelować o spokój”, spróbować przywyknąć do tego, że takie zjawiska były, są i jeszcze będą się zdarzać?

Nie mogę powiedzieć, że apeluję o spokój w sytuacji, gdy są one tak rzeczywiste, prawdziwe, a przede wszystkim bardzo dotkliwe. Powodzie – takie jak ta sprzed kilku tygodni w Polsce – to tragedie, których nie można zbyć żadnym banałem.

Padają przy tym pytania, czy słusznie odnosimy wrażenie, że katastrofy naturalne zdarzają się ostatnio częściej.

A czy rzeczywiście dochodzi do nich częściej?

To złożony problem. Na pewno jest tak, że dysponujemy informacjami z wszystkich zakątków planety, czego wcześniej nie było. Nie przejmowaliśmy się przecież trzęsieniami ziemi na Antylach, dopóki nie przyjechała tam telewizja. Po drugie: jest nas coraz więcej. Coraz więcej ludzi stawia swoje budynki – a te są narażone na katastrofy. Dlatego, nawet biorąc pod uwagę wciąż takie samo prawdopodobieństwo wystąpienia pewnych zjawisk, zwiększa się liczba katastrof dotykających człowieka. Jest i trzecia składowa tego problemu, której również nie należy lekceważyć: prawdą jest, że klimat nam się zmienia. Ustalenia nauki w tej kwestii są w zasadzie bezsporne, choć podważają je albo ludzie złej woli, albo zwykli ignoranci. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że obecnie przechodzimy etap długofalowej zmiany parametrów systemu Ziemi.

Powstała już nowa dziedzina nauki, nazywana nauką o systemie Ziemi (Earth system science). Na Uniwersytecie Jagiellońskim prowadzę wykład „Biogeochemia”, bliski wspomnianej dziedzinie, dotyczący również ekologii globalnej. Rzecz w tym, że zjawiska na naszej planecie zachodzą w zintegrowanym systemie, który składa się z atmosfery, powierzchni ziemi oraz żywych organizmów – a w dodatku także z cywilizacji. Dopiero od stosunkowo niedawna zaczynamy rozumieć współzależności w ramach tego systemu. Dzięki temu, że zauważamy związki przyczynowo-skutkowe i znajdujemy wyjaśnienia tych procesów, możemy również je przewidywać, a ściśle: stawiać pewne prognozy probabilistyczne. Na tym właśnie polega nauka typu „science”: ustalamy fakty z pewnym prawdopodobieństwem, i w oparciu o te ustalenia tworzymy scenariusze dotyczące przyszłości (obarczone, oczywiście, z góry założonym marginesem błędu, który możemy oszacować). Prognozy dotyczące zmian klimatu, które naukowcy przewidują, ekstrapolując to, co do tej pory z dużą pewnością ustalono, również są objęte marginesem błędu.

Reasumując: wiemy, że liczba zjawisk ekstremalnych zwiększa się – „powodzie stulecia” zdarzają się ostatnio co dziesięć lat. Problem polega na czym innym: myślimy kategoriami sprzed lat! Kiedyś opłacało się ryzykować, postawić chałupkę nad rzeką, bo to tam był dostęp do ryb lub dobrych pastwisk. Ryzyko polegało na tym, że gdy przyszła woda, brało się swój węzełek pod pachę i uciekało. Odbudowanie niewielkiego domu nie było dużym problemem. Jednak kiedy w takiej dolinie stoi miasto, ryzyko opłaca się przecież mniej.

Wielu ludzi traci dorobek całego życia…

Tak, a niektórzy mają też domy pełne telewizorów, komputerów i antycznych mebli i ryzykują dla ładnego widoku z okna… Nawet gdy chcą to ewakuować, nie ma na to ani czasu, ani sposobu!

W użyciu jest dziś modny termin: „zarządzanie ryzykiem”. Jest to dość trafne określenie bilansu, uwzględniającego prawdopodobieństwo naszej straty i wysokość spodziewanego zysku. We współczesnej cywilizacji ten bilans jest inny niż kiedyś: większe są straty, choć także i zysk, wynikający na przykład z istnienia nowoczesnego miasta. Pytanie brzmi: kiedy ten zysk przestaje być ważny?

Czym – gdyby spojrzeć na to chłodnym okiem naukowca – jest właściwie powódź?Powódź jest zmianą bilansu opadów, parowania i spływu, wydarzającą się w sposób losowy, częściej lub rzadziej, ale w ramach pewnego prawdopodobieństwa, że w danym momencie się wydarzy lub nie. Te parametry mogą się zmieniać; przed chwilą mówiłem o tym, że czeka nas więcej opadów i innych zjawisk ekstremalnych. W wypadku powodzi wodzie potrzebne jest pojemniejsze koryto rzeki. Jeśli występuje na terenie, na którym nie ma cywilizacji, woda rozlewa się szerzej na całej długości, spiętrzając się tylko tyle, ile trzeba. Naturalne, „normalne” doliny rzeczne to zakola, starorzecza, podmokłe łąki i bagna. Człowiek jednak zaczął zbliżać się do…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Radykalna ortodoksja. Szansa dla teologii czy powrót do średniowiecza?