No i dzieci oczywiście: parka jak z młodzieżowego żurnala. Starszy syn, inteligentny, wysportowany, przystojny, kończy już studia i zaczyna rozglądać się za miejscem przyszłej pracy lub wyjazdem gdzieś w świat. Ładniutka córeczka w przyszłym roku stanie do matury, a na razie przewodzi hordzie uległych jej koleżanek i wodzi za nos nastoletnich adoratorów. Właśnie wpada do domu z dwiema równolatkami i bez słowa zamykają się w jej pokoju. Po chwili pani domu usiłuje tam wejść – grzecznie pukając przed otwarciem drzwi – ale skoro tylko przekroczy próg, już powstrzymuje ją wrzask: „Mama, nie przeszkadzaj!”. Więc dyskretnie zostawia panienki na osobności i po chwili zza drzwi znów dobiegają chichoty dziewczyńskich pogaduszek. Po jakimś czasie wraca syn i też – rzuciwszy zdawkowe powitanie – zamyka się u siebie. Ale po chwili wysuwa głowę i woła: „Co dziś na obiad? No to przynieś mi tutaj, zmęczony jestem!”. Tym razem ojciec usiłuje nawiązać jakiś dialog, forsując przedtem drzwi, ale odpycha go okrzyk: „Tata, nie truj! Nie widzisz, że przy kompie siedzę?”.
Może właśnie dlatego bywam tam coraz rzadziej i coraz dotkliwiej czuję, jak z kątów wzorowo zadbanego domostwa wieje dojmującym chłodem. Owszem, byłem tu świadkiem ożywionych rozmów rodzinnych, ale prawie wyłącznie na temat kasy. Bo na nią – owszem – jest zapotrzebowanie. I to znaczne.
To plemię jest moim ojcem!
Kiedy przed paroma dziesięcioleciami podróżowałem z plecakiem na grzbiecie po pustynnym wnętrzu Australii, wśród rozrzuconych na tym olbrzymim terytorium grup czarnych, pradawnych mieszkańców kontynentu spotykałem najróżniejsze i nieraz dziwne dla nas modele rodziny. Były małe, podobne do naszych, zwykle jednak raziły w nich brutalne relacje między dominującym ojcem a żoną i dziećmi. Nie chodzi tu o okazywaną na co dzień władzę i przewagę ojca nad resztą familii, ale o brak szacunku i pogardę dla tych, z którymi żyje się pod jednym dachem. Może zresztą moje europejskie nawyki były na tyle odmienne, by powstał szok kulturowy? Zbyt wiele dramatycznych zmian zaszło na tym kontynencie od przybycia pierwszych osadników (zwykle brytyjskich kryminalistów i pilnującej ich straży), by wywodzić dzisiejsze zwyczaje resztek tubylców tylko z ich dawnej cywilizacji. Byli tępieni, wyganiani ze swych plemiennych terytoriów, przymusowo chrystianizowani, rozpijani tanią gorzałą. Może ten model rodziny to pokraczna wersja tego, co przynieśli tutaj biali, może równie zniekształcona pamiątka bezpowrotnie minionych czasów? Ale najciekawsze było zetknięcie z modelem zupełnie innym, który jeszcze tu i ówdzie przetrwał do naszych dni, chociaż w postaci ułomnej. To wielka rodzina-klan, która ukształtowała się tam, gdzie tubylcy (nazwani potem przez Brytyjczyków Aborygenami) żyli z myślistwa uzupełnianego jak się dało zbieractwem. Mała – nawet wielopokoleniowa – rodzina dobrze daje sobie radę w rolnictwie, zwłaszcza gdy trzeba nie tylko orać i siać, ale przykazywać przez pokolenia własność ziemi. Nie jest jednak w stanie zorganizować polowania z nagonką na kangura, strusia emu albo jakiegoś jaszczura. Do tego trzeba kilkunastu albo i dwudziestu paru sprawnych łowców, którzy zbudują pułapkę, wytropią zwierzynę, osaczą ją i ubiją, by wspólnie spożyć łup. Tak powstała rodzina-klan, gdzie nie ma ojca ani matki, gdzie wszyscy połączeni są więzami krwi, wszyscy odpowiadają za wszystkich, wspólnie wychowują potomstwo i opiekują się zniedołężniałymi. Wewnątrz klanu każdy współżyje z kim chce i biologiczne rodzicielstwo nie ma większego znaczenia. Ale dzieci nie są niczyje, bo obowiązuje sformalizowany system stopniowego wprowadzania młodzieży w życie i w role społeczne, które będą spełniać. Zwłaszcza chłopiec, gdy podrośnie i może wyjść spod opieki kobiet, przekazywany jest mężczyznom, którzy odtąd będą zabierać go na polowania, nie tylko przyuczać do roli łowcy i obrońcy klanu, ale wpajać wierzenia, rytuały i tajemnice, które konstytuują życie wspólnoty. Klan połączony jest bowiem duchem opiekuńczym uosobionym w jakimś charakterystycznym drzewie albo w skale. Tego miejsca, imienia ducha, jego symboliki nie wolno zdradzić nikomu spoza rodziny. Ale w terminach również okrytych tajemnicą cały klan powinien zgromadzić się w tym miejscu, aby odprawić rytuały i prosić ducha o dalszą opiekę.
Pradawny obyczaj powoduje ciągłe kolizje z życiem we współczesnym świecie, w który Aborygeni tak czy inaczej zostali wtłoczeni. Trudno z członkiem klanu umówić się na wykonywanie stałej pracy, bo pewnego dnia – którego nie wolno mu ujawnić – zniknie, by oddawać cześć duchom. Jeśli nawet nieliczni z nich pozostali jeszcze koczownikami w swoich rezerwatach, to żyją już nie z polowań, lecz ze sprzedaży pamiątek i ze skąpych zasiłków wypłacanych przez władze. Jeśli jednak ktoś z nich otrzyma od państwa dom do zamieszkania, zaraz sprowadzi się tam cały klan, a drewniane elementy domostwa spali w ognisku, bo plemienny zwyczaj zabrania gotowania pod dachem. Podobnie jeśli jeden otrzyma zasiłek, cały klan solidarnie przepija go pod najbliższym sklepikiem. Tak funkcjonujący przez wieki system współodpowiedzialności, zbiorowego ojcostwa i wychowania przez wprowadzanie do uczestnictwa w życiu wspólnoty przekształcił się w system deprawacji; klan przyucza przecież do takiego życia, jakie dziś prowadzi, a o innym zapomniał. To nie jest nawet tak, że kultura białego człowieka świadomie niszczy tamtą; ona ją po prostu przygniata swoim ciężarem, a dobre chęci nic tu nie pomogą.
Podobny zwyczaj zbiorowego ojcostwa spotkałem w plemieniu Akha żyjącym na przedgórzu Himalajów na północy Tajlandii, w Birmie i Laosie. Kobiety Akha są obiektem fotograficznych polowań europejskich i japońskich turystów prawie tak samo jak niewiasty Padaung, noszące na przedłużanych od dzieciństwa szyjach cale rusztowanie mosiężnych pierścieni. Akha nie muszą się tak męczyć, ale przybrane w swe słynne czepce obwieszone kilogramami misternego srebra są ozdobą każdego albumu czy wystawy fotograficznej. Ludzie tego plemienia żyją w parach, ale domy budują wielorodzinne, z dwoma tylko izbami – męską i żeńską. Z ukończeniem 7 lat chłopiec przechodzi z izby kobiecej do męskiej i odtąd jego zbiorowym ojcem są wszyscy zamieszkali w domu mężczyźni, którzy będą go nauczać własnych umiejętności, obyczajów i wierzeń. Biologiczny ojciec nie ma tu większej władzy i znaczenia niż pozostali. Co to w ogóle jest ojcostwo?, wypada tu spytać Jak się przejawia?
W himalajskim królestwie Bhutanu w jakimś przydrożnym zajeździe, gdzie zatrzymaliśmy się na posiłek, królowała roześmiana gospodyni w średnim wieku dyrygująca sprawnie gromadką mężczyzn. Nic to dziwnego, na tym skrawku Tybetu – jaki ocalał od chińskiej okupacji, zachował samodzielność i starą kulturę przez stowarzyszenie z Indiami – pozycja kobiety jest wysoka, nie ma ona kompleksów i przez nią odbywa się dziedziczenie ziemi. Ale nasz miejscowy przewodnik ożywił się szczególnie:
– Popatrzcie – opowiadał z przejęciem. – Tutaj obowiązuje poliandria. Ta kobieta ma czterech mężów!
Trochę niesporo szło mi dogadywanie się z tubylcami nieznającymi żadnego poza swoim języka, ale – jak to zawsze w Bhutanie – przyjaznymi. W końcu jednak wszystko stało się jasne: to z biedy. Miejscowych bynajmniej nie dziwi, gdy w tym buddyjskim kraju kilku panów, najczęściej braci, weźmie sobie dla oszczędności jedną żonę. Wspólnie ją utrzymają, a ona rządzi wszystkimi, każdego sprawiedliwie obdzielając małżeńskimi łaskami. Jeden gotuje, drugi rąbie drwa, trzeci na plecach dźwiga zaopatrzenie. Dzieci są wspólne, ale cześć ojcowską oddają najstarszemu z mężów, do pozostałych zwracając się tylko: „wujku”.
Jak to jest w pełnym matriarchacie, gdzie nie tylko dziedziczenie odbywa się przez kobietę, ale nawet zainteresowani nie widzą związku między aktem płciowym a poczęciem, o tym pisałem w czerwcowym numerze „Znaku”. Ale tam właśnie – choć biologiczny ojciec jest bez znaczenia – na pierwszy plan wysuwa się brat matki: wuj, głowa rodziny. A więc ojcostwo – tak czy inaczej – to sprawa męska.
Wielki Dziadek – Wakan TankaDominację wuja nad ojcem uznaje także lud Navaho – najliczniejsze plemię Indian północnoamerykańskich zamieszkujące stany Arizona, Nowy Meksyk i Utah. Chociaż dziedziczą oni przez kobiety, to żyją w parach, ale jakoś wuj z tatą nie rozbijają sobie czaszek tomahawkami, tylko zgodnie współpracują nad wprowadzeniem młodych w dorosłe życie. Kiedy mieszkałem w Stanach Zjednoczonych, to kontakty z nimi, zdobywanie wiedzy o ich wierzeniach i duchowości, były nieustannym źródłem inspiracji. Tak bardzo są inne, a jednocześnie tak bardzo dla nas – białych – nieraz zawstydzające. Lepsze porozumienie miałem jednak z resztkami Indian ze wschodu, być może dlatego że są bardziej zamerykanizowani, choć niejeden z nich kultywuje tradycję, traktując ją bardzo poważnie. Kiedyś siedzę sobie z moimi półindiańskimi przyjaciółmi w ich niewielkim, ale dość zadbanym (przecież Nowy Jork i Boston są niedaleko) rezerwacie, aż tu idzie sobie dwóch czule objętych młodzieńców, pozdrawiają nas, coś tam zagadują i ruszają dalej. – Jakżeż to? – wypaliłem,…